poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Kreml za Katyń was wciąż nie przeprosił

Piotr Zychowicz 19-04-2010, ostatnia aktualizacja 19-04-2010 20:57

Lech Kaczyński nie powinien był lecieć do Katynia. Powinien zademonstrować swój sprzeciw wobec działań Kremla, który nie wyjaśnił zbrodni, lecz ograniczył się do kilku gładkich, ogólnych stwierdzeń – mówi były sowiecki dysydent Władimir Bukowski w rozmowie z Piotrem Zychowiczem

Władimir  Bukowski
autor: Rafał Guz
źródło: Fotorzepa
Władimir Bukowski

Co mówi się o katastrofie polskiego samolotu prezydenckiego wśród rosyjskich przeciwników Kremla?

Władimir Bukowski: No cóż, wszelkie informacje czerpiemy z mediów. Nie mamy jakiejś wiedzy tajemnej. Możemy tylko obserwować to, co się dzieje, i wyciągać wnioski. Dla mnie wiele rzeczy w całej sprawie jest niejasnych.

Niejasnych?

Niejasne jest to, że wiele osób nie czeka na wyniki śledztwa, już wie, co się stało. „Winę ponoszą Polscy piloci, a być może nawet sam prezydent Lech Kaczyński, który miał na nich wywrzeć presję”. Brzmi to rzeczywiście prawdopodobnie, pewnie tak się stało, ale może powinniśmy jednak poczekać na wyniki śledztwa. Na to, aż eksperci zbadają czarne skrzynki, jak naprawdę wyglądał dialog wieży i pilotów.

Scenariusz mógł być inny, niż się wydaje?

Mógł. Proszę zwrócić uwagę, że to strona rosyjska od początku próbuje obarczyć odpowiedzialnością Polaków. To od niej pochodzą wszystkie informacje. I dziwię się, że wielu Polaków to bezrefleksyjnie powtarza. Czy w Polsce istnieje słowo „bardak”?

Czasem go się używa. Chodzi o bałagan?

Mniej więcej. „Bardak” to najlepsze określenie tego, co dzieje się na rosyjskich lotniskach. Totalny chaos, niekompetencja, nieporządek, zły stan techniczny sprzętu. Być może oni byli źle przygotowani do przyjmowania samolotów w takich warunkach pogodowych. Pewien rosyjski inżynier, były szef lotniska Moskwa-Wnukowo, umieścił w Internecie analizę, w której dowodzi, że wieża mogła nie zdawać sobie sprawy z tego, że mgła jest aż tak gęsta. Z tego, co wiem, smoleńskie lotnisko jest obecnie przekształcane z wojskowego na cywilne, a to tylko powiększa panujący tam bałagan. Wieża mogła więc na przykład podać złe współrzędne, źle pokierować pilotów.

W Polsce pojawiły się już teorie spiskowe.

Tak, wiem – sabotaż. Mamy do czynienia z reżymem opartym na bardzo nieprzyjemnych ludziach wywodzących się z sowieckich służb specjalnych, co zapewne rodzi podobne spekulacje. Żeby jednak twierdzić takie rzeczy, trzeba mieć żelazne dowody. Tych jednak nie ma. Sam fakt, że reżym Putina skorzystał na katastrofie – wszyscy wiemy, że na pokładzie byli najważniejsi polscy krytycy Kremla – nie oznacza, że to jego robota. Apeluję więc o cierpliwość. Dajmy działać ekspertom.

To, że do katastrofy doszło nieopodal Katynia, jest niezwykle symboliczne.

To prawda. Znów na wasz naród spadło wielkie nieszczęście i znów w tym samym miejscu. Jakiś czas temu udzielałem na ten temat wywiadu pewnemu polskiemu dziennikarzowi i powiedziałem mu, że nie rozumiem, po co prezydent Kaczyński tam leci. To, że kilka dni wcześniej był tam spolegliwy wobec Kremla Tusk, nie dziwiło mnie, ale Kaczyński...

Dlaczego miałby nie lecieć?

Aby zademonstrować swój sprzeciw wobec działań Rosji. Kreml nie przeprosił za masakrę waszych oficerów i, co ważniejsze, nie przekazał wam dokumentów z postsowieckich archiwów dotyczących zbrodni katyńskiej, na których tak bardzo wam zależy. Nie ujawnił nazwisk winnych masakry, nie chce wznowić śledztwa. Czyli nie dał wam nic oprócz kilku gładkich, ogólnych stwierdzeń na polsko-rosyjskich uroczystościach w Katyniu 7 kwietnia.

Wiele osób w Polsce odczytało mowę Putina jako sygnał, że coś się zmienia.

Wiem, i jestem tym zdumiony. Czytałem to przemówienie bardzo dokładnie i uważam je za bardzo złe. Mówił niemal wyłącznie o „totalitarnym reżymie”, o „totalitaryzmie”. Nie bardzo było jednak wiadomo właściwie, który ma na myśli. Czy komunizm, czy też może narodowy socjalizm. A może oba. Raz tylko wspomniał o „stalinowskich represjach”. Ogólna myśl była jednak taka, że wszystkich nas mordowali (nie wiadomo kto), że wszyscy byliśmy ofiarami, więc teraz już właściwie nie ma już o co się spierać. Każdy, kto myśli inaczej, jest oszołomem. To była bardzo przebiegle napisana mowa. Wiele osób musiało nad nią długo pracować. Dziwię się, że tylu Polaków się na to nabrało.

Po katastrofie w Polsce znów chwalono zachowanie Putina. Pojawiły się nadzieje, że stosunki Moskwa – Warszawa będą teraz lepsze.

Bardzo to poczciwe, ale obawiam się, że również bardzo naiwne. Putin działa według protokołu. To, co robią Rosjanie, jest standardem. To absolutne minimum. Gdy na twoim terytorium dochodzi do takiej katastrofy, to normalne, że wyrażasz żal, pomagasz w śledztwie. Proszę sobie wyobrazić, że takie nieszczęście, uchowaj Boże, wydarzyłoby się w Polsce. Na waszym terytorium ginie przywódca innego państwa. Co robicie? To samo, co teraz robią Rosjanie. Ekscytowanie się tym, że rosyjskie władze po prostu zachowują się normalnie, wydaje mi się więc nieporozumieniem. Przypomina mi to stary sowiecki dowcip. Pewien człowiek opowiada: „Spotkałem Lenina, spojrzał na mnie, odwrócił się i poszedł. A przecież mógł mnie zabić!”.

Uważa pan, że na przełom w stosunkach polsko-rosyjskich nie ma co liczyć?

Oczywiście, że nie. Problemy w relacjach obu państw, rozbieżne interesy, pozostaną. Rosja Putina uważa Polskę za część swojej strefy wpływów. Strefy utraconej, ale którą warto byłoby odzyskać. To stały, żelazny kierunek polityki tego reżymu. To, że na rosyjskim terytorium zginęło stu Polaków, tego kierunku nie zmieni. Władcom Kremla może być przykro, mogą czuć się nieswojo, bo przecież cały świat – choć nie mówi tego głośno – podejrzewa, że maczali w tym palce. Może więc teraz będą dla Polaków mili. Może powstrzymają się przez jakiś czas od agresywnych stwierdzeń i gestów wobec Polski. Niech Polacy nie dadzą się jednak zwieść. Liczą się czyny, a nie gesty.

A zwykli Rosjanie? Ich współczucie było szczere?

Zachowali się wspaniale. Polacy są traktowani przez nich z wielką sympatią, co szczególnie widać w ostatnich dniach. Polacy zresztą nigdy nie wzbudzali agresji czy wrogości wśród zwykłych Rosjan. Zawsze solidaryzowaliśmy się z „Solidarnością”. Nie ma między nami powodów do sporu, po upadku Związku Sowieckiego Polska i Rosja już właściwie ze sobą nie graniczą. Jeżeli wydarzenia ostatnich dni będą miały jakiś pozytywny skutek, to taki, że wszyscy Rosjanie dowiedzieli się o tym, co w 1940 roku stało się w Katyniu. Teraz będzie można już o tym swobodnie rozmawiać i

"Prezydent - tułacz" w miejscu wiecznego spoczynku

ika , pmaj 19-04-2010, ostatnia aktualizacja 19-04-2010 21:07

Na trasie przejazdu konduktu z ciałem ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego słychać było oklaski. Żegnany z najwyższymi, wojskowymi honorami spoczął w Panteonie Wielkich Polaków w Świątyni Opatrzności Bożej

Trumna z  ciałem prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego
autor: Danuta Matloch
źródło: Fotorzepa
Trumna z ciałem prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego
Trumna z  ciałem Ryszarda Kaczorowskiego była transportowana na lawecie armatniej,  podobnie jak ciała Lecha i Marii Kaczyńskich
autor: Danuta Matloch
źródło: Fotorzepa
Trumna z ciałem Ryszarda Kaczorowskiego była transportowana na lawecie armatniej, podobnie jak ciała Lecha i Marii Kaczyńskich

- Pan prezydent Ryszard Kaczorowski był człowiekiem niezwykłej pogody ducha, człowiekiem, od którego promieniowała radość, akceptacja świata. To było widać w każdej chwili, to było czuć w każdym momencie rozmowy i bezpośredniego kontaktu - wspominał po mszy świętej pogrzebowej marszałek Sejmu Bronisław Komorowski.

Liturgii w Archikatedrze św Jana przewodniczył metropolita warszawski arcybiskup Kazimierz Nycz. Był też obecny m.in. były prezydent Lech Wałęsa.

Po mszy kondukt udał się do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie, gdzie odbyła się ceremonia pogrzebowa. Na trasie gromadzili się warszawiacy, którzy żegnali prezydenta oklaskami. Ciało Ryszarda Kaczorowskiego zostało złożone w obok ks. Jana Twardowskiego, ks. Zdzisława Peszkowskiego i Krzysztofa Skubiszewskiego.

Odwiedził panteon w przeddzień katastrofy

Wspominając o miejscu pochówku abp Nycz wyznał, że w piątek 9 kwietnia, w przeddzień wyjazdu do Katynia, Ryszard Kaczorowski "przyjechał z jedną ze swoich córek do Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie, jak powiedział po to, by swojemu przyjacielowi, księdzu Peszkowskiemu, powiedzieć: Czuwaj".

- I uczynił to. Patrzył na to miejsce, w którym będzie dzisiaj pochowany - nie wiedząc, że będzie to tak szybko. I powiedział także: To jest piękne miejsce, trzeba sobie na nie zasłużyć - mówił abp Nycz.

Wcześniej w Belwederze oddawano hołd przed trumną zmarłego. Rano gromadziły się osoby, chcące oddać hołd prezydentowi. Byli wśród nich górale. Z Zakopanego przyjechali - by złożyć kwiaty przed trumną - m.in. burmistrz tego miasta Janusz Majcher oraz starosta tatrzański Andrzej Gąsienica Makowski.

- Pana Prezydenta Kaczorowskiego poznałem na początku lat 90. Było mi dane przywieźć go, oraz jego małżonkę, na Podhale. Bardzo godnie go wtedy przyjęliśmy. On przywiózł nam oznaki, symbole naszej wolności i niepodległości. Potem kilkakrotnie wracał do Zakopanego - opowiadał Gąsienica Makowski.

"Żegnaj Wielki Polaku, szlachetny Patrioto"

Osoby przychodzące dziś do Belwederu mogły wpisywać się do czterech ksiąg kondolencyjnych. Znalazły się w nich m.in. takie słowa: "Panie Prezydencie, Wielki Polaku, aby hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna były zawsze w naszych sercach i czynach, tak jak w Pana sercu"; "Żegnaj Wielki Polaku, szlachetny Patrioto, aby idea, jakiej byłeś wierny i jej wartości - to jest: Bóg, patriotyzm i prawda - były drogowskazami dla naszej przyszłej Ojczyzny".

Ciało tragicznie zmarłego w katastrofie pod Smoleńskiem Ryszarda Kaczorowskiego przywieziono z Moskwy do Warszawy w czwartek wojskowym samolotem CASA. Po uroczystej ceremonii pożegnalnej na lotnisku Okęcie kondukt z ciałem ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie w honorowej asyście policji przejechał ulicami Warszawy do Belwederu.

Ryszard Kaczorowski jest jedną z 96 ofiar katastrofy rządowego samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem, którym polska delegacja leciała 10 kwietnia na rocznicowe obchody do Katynia. W wypad

Jak prezydent Gruzji leciał na pogrzeb do Krakowa

Wojciech Lorenz 19-04-2010, ostatnia aktualizacja 19-04-2010 20:27

Informacje o pięciu międzylądowaniach prezydenta Gruzji w drodze na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego w Krakowie są nieco przesadzone, ale podróż Micheila Saakaszwilego i tak była brawurową eskapadą

Prezydent  Saakaszwili wpisuje się do księgi kondolencyjnej na Wawelu
autor: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
Prezydent Saakaszwili wpisuje się do księgi kondolencyjnej na Wawelu
Trasa, jaką  przebył prezydent Gruzji
źródło: Rzeczpospolita
Trasa, jaką przebył prezydent Gruzji

Bezpośrednio przed uroczystościami przebywał z wizytą w Waszyngtonie. Aby dostać się do zamkniętej dla lotów rejsowych Europy, gruziński przywódca musiał wyczarterować samolot. – Ponieważ przestrzeń powietrzna nad Europą była zamknięta, Amerykanie nie chcieli się zgodzić na start. Nie wiem, jak zdołał ich przekonać. Chyba zażądał lotu na własne ryzyko – mówi nam gruziński dyplomata. I w niedzielę rano po dziewięciogodzinnym locie wylądował w Rzymie. Tam na gruzińskiego przywódcę czekał gruziński Air Force One – Bombardier CRJ-200 LR, niewielki samolot o zasięgu do 3,5 tys. kilometrów.

Ale Włosi także nie chcieli wydać prezydentowi Gruzji pozwolenia na start. Po kilku godzinach Saakaszwili podjął decyzję, że leci na własne ryzyko. Samolot wystartował z Rzymu ok. 13 i przez kilka godzin krążył nad Europą, szukając korytarzy wolnych od wulkanicznego pyłu. Skierował się nad Turcję, potem skręcił w stronę Ukrainy, wreszcie o 16.46 wylądował na lotnisku w Balicach. – Z oficjalnych informacji wynika, że samolot prezydenta Gruzji leciał prosto z Rzymu. Ścieżki przelotu nie jesteśmy w stanie odtworzyć, ale mogła być skomplikowana – mówi "Rz" rzeczniczka portu lotniczego Balice Justyna Zajączkowska.

Prezydent Gruzji był jednym z nielicznych światowych przywódców, którzy zdecydowali się na lot samolotem. Spóźnił się na niedzielne uroczystości w bazylice Mariackiej, ale udało mu się zdążyć na Wawel, gdzie po