poniedziałek, 1 września 2008

UE tylko grozi Rosji palcem

Nie będzie sankcji dla Moskwy

Miały być ostre słowa pod adresem Rosji za atak na Gruzję, ale nawet tych zabrakło po brukselskim szczycie poświęconemu konfliktowi. "Rozumiemy oczekiwania Gruzji. Zaufanie do Rosji jest podkopane" - powiedział jedynie prezydent Francji Nicolas Sarkozy. A działania Moskwy w Gruzji nazwał nieproporcjonalnymi. Wspólnota nie wprowadzi sankcji wobec Moskwy, zagrozi tylko konsekwencjami w przyszłości.

czytaj dalej...
REKLAMA

"UE stanowczo potępia rosyjską jednostronną decyzję o uznaniu niepodległości Osetii i Abchazji. (...) Przypomina, że trwałe i pokojowe rozwiązanie konfliktu w Gruzji musi być oparte na poszanowaniu niepodległości, suwerenności i integralności terytorialnej" - brzmi przygotowany przez francuskie przewodnictwo projekt deklaracji ze szczytu.

W dokumencie nie ma mowy o sankcjach, ale UE w stanowczym tonie zapowiada "uważne, dogłębne przeanalizowanie" stosunków UE-Rosja w perspektywie "nadchodzącego szczytu UE-Rosja 14 listopada w Nicei".

"W świetle rozwoju sytuacji, a zwłaszcza wdrożenia przez Rosję wszystkich zobowiązań, wynikających z sześciopunktowego planu pokojowego, (ta ocena) może prowadzić do decyzji o kontynuowaniu dyskusji nad przyszłością stosunków UE-Rosja w różnych dziedzinach" - czytamy w projekcie.

Sarkozy: Jałta to przeszłość

Jak powiedział Nicolas Sarkozy, Unia Europejska chce, by władze w Moskwie respektowały kilkupunktowy pokojowy plan prezydenta Francji, wynegocjowany z rosyjskim przywódcą Dimitrijem Miedwiediewem.

"Jałta to przeszłość, a Rosja musi w pełni respektować sześciopunktowy plan pokojowy" - powiedział Sarkozy. "Powrót do stref wpływów jest nie do zaakceptowania. Jałta to przeszłość" - dodał prezydent Francji.

"Nie będzie militarnego rozwiązania tej sprawy. Musimy podchodzić do tego na chłodno" - stwierdził prezydent Francji. "Europa nie może działać wyłącznie poprzez działania wojskowe" - podkreślił.

Według radia za kilka dni Nicolas Sarkozy uda się do Moskwy, by usłyszeć, co na to Rosjanie. Jeśli Moskwa będzie stosować dotychczasową grę, odbędzie się kolejny szczyt Unii Europejskiej - i tam już będzie mowa o nałożeniu sankcji na Rosję.

Według agencji Reutera w dokumencie, który przyjmą politycy na brukselskim szczycie, będzie napisane m.in., że stosunki między Unią Europejską a Rosją znalazły się na "rozdrożu".

Jeden głos premiera i prezydenta

W Brukseli są Lech Kaczyński i Donald Tusk, którzy - jak zapewniał przed szczytem Radosław Sikorski - mieli mówić "jednym głosem".

"Różnice polityczne (...) są znane. Natomiast to jest tak ważna sprawa, że w drodze - lecą razem - będą mogli uzgodnić stanowisko" - mówił rano Sikorski w radiowej Trójce. "W sprawach Gruzji mamy tutaj akurat dwie różne taktyki - to fakt. Maszerujemy osobno, ale uderzymy dzisiaj razem" - mówił szef dyplomacji.

Przedstawiając polskie stanowisko w sprawie Gruzji, powiedział: "Uważamy, że po pierwsze trzeba dzisiaj pomóc Gruzji, że taka de facto aneksja części niepodległego kraju jest niedopuszczalna i że takie zachowanie nie może stać się akceptowalną formą zachowania na przyszłość".

Zdaniem ministra jedną z najważniejszych rzeczy, które Unia Europejska może dziś zrobić dla Gruzji, jest "umiędzynarodowienie konfliktu w Gruzji i innych konfliktów zamrożonych".

Według PAP, prezydent Lech Kaczyński - przemawiając podczas trwającego w Brukseli szczytu UE - zaproponował zwołanie kolejnego spotkania przywódców państw i rządów w sprawie Gruzji.

Prezydent miał powiedzieć, że jeżeli Rosja do 8 września nie zrealizuje w pełni sześciopunktowego porozumienia pokojowego, to Polska będzie domagać się zwołania kolejnego nadzwyczajnego szczytu UE - poinformowały źródła.

Polska domagałaby się zwołania kolejnego szczytu "jak najszybciej"

Ostatnie ustalenia w samolocie

Wczoraj szef rządu poinformował, że umówił się z prezydentem, iż ostateczne ustalenia co do wspólnej strategii Polski na szczycie, zapadną w samolocie i na miejscu w Brukseli.

W weekend Lech Kaczyński i Donald Tusk odbyli szereg rozmów z przywódcami europejskimi. Obaj rozmawiali m.in. z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydent konsultował się z prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenką, a premier - z szefową ukraińskiego rządu Julią Tymoszenko.

Główne elementy polskiego stanowiska na szczyt to: pomoc humanitarna dla Gruzji, udział UE w jej odbudowie, powołanie pod egidą UE międzynarodowych sił pokojowych (z ewentualnym udziałem Polski), podjęcie działań na rzecz zawarcia umowy stowarzyszeniowej UE-Gruzja oraz liberalizacja "reżimu wizowego" dla Gruzinów.

>>> Zobacz także: Polacy chcą sankcji dla Rosji

>>> Zobacz dyskusję na Forum: To Gruzini rozpętali wojnę?

Czechy: Prezydent za Rosją, rząd za Gruzją

Luboš Palata, Praga
2008-08-31, ostatnia aktualizacja 2008-08-31 18:08

Odpowiedzialność za wywołanie wojny ze strony gruzińskiego prezydenta, rządu i parlamentu jest bezdyskusyjna - mówi prezydent Czech. Inwazja na Gruzję przypomina inwazję na Czechosłowację w 1968 r. - uważa premier Czech

Zobacz powiekszenie
Fot. ALESSANDRO DELLA VALLE ASSOCIATED PRESS
Prezydent Czech Vaclav Klaus
Podczas wojny o Południową Osetię Vaclav Klaus przez kilka dni milczał, a następnie zrzucił odpowiedzialność na gruzińskiego prezydenta Micheila Saakaszwilego. Dodatkowo używając rosyjskiej retoryki, zażądał ukarania Gruzji. "Nie zgadzam się z obłudną opinią, że stało się, nie pytajmy dlaczego, tylko znajdźmy rozwiązanie. Jeśli otwarcie nie powiemy, kto rozpoczął konflikt i co chciał przez to osiągnąć, nie znajdziemy sprawiedliwego i trwałego rozwiązania".

Jakby nie było tego dość, kilka dni później, w 40. rocznicę inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację, w czasie, kiedy Rosjanie okupowali już część Gruzji, czeski prezydent ogłosił, że nie czuje dziś żadnego niebezpieczeństwa ze strony Rosji.

Postawa prezydenta, honorowego przewodniczącego Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS), na której czele stoi premier Mirek Topolanek, nie spotkała się ze zrozumieniem ani szefa rządu, ani głównego eksperta od polityki zagranicznej ODS wicepremiera Aleksandra Vondry.

Premier stwierdził, że inwazja na Gruzję przypomina sowiecką okupację Czechosłowacji w sierpniu 1968 r., a Czechy są za jak najszybszym przyjęciem Tbilisi do NATO. A Vondra, który Gruzją zajmuje się od lat, stwierdził: - Nie można tak jednoznacznie zrzucać winy na Gruzję. Każdy, kto śledzi sytuację międzynarodową, wie, że Rosja już od początku lat 90. stara się destabilizować sytuację w tym kraju.

Władze ODS potępiły "rosyjską agresję" i poparły wejście Gruzji do NATO. Klaus, który np. w kwestii niechęci do traktatu lizbońskiego ma w ODS oddanych zwolenników i przytakiwaczy, tym razem został sam. Chociaż nie do końca. Prezydenta pochwalili opozycyjni komuniści, rosyjskie media i rosyjska ambasada w Pradze. Nawet po ostrej krytyce "swojego" ODS Klaus nie ustąpił. - Nie wątpię, że mam rację - stwierdził w typowy dla siebie sposób.

Przed dzisiejszym szczytem Rady UE w sprawie Gruzji Topolanek z Vondrą spróbowali przekonać prezydenta, że w sprawie Rosji i Gruzji popełnia zasadniczy błąd. Skończyło się na komunikacie, że prezydent i rząd wciąż mają w tej sprawie odmienne stanowiska.

Klausowi dano jednak wyraźnie do zrozumienia, aby do tej sprawy już się nie wtrącał. - Zgodnie z prawem prezydent nie odpowiada za politykę zagraniczną. Traktuję to raczej jako komplikację - skomentował wypowiedzi prezydenta premier Topolanek.

Premier nie do końca ma rację, bo konstytucja mówi, że prezydent współtworzy politykę zagraniczną. Odpowiedzialność jest jednak po stronie rządu, tak samo jak możliwość faktycznego izolowania prezydenta. Ponad dwa lata temu ówczesny proeuropejski premier, socjaldemokrata Jiri Paroubek, zagroził, że jeśli prezydent Klaus wciąż będzie krytykował UE, rząd zabroni mu podróży zagranicznych.

Tak daleko Topolanek jeszcze nie idzie, ale jeśli konflikt z prezydentem będzie się pogłębiał, to kto wie... Do końca roku, a więc zanim Czechy obejmą przewodnictwo w UE, rząd chce ratyfikować traktat lizboński. Klaus to odrzuca.

Na poniedziałkowym szczycie UE stanowisko Czech będzie progruzińskie. Rząd przeznaczył 150 mln koron (10 mln dol.) na pomoc dla Tbilisi, chce zorganizować ogólnoświatową konferencję o pomocy dla Gruzji i opowiada się za zdecydowanymi krokami UE w stosunku do Rosji.

- Postaramy się postawić Gruzję na nogi - mówi szef MSZ, książę Karel Schwarzenberg. A odnosząc się do prezydenta Klausa, dodaje: - Będziemy się musieli nauczyć żyć z jego specyficznymi opiniami. Najważniejsze jest to, że za politykę zagraniczną kraju odpowiada rząd.

Tłumaczyła Renata Rusin Dybalska

Źródło: Gazeta Wyborcza

Marcinkiewicz: Mam nadzieję, że Kaczyński przegra wybory » Marcinkiewicz: Mam nadzieję, że Kaczyński przegra wybory

Marcinkiewicz: Mam nadzieję, że Kaczyński przegra

Były premier PiS zamienia się w najzagorzalszego krytyka tej partii. Kazimierz Marcinkiewicz liczy, że PiS przegra wybory prezydenckie i do parlamentu. W wywiadzie dla DZIENNIKA mówi, że Donald Tusk jest lepszym premierem od Jarosława Kaczyńskiego. "Bracia Kaczyńscy prowadzą politykę histeryczną, a nie historyczną" - oskarża Marcinkiewicz.

czytaj dalej...
REKLAMA

MICHAŁ KARNOWSKI, PIOTR ZAREMBA*: Dwa lata temu mówiło się o Polsce solidarnej i liberalnej. Jak pan dziś nazywa na własny użytek strony sporu?
KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ*: Z daleka ten spór wygląda całkiem dobrze. Można się cieszyć, że nie mamy dziś w Polsce silnych postkomunistów, że spierają się dwie partie postsolidarnościowe. Były premier Węgier Victor Orban nam tego zazdrości.

Skąd pan wie?
Bo z nim przed tygodniem o tym rozmawiałem. Ale choć polski spór polityczny toczy się w rodzinie, to ja strony tego sporu rozróżniam. Po jednej stronie są ludzie przekonani, że jako jedyni mają rację, a wszyscy inni są zdrajcami. Po drugiej - ci, którzy reprezentują bardziej wolnościowe, liberalne podejście do rzeczywistości. Ci pierwsi to obecny PiS, ci drudzy - obecna Platforma. Dlatego spór jest tak gorący.

Czyli mniej walczą ze sobą programy, bardziej style uprawiania polityki?
I Jarosław Kaczyński, i Donald Tusk jako premierzy rozwiązują problemy. Ale nie mam poczucia, żeby PiS czy PO realizowały szczególnie wiernie swoje wyborcze programy. Decyzje są podejmowane doraźnie, często przypadkowo.

Jan Rokita twierdzi, że polscy premierzy są tak dalece więźniami swojego kalendarza, że na planowe rządzenie nie starcza już czasu.
Widzę to nieco inaczej. Donald Tusk jest silniejszym szefem własnego rządu niż Jarosław Kaczyński. W rządzie Kaczyńskiego sprawy ochrony zdrowia załatwiał Religa ze swoją ekipą. Sprawy edukacji - Giertych ze swoją ekipą. I tak dalej. Tusk realnie kieruje swoimi ministrami. To on wybiera ostateczne rozwiązania. Jest "kanclerzem”.

Mówi pan, że w Polsce walczą z jednej strony ludzie przekonani, że jako jedyni mają rację, z drugiej - wyznawcy wolności. Jak się słucha polityków PO - Stefana Niesiołowskiego czy choćby Sławomira Nowaka - trudno w ich słowach odczytać otwarcie na cudze racje.
Macie rację, gdy mówimy o komentowaniu sporu. Spójrzmy jednak na działania. To Platforma Obywatelska poparła w poprzedniej kadencji ustawę o likwidacji WSI, o sądach 24-godzinnych, o stworzeniu CBA, o obniżeniu składki rentowej. A PiS jako opozycja nie poprze niczego, co przygotuje PO.

Na razie nie ma za bardzo czego poprzeć - bo rząd niczego nie przedstawił. Poza bardzo doraźną ustawą medialną.
Ileś realnych sporów już się jednak zarysowało. Dziś nie widać rzeczy, którą PiS mógłby zrobić wspólnie z PO.

Ale model totalnej opozycji wypracowała Platforma. I ćwiczyła go na pańskim rządzie.
Niby tak, ale... Platforma kreowała się na totalną opozycję, ale nią nie była. Kiedy jechałem negocjować budżet Unii Europejskiej, myślę że to mój życiowy sukces, to miałem poparcie wszystkich. Także, choć nie bez dąsów, nie bez docinków, Donalda Tuska. Mnie krytyka nie boli i taka opozycja mi nie przeszkadzała. Oni się bili, a ja zmniejszałem podatki, tworzyłem wielkie firmy energetyczne, walczyłem o energetyczny "Pakt Muszkieterów” - dziś jeszcze bardziej aktualny, zmieniałem wbrew wszystkim rynek telekomunikacyjny, przyciągałem inwestorów.

A tarcza antyrakietowa nie jest rzeczą, która w ostateczności pogodziła prezydenta z premierem, PiS z PO?
Jeśli mamy mówić o sprawach międzynarodowych, to ja muszę powiedzieć rzeczy zasadnicze. Bracia Kaczyńscy chcą prowadzić politykę zagraniczną, wytwarzając stałe napięcie w stosunkach z Niemcami i Rosją. Prowadząc taką politykę, muszą przyjmować serwilistyczną postawę wobec Amerykanów. Postawę bardzo podobną do postawy prezydenta Kwaśniewskiego. Mając dwóch poważnych wrogów, należy mieć potężnego przyjaciela. Tyle, że chcąc zachować jego przyjaźń, musimy się w końcu sprowadzić do roli klienta.

Może nasze napięcie w stosunkach i z Niemcami, i z Rosją jest po prostu naturalne?
Oni mówią, że prowadzą politykę historyczną. Ja bym ją nazwał polityką histeryczną. Zauważmy, że w stosunkach do Ukrainy historię odkreślono nagle grubą kreską. Nie ma problemu rzezi na Wołyniu. Ukraina jest potrzebna, więc nie uruchamia się podobnych emocji. Ale to oznacza, że różni nasi sąsiedzi są traktowani w różny sposób.

Zaczęliśmy od tarczy...
Bo taka polityka Kaczyńskich zaważyła na stosunku do tarczy. Oni głosili pogląd, że za tarczę Amerykanie nie muszą nam płacić żadnej ceny. Zresztą to nie tylko problem stosunku do USA. Politykę Kaczyńskich wobec Ukrainy nazwałbym harcerską. My robimy dobre uczynki Ukrainie, ale nie tworzymy z nią sieci powiązań: gospodarczych, kulturalnych. Ukraińcy sami nie rozumieją, dlaczego tak się dzieje. "Dostali” od Polski Hutę Częstochowa, FSO i Stocznię Gdańską, a nie dali nam nic. Uważają nas wręcz za naiwniaków. Gdy odejdzie prezydent Juszczenko, ta polityka może się skończyć, może nam niczego nie gwarantować.

A wiara, że da się obłaskawić Moskwę, prezentowana przez obecny rząd, nie była trochę naiwna? Konflikt gruziński poddał tę politykę bezlitosnej próbie.
Pełna zgoda, że Rosja prowadzi politykę imperialną. Ale przecież my gestami wobec Kremla prowadziliśmy grę obliczoną na przekonanie Zachodu. Pokazaliśmy Francji, Niemcom, że mamy rację. My robimy przyjazne gesty wobec Rosji, a ona nam nie odpłaca. Zatem to Rosja jest winna.

Wizyta Tuska w Moskwie była tego warta?
Absolutnie tak. To był mniej gest wobec Rosji, a bardziej wobec Zachodu.

Ale czy w momencie, gdy Amerykanie uzgodnili z nami instalację tarczy w następstwie konfliktu gruzińskiego, "harcerska” polityka Kaczyńskich nie wygrała?
Amerykanie dali Tuskowi ostatecznie lepsze warunki niż te, które oferowali Kaczyńskim. Dlaczego Radek Sikorski był w stanie w ciągu tygodnia spotkać się z senatorem McCainem? Dlaczego dzwonił do niego w sprawie Gruzji senator Obama? Szanuje się tych, którzy potrafią powiedzieć " nie”. Tych, którzy mówią zawsze "tak”, można lubić i wykorzystywać, ale nie szanować.

Z tego, co mówi Witold Waszczykowski, wynika, że Tusk był z kolei gotów grać tarczą.
Wiemy to tylko z wypowiedzi Waszczykowskiego. On od dwóch miesięcy napuszczał prezydenta na swego zwierzchnika - ministra spraw zagranicznych. Amerykanie wyraźnie to wykorzystali. Odwołali się do proamerykańskich fascynacji Waszczykowskiego i do emocji Lecha Kaczyńskiego w myśl prostej zasady "dziel i rządź”.

Z kierowniczych kręgów PO padały z kolei sugestie: nam ta tarcza nie jest potrzebna. Bo na przykład pogorszy notowania naszej partii.
Dziś polskie media oskarżane przez PiS o brak obiektywizmu przyjęły prostą zasadę: prawda leży zawsze pośrodku. Prezydent dopuścił się rzeczy niesłychanej: zmienił się w prokuratora przesłuchującego szefa MSZ. A dziennikarze mówią, że to wina obu stron, bo Radek nazwał kiedyś podobno prezydenta chamem. Przecież to argumenty z piaskownicy.

Może dlatego tak mówią, bo wcześniej prezydent nie był informowany o negocjacjach.
Ja się upieram, że Amerykanie za pośrednictwem Waszczykowskiego zagrali pałacem, jego emocjonalnym podejściem do polityki.

A opisana przez Waszczykowskiego sytuacja: do gabinetu premiera wchodzą ministrowie Nowak i Arabski i w kontekście tarczy przypominają o sondażach? Media mają problem, bo w tych wszystkich rozgrywkach nie ma postaci czarnych ani białych.
Ale może te rozważania o sondażach były elementem rozgrywki z Amerykanami. Otoczenie premiera wie, że Waszczykowski gra nie tyle grę rządową co prezydencką i nawet bardziej amerykańską. Więc za jego pośrednictwem wysyłają Amerykanom sygnał: możemy powiedzieć " nie”.

My mamy wrażenie, że tu nie ma złej i dobrej strony. Jest bezwzględna walka dwóch ośrodków władzy.
Weźmy przykład poprzedniego tygodnia. Jednego dnia otoczenie prezydenta budzi się i ogłasza: prezydent jedzie do Brukseli. Rząd dowiaduje się z mediów. Następnego dnia: najpierw pojedzie do krajów bałtyckich, żeby reprezentować także i ich. A później jeszcze starania otoczenia Lecha Kaczyńskiego, żeby być zaproszonym na szczyt przez prezydenta Sarkozy’ego? To przecież komedia. Tak się nie prowadzi polityki zagranicznej. To harcerstwo.

Tyle że obie strony są zachwycone wzajemnym konfliktem. Kaczyński chce lecieć do Gruzji, a rząd nie chce mu dać samolotu. Jak media mają to opisywać?
Zgoda, ja wyłączam telewizor, żeby takich historii nie słuchać. Ale mam wrażenie, że stroną atakującą jest zwykle strasznie emocjonalne otoczenie prezydenta.

Wypowiedzi Janusza Palikota też są sprowokowane?
Każda partia ma swojego Palikota. Harcowników nie brakuje w polityce nigdzie.

Powiedział w wywiadzie, że jest autoryzowany przez premiera. A opowiada, że prezydent jest alkoholikiem. Polityka sięgnęła bruku.
Palikota nie biorę poważnie, nie czytam jego wypowiedzi, może to mój błąd. A wy bierzecie go serio?

Doskonale pan wie, że gdyby tylko Tusk zechciał, Palikot zamilkłby na dobre.
Z pewnością tak.

Pyta pan o inne przypadki wojowniczości strony rządowej. Lech Kaczyński chce się skomunikować z szefem MSZ, a ten przerywa natychmiast spotkanie w Brukseli, żeby pokazać, jak bardzo jest represjonowany. Co to jest innego jak nie czarny PR?
To nie zmienia faktu, że to rząd prowadzi według konstytucji politykę zagraniczną. Jako premier zawsze stałem na czele delegacji na Radę Unii Europejskiej, a gdy pan prezydent chciał przed szczytami w Brukseli wzywać mnie na dywanik, po prostu nie poszedłem. Inna sprawa, że za półtora miesiąca nie byłem już premierem.

Podział władzy między ośrodkiem prezydenckim i rządowym jest jednak nieprecyzyjny. Już Aleksander Kwaśniewski twierdził, że ma prawo nie tylko jeździć na szczyty unijne, ale prowadzić na nich negocjacje.
Ale z tego prawa nie korzystał. Nawet prezydent Kaczyński, negocjując traktat lizboński, dzwonił do swego brata po potwierdzenie, bo wiedział, że to rząd jest odpowiedzialny za politykę zagraniczną. Rząd może uchwalać instrukcje na wszystkie wyjazdy zagraniczne prezydenta. A co do konstytucji - ona była najpierw pisana przeciw Wałęsie, a potem nieco, ale źle, zmieniona pod Kwaśniewskiego.

A teraz Lech Kaczyński mówi: skoro konstytucja jest, jaka jest, dlaczego mam nie korzystać z jej zapisów?
Jeśli rząd nie może powołać ambasadorów, generałów policji czy wojska tylko dlatego, że pan prezydent nie chce podpisać nominacji, to mamy kryzys konstytucyjny. Jeśli prezydent nie chce ratyfikować traktatu lizbońskiego ratyfikowanego przez ogromną większość parlamentu, to też jest kryzys konstytucyjny.

Nie chce ratyfikować, bo po odrzuceniu traktatu przez Irlandię uważa całą procedurę za bezprzedmiotową.
Inne kraje jednak ratyfikują. Ale my musimy być oryginalni tylko dlatego, że to pomaga utrzymać elektorat antyeuropejski na wybory prezydenckie. My się w ten sposób stajemy niewiarygodnym partnerem na arenie międzynarodowej - rząd coś uzgadnia, a potem prezydent to blokuje. Spotykam się z ludźmi biznesu, z europejskimi politykami i wszyscy pytają mnie, kto naprawdę rządzi Polską. Ja na miejscu PO rozpisałbym w sprawie traktatu lizbońskiego referendum, razem z wyborami europejskimi. Niech Polacy się wypowiedzą, czy chcą traktatu wynegocjowanego przez Lecha Kaczyńskiego.

A pana inne recepty na kryzys konstytucyjny?
Podstawowa nasuwa się sama: zmiana konstytucji - tak aby precyzyjnie rozdzielić uprawnienia dwóch ośrodków władzy.

Nie da się tego przeprowadzić bez zgody PiS.
Ale trzeba postawić problem, zainicjować debatę. Kształt obecnej konstytucji staje się zabójczy dla Polski. Zacznijmy od powołania Komisji Konstytucyjnej.

Donald Tusk zapowiedział zaraz po wyborach, i to w wywiadzie dla DZIENNIKA, stworzenie Komisji Konstytucyjnej - i nie zrobił nic. On przecież też mierzy w urząd prezydenta i może mieć do czynienia z PiS-owskim rządem.
Więc popełnił błąd. Ja skądinąd jestem za ustrojem prezydenckim, w sytuacji gdy mamy prezydenta wybieranego przez naród. Ale przede wszystkim jestem za ustrojem klarownym.

A może pan przymierza się do startu w wyborach prezydenckich?
Mogę powiedzieć tylko tyle, że zamierzam kiedyś wrócić do polityki. Ale dziś jest mi dobrze w biznesie i cieszę się, że nie uczestniczę w polskiej polityce takiej, jaką jest ona dzisiaj.

Choć ma pan dziś w większości spraw stanowisko bliższe Donaldowi Tuskowi.
Wsparłem Tuska w ostatnich wyborach parlamentarnych, nadal wspieram i mam pewność, że postąpiłem słusznie. Tusk ma ogromną szansę długiego, normalnego i spokojnego rządzenia. Wiem, że to rozumie.

A wróci pan do polityki kiedy? Gdy zużyją się PiS i PO?
Powtarzam, mam dobrą pracę i jest mi z tym dobrze. Ale patrząc na polską politykę, myślę, że mogę się w niej kiedyś przydać.

Dlaczego ona jest dziś taka kiepska?
Na pewno z powodu przekonania jednego obozu o absolutnej racji, a przez to traktowanie innych jak wrogów i zdrajców. Po drugie słabo kształcimy elity, a przecież nie ma zdrowego państwa bez elit. Po trzecie zbyt duże emocje. Lech Kaczyński nie wyjechał dwa lata temu na szczyt weimarski z powodu emocji. Zachowywał się jak lider opozycji, a nie prezydent po przegranych przez PiS wyborach, właśnie z powodu emocji. Przesłuchiwał ministra spraw zagranicznych, tylko z powodu emocji. Nawet wyjazd do Gruzji był impulsem. A w polityce lepiej się kierować zimną kalkulacją interesu narodowego, a nie emocjami.

Źle, że prezydent poleciał do Gruzji?
Nie kwestionuję tego wyjazdu. Przypomniał, że Polska jest liderem środkowej Europy. Zresztą gdyby polscy politycy nie poparli Gruzji, to nawet polskie drzewa i kamienie by krzyczały o tym poparciu. My przecież kochamy wolność.

Przy okazji tej wizyty pojawiła się teza, że zbyt wcześnie skreślano Lecha Kaczyńskiego jako kandydata w następnych wyborach. Ma jeszcze szanse w starciu z Tuskiem?
Na pewno Lech Kaczyński ma dziś najlepszy PR w Polsce. Adam Bielan i Michał Kamiński są bezkonkurencyjni. Ale mam nadzieję, że Lech Kaczyński nie wygra. Jego czyny dowodzą dobitnie jego przekonaniu, że w Polsce będzie dobrze tylko wtedy, gdy jeden wiadomy polityk zostanie premierem. Z każdym innym, nawet człowiekiem z PiS, będzie walczył.

Mówi pan, że Bielan i Kamiński są bezkonkurencyjni. Ale ani prezydent, ani PiS nie mają dobrych notowań.
Oni są profesjonalistami, a produkt nie najlepiej się sprzedaje. Ale po roku utrzymanie żelaznego elektoratu - i PiS, i prezydenta - jest sukcesem. Zwróćcie uwagę: współpraca PiS i SLD zaszkodziła SLD. Wyborcom PiS to nie przeszkadza.

Ale nie wierzy pan, że PiS może wygrać następne wybory parlamentarne?
Mam nadzieję, że nie.

A pańska diagnoza?
W tym kształcie programowym i personalnym nie ma szans. Rządy PiS przestraszyły wyborców.

Mówiliśmy, że Tusk obiecał stworzenie Komisji Konstytucyjnej i tego nie zrobił. Dokonania Platformy rządzącej już prawie rok są mizerne .
W sprawie reformy finansów publicznych ufam ministrowi Rostowskiemu. Przeprowadzi to bez fajerwerków, powoli, ale to zrobi. Kibicuję też reformie szkolnictwa wyższego. My mamy dobrą edukację, a lichą naukę. Musimy ją uwolnić, powiązać z gospodarką i minister Kudrycka chce to zrobić. Postępują też prace nad reformą polityki socjalnej. Rząd przymierza się do szybkiej prywatyzacji.

Skoro jest tak dobrze, to skąd poczucie, że jest tak źle?
Niepokoić mogą dwie rzeczy. Po pierwsze opóźnienia w budowie dróg. Minister Grabarczyk ma już niewiele czasu, żeby zdążyć, choć ciągle jest szansa. Po drugie wielki znak zapytania wobec deregulacji. Ja dopiero teraz wiem, ilu inwestorów wyjechało z Polski lub do niej nie przyjechało. Prowadzenie biznesu jest u nas udręką. Tego komisja sejmowa Palikota nie załatwi. Tego nie zrobi nawet Ministerstwo Gospodarki, bo jego urzędnicy traktują te wszystkie przepisy jako atrybuty swojej władzy. Jedyną szansą byłoby wynajęcie za kilka milionów wielkiej kancelarii prawnej, by przygotowała wyczyszczenie gospodarczych przepisów - poza rządem i parlamentem. Nie zrobiono w tej sprawie nic - ani w poprzedniej, ani w tej kadencji.

PiS przeforsował przynajmniej obniżkę podatków i składki rentowej. Jest pan bardzo wyrozumiały wobec Platformy. Oni wobec pana nie byli.
Też potrafiłem się odciąć, choćby wtedy, gdy nazwałem ich cieniasami. Ale zgadzam się: kierunek zmian jest słuszny, za to tempo niezadowalające. Rządowi Tuska potrzebne jest przyśpieszenie.

Doradzałby pan Tuskowi zmiany w rządzie?
Doradzałbym mu przeprowadzanie takich zmian mniej więcej raz do roku. W Anglii takie korekty przeprowadza się systematycznie, najczęściej w lipcu. To dyscyplinuje rząd, poprawia jego pracę.

A może pan jest surowszy dla PiS niż PO, bo Kaczyńscy zaleźli panu za skórę. Trudno panu być obiektywnym recenzentem.
Urazu nigdy i do nikogo nie trzymam. Potrafię współpracować z każdym. Poza tym, dokonując analiz politycznych, warto się kierować własnymi doświadczeniami.

A nie przeszkadza panu, że popierając rząd PO, opowiada się pan tym samym przeciw wielu elementom programu PiS, który pan kiedyś wspierał?
PiS głosuje przeciw zmianie ustawy kominowej, prezydent ją wetuje, a kilka lat temu stanowisko tej partii było całkiem inne, Katarzyna Hall chce wprowadzić wiele zmian w oświacie, które PiS zapisał w swoim programie. Wiem, bo sam ten program pisałem. Mamy do czynienia z zupełnie innym PiS. To nie ja się zmieniłem, tylko PiS.

Równocześnie PO zapowiada rozdzielenie urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego - PiS zawsze był przeciw temu i jest nadal. A pan to łyka, bo doznał pan krzywd od braci Kaczyńskich.
Czy ja wyglądam na pokrzywdzonego? Nie lubię tylko mówienia nieprawdy. Gdy pan prezydent mówi na przykład, że w polityce zagranicznej byłem figurantem, to mija się z prawdą. Co więcej wszyscy wiedzą, że powołanie mnie na premiera ułatwiło, właściwie umożliwiło, wyborcze zwycięstwo Lechowi Kaczyńskiemu. To on mi coś zawdzięcza, a nie ja jemu.

A jak by pan nazwał przemianę PiS?
Nazwałbym macierewiczyzacją. Dawny prezes Kaczyński nie przepadał za Macierewiczem, nie ufał mu. A jednak najpierw powołał go na likwidatora wojskowych służb, a potem nawet zrobił go ich szefem. I coraz bardziej się uzależniał od sposobu jego myślenia.

Co jest tego przyczyną?
Postępująca podejrzliwość. Przez dwa lata Jarosław Kaczyński przy pomocy wszystkich służb starał się tropić układ. Jedynym, który wytropił, był układ wykreowany przez te służby. Więc doszedł do przekonania, że układ jest jeszcze głębiej, że w układzie tkwi większość państwa. Przyjął punkt widzenia Macierewicza, który uważa, że poza paroma osobami cała Polska jest w układzie. Jeśli Lech Kaczyński nie jest w stanie opublikować aneksu do raportu o likwidacji WSI.

To by jednak świadczyło, że wpływ Macierewicza jest ograniczony.
Bo posunął się tak daleko, że mogłoby to zagrażać kampanii prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego. Może zresztą prezydent dziś lepiej widzi tę granicę, a prezes - nie. Innym problemem jest to, że PiS zaczął spełniać w Polsce rolę partii lewicowej. W tym nie byłoby nic złego, gdyby nie to, że na całym świecie lewica i prawica dążą w kierunku centrum. PiS zmierza dokładnie w odwrotną stronę.

Jak pan ocenia kondycję polskiej gospodarki?
Polska jest ekonomicznym liderem w Europie, słyszę to w londyńskim City. Mówią mi: myśleliśmy, że nacjonalistyczna, katolicka Polska sobie nie poradzi. Poradziła sobie.

Niezależnie od ekip sprawujących władzę. Może to argument przeciw przecenianiu roli polityków.
Na pewno gospodarka oddziela się coraz bardziej od polityki. Więc inwestorzy nie obserwują już tak pilnie zmian na szczytach władzy, a po prostu inwestują. Ale pewne rzeczy musimy przeprowadzić: odbiurokratyzowanie gospodarki, przybliżenie nauki do gospodarki, reformę finansów publicznych, poprawianie służby zdrowia i szybkie zbudowanie infrastruktury. To ma realny wpływ na wzrost. Zgadzam się tu z Leszkiem Balcerowiczem, który ten rząd coraz mocniej pogania.

Czym się pan teraz zajmuje?
Zajmuję się wielkimi projektami gospodarczymi w Europie Centralnej. Ze względu na naturę tych projektów będę teraz częściej przebywał w Warszawie niż w Londynie.

Spotyka się pan z polskimi politykami?
Z premierem, z wieloma ministrami, z parlamentarzystami nie tylko PO, także PiS.

Gdy czyta się wypowiedzi prezydenta czy lidera PiS o panu, wyczuwa się wielkie emocje. Jak pan na nie reaguje?
Przypominam sobie za każdym razem, że to nie ja zdradziłem, a zostałem zdradzony.