piątek, 26 listopada 2010

Łzy Lady GaGi w Trójmieście


2010-11-26 23:40:34
fotNiespodzianka polskich fanów kompletnie rozbroiła Lady GaGę. Amerykanka podczas koncertu w Polsce przez dwie minuty płakała ze wzruszenia i nie potrafiła wydusić z siebie choćby zdania.

24-letnia Lady GaGa, najpopularniejsza obecnie wokalistka na świecie, wystąpiła w piątkowy wieczór, 26 listopada, w nowoczesnej, 13-tysięcznej hali Ergo Arena, znajdującej się na granicy Gdańska i Sopotu. Ekscentryczna artystka na scenę wyszła o godzinie 20.40 i występowała przez ponad 120 minut!

Wszystko za sprawą polskich fanów. GaGa otwarcie przyznała w drugiej części koncertu, że chciała w Polsce zaprezentować skrócony wariant Monster Ball Tour. Jednak wystarczyło kilkaset uniesionych w górę karteczek, by zapłakana Amerykanka zmieniła swoje "nikczemne" plany.

Tuż przed wykonaniem utworu "Telephone", gdy wokalistka zbliżyła się do publiczności, jej fani jak na komendę wznieśli do góry motto piosenkarki i zarazem tytuł jej płyty, która ukaże się w 2011 roku - "Born This Way" ("taka już się urodziłam").

GaGa osłupiała. Z początku wydawało się, że to wystudiowane, teatralne zdumienie, ale za chwilę na telebimach ujrzeliśmy, jak piosenkarka... zanosi się szlochem. "Jesteście naj... Nie wiem, co mam powiedzieć" - wydusiła z siebie po kilku dłuższych chwilach wzruszenia. Gdy już doszła do siebie, wykrzyczała w swoim stylu: "A teraz urwę wam głowy kawałkiem, który zrobiłam z Beyonce!" - chodziło oczywiście o wspomniany "Telephone".

W piątkowy wieczór GaGa wielokrotnie nawiązywała do tej sytuacji. Nowa królowa popu w rewanżu za polską gościnność wykonała premierowy utwór - "You And I". Zdradziła też, że album "Born This Way" może być "dłuższy niż się spodziewacie" - GaGa rozważa zamieszczenie na płycie ponad 20 piosenek.

Przy "You And I" dała zresztą nie lada popis - jedną nogą stanęła na fortepianie, drugą zaczęła akompaniować gitarzyście, i w ten sposób obiema nogami wykonała całkiem psychodeliczną solówkę. To nie koniec. Za chwilę z powrotem usiadła przy fortepianie i zaimprowizowała dalszy ciąg utworu. Zaskoczyła tym nawet swoich muzyków, którzy nie bardzo wiedzieli, co ze sobą począć. Gdy GaGa krzyknęła na basistę, zaczęło się kilkuminutowe, jazzowe jam session, do którego po kolei włączali się również pozostali instrumentaliści.

Stefani Germanotta dobitnie pokazała, w czym jest o wiele lepsza od Madonny - świetnie śpiewa na żywo, nawet przy intensywnym ruchu. "Chcecie wiedzieć, ile piosenek wykonałam dziś z playbacku?" - pytała prowokacyjnie. - "Ani jednej nuty! Płacicie za bilety na mój koncert i dlatego nigdy bym sobie na to nie pozwoliła!"

Lady GaGa w Ergo Arena od akcji z karteczkami w połowie koncertu wymieniła słowo "Poland" chyba kilkadziesiąt razy, a przy okazji otulała się polską flagą wręczoną jej przez fanów. Gdy w trzeciej godzinie koncertu wykonywała finałowy numer "Bad Romance", wyglądała na wyczerpaną. Nie zmęczoną. Wyczerpaną. Jak po maratonie.

Hasło "Born This Way" stało się motywem przewodnim tego show. GaGa w swoich długich i głośnych przemowach - niekiedy dość pompatycznych, ale chyba szczerych - apelowała do swoich sympatyków, by wyzwolili się z kompleksów, by nie wstydzili się być takimi dziwakami jak ona sama, by manifestowali swoją odmienność. Piosenkarka na potrzeby "Monster Ball Tour" przyjęła rolę przywódcy buntu przeciwko nietolerancji i na rzecz wolności totalnej.

Nawet jeśli odezwy Lady GaGi wydadzą się niektórym pretensjonalne, to nie sposób jej odmówić fenomenalnej więzi, jaką zbudowała ze swoimi fanami. To rzecz dziś rzadko spotykana, żeby sympatycy tak mocno identyfikowali się ze swoją gwiazdą, a gwiazda z nimi (co było widać po emocjonalnej reakcji piosenkarki). Ta obustronna identyfikacja to dziś największy kapitał Lady GaGi.

Michał Michalak, Gdańsk (i Sopot)

Występ Lady GaGi w Ergo Arena poprzedził mini koncert glamrockowego zespołu Semi Precious Weapons, zaprzyjaźnionego z GaGą. - Chcemy być największą, rockandrollową formacją świata - powiedział portalowi INTERIA.PL wokalista grupy, Justin Tranter. Wkrótce będziecie mogli na naszych stronach przeczytać zapis tej rozmowy i znaleźć więcej informacji na temat Semi Precious Weapons. Dodajmy tylko, że biseksualny Tranter, mocno kojarzony z nurtem queer, wystąpił w butach na wysokim obcasie, widzów nazwał "polish sluts" (nie obraźliwie, raczej pieszczotliwie), a najwierniejszym fanom obiecał, że będzie im świadczył "usługi seksualne". Nudno w każdym razie nie było.

piątek, 5 listopada 2010

Liga Europejska. "City nie mogą mówić o pechu", "Czarne chmury nad głową Manciniego"

ka
2010-11-05, ostatnia aktualizacja 2010-11-05 09:43

04.11.2010, godzina 19:00

Lech Poznań

Bramki:
D. Injac (30.), Arboleda (86.), Możdżeń (90.+1)
Kartki:
Rudnevs, Djurdjevic - żółta.
Skład:
J. Buric - M. Kikut, B. Bosacki, M. Arboleda, L. Henriquez - S. Peszko (73. Wilk), D. Injac (57. Kiełb), I. Djurdjevic, S. Krivets - S. Stilic (62. Możdżeń) - A. Rudnevs
3
1
  • 22 Poł1
  • 11 Poł0

Stadion Miejski

Manchester City

Bramki:
E. Adebayor (51.)
Kartki:
Richards, Bridge - żółte.
Skład:
S. Given - P. Zabaleta, M. Richards, D. Boyata, J. Lescott - A. Johnson P. Vieira, W. Bridge (70. Kolarov), S. Wright-Phillips (45. D. Silva) - J. Milner (77. Kompany), E. Adebayor

Brytyjska prasa w pomeczowych komentarzach koncentruje się na problemach Manchesteru City i trenera Manciniego, który nie może być pewny utrzymana posady do środowego derbowego spotkania z United. Piękny gol Możdżenia sprawił, że City nie mogą mówić o pechu - zaznacza "Daily Mail".

LE. Lech Poznań - Manchester City
Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta
LE. Lech Poznań - Manchester City
LE. Lech Poznań - Manchester City
Fot. KACPER PEMPEL REUTERS
LE. Lech Poznań - Manchester City
LE. Lech Poznań - Manchester City
Fot. KACPER PEMPEL REUTERS
LE. Lech Poznań - Manchester City
Lech Poznań - Manchester City 3:1 - STRONA MECZU »

"Guardian": Polacy zasłużyli na wygraną, świetny Stilić

" Po ostatnim gwizdku Mancini zaprzeczał jakoby jego zawodnicy rozegrali słaby mecz, sugerując, że zostali ofiarami złego losu. Patrząc bardziej beznamiętnym wzrokiem zobaczyłby wszystko w zupełnie innym świetle. Wymowne jest, że przynajmniej do czasu wprowadzenie Davida Silvy najbardziej wyróżniającym się graczem był pomocnik gospodarzy Semir Stilić. Polacy są godni miana zwycięzców" - nie pozostawia wątpliwości prestiżowy "Guardian".


"Daily Telegraph": Czarne chmury nad głową Manciniego


"Manchester City poniósł trzecią z rzędu porażkę, co nie zdarzyło mu się od 18 miesięcy. Nad głową Manciniego zebrały się ciemne chmury. - W tej chwili wszystko jest przeciwko nam - powiedział, ale prawdę mówiąc, nie było nic do gadania. City poniosło pechową porażkę" - uważa komentator "Daily Telegraph".

"The Sun": Czy Mancini utrzyma posadę do derby?

"Ostatnią rzeczą jakiej potrzebował Mancini było odwrócenie się on niego szczęścia na cztery minuty przed końcem meczu, kiedy Manuel Arboleda strzelił głową bramkę, nie do końca zdając sobie sprawę że to robi. Następnie w doliczonym czasie potężnie uderzył Mateusz Możdżeń, i Manchester przegrał mecz w którym rządził na boisku przez większą część drugiej połowy.

Teraz Mancini musi zatrzymać West Bromwich w niedziele, by utrzymać posadę do środowego derbowego meczu z United - zaznacza "The Sun".

"Daily Mail": City nie mogą mówić o pechu

"Niebiosa, pomóżcie!" - pisze w tytule "Daily Mail" obrazując go zdjęciem wyraźnie zaniepokojonego Emmanuela Adebayora wznoszącego oczy w górę.

"Fan drużyny z Poznania wychylił się, by przybić Manciniemu piątkę po meczu, ale ten zdenerwowany uderzył go w rękę. Jeśli City chcieli zwalić swoją porażkę na pecha, zostali skarceni trzecią bramką w 90 minucie. Wspaniałe uderzenie przypieczętowało wielką wygraną Polaków, którzy zasłużyli sobie na świętowanie przed swoimi fanami - przyznaje "Daily Mail".

"The Independent": Pieniądze nie grają

Mancini zdecydował się mocno odświeżyć skład - dokonał ośmiu zmian w porównaniu z sobotnim meczem na stadionie Molineux. Nie mógł skorzystać z Carlosa Teveza i braci Toure. Sezon City nie jest jeszcze zmarnowany, ale porażka składu wartego 315 milionów funtów z drużyną o wartości 19 milionów, z najdroższym Semirem Stiliciem wartym 2,3 miliona, pokazuje, że nie tak miały się spełniać marzenia" - smutnie konstatuje "The Independent".


Ewentualnie 9 dywizji


Marcin Górka
2010-11-05, ostatnia aktualizacja 2010-11-05 00:42

Anders Fogh Rasmussen
Anders Fogh Rasmussen
Fot. YVES HERMAN REUTERS

NATO ma już gotowe nowe plany obrony Polski i krajów nadbałtyckich - dowiedziała się "Gazeta". Sojusz wytypował konkretne dywizje i porty, które mogłyby służyć ewentualnej operacji

ZOBACZ TAKŻE
Tak zwane plany ewentualnościowe nie tylko gwarantują państwu pomoc zbrojną sojuszników. Są też zarysem operacji bojowej, która może być przeprowadzona na terenie państwa, gdyby zostało ono zaatakowane. Takie plany mają jeszcze od czasu zimnej wojny wszystkie stare kraje NATO.

Polska takie plany miała od 1999 r. - wstąpienia do NATO - ale wymagały one uaktualnienia (m.in. z powodu wycofania części jednostek amerykańskich z Europy). Równocześnie zabiegaliśmy o objęcie takimi planami krajów bałtyckich - Litwy, Łotwy i Estonii.

Polskie zabiegi zakończyły się sukcesem. - Plany dla Polski zostały przygotowane we wrześniu tego roku po uzgodnieniu z szefami obrony państw bałtyckich i Polski - mówi nasz informator w dowództwie NATO. - Zawierają działania w pierwszej fazie operacji. Plany dla Polski są już dość szczegółowe, dla państw bałtyckich - to wstępna wersja.

- Po dwóch latach udało się przygotować plany ewentualnościowe dla Polski - potwierdza nam szef MON Bogdan Klich. Odmawia jednak rozmowy o szczegółach - to tajemnice Sojuszu.

Nieoficjalnie wiemy, że plany są już przyjęte przez dowództwo Sojuszu. Kraje NATO mają je zatwierdzić na szczycie w Lizbonie za dwa tygodnie.

Według nieoficjalnych informacji dowodzenie nad operacją obronną Polski i państw bałtyckich obejmie Dowództwo Sił Połączonych NATO w Brunssum w Holandii, które odpowiada za bezpieczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej. Co ważne, tego dowództwa nie objęły cięcia w ramach prowadzonej właśnie reformy NATO.

Brunssum wyznaczy kwaterę tzw. wysokiej gotowości, która bezpośrednio będzie prowadziła operację w Polsce.

W przypadku agresji na Polskę NATO zamierza rzucić do walki aż dziewięć dywizji. Z tego cztery polskie, pozostałe to jednostki krajów zachodnich, wśród nich brytyjskie, niemieckie i amerykańskie. - Zostaną przerzucone wszystkimi możliwymi drogami: lądową, kolejową, na pokładach samolotów i morską.

Wytypowano już porty, które mają przyjmować duże jednostki desantowe. Wśród polskich najistotniejsze jest Świnoujście. Ten port za pieniądze NATO przechodzi obecnie gruntowną modernizację, by mógł przyjmować duże okręty o długości ponad 200 m i zanurzeniu powyżej 10 m.

Z NATO-wską pomocą został także zmodernizowany port w Gdyni. Polsce bardzo zależało, by wojska sojuszników mogły lądować nie tylko przy zachodniej granicy kraju.

NATO przewiduje też, że zachodnie wojska będą przerzucane do niemieckich portów w Rostocku, Wismarze, Stralsundzie, w ostateczności - jeśli nie będzie można bardziej na wschód - do portu w Hamburgu.

- Wyznaczone zostały jednostki marynarki wojennej, które będą bronić polskiego wybrzeża - dodaje nasz rozmówca z NATO. - To okręty brytyjskie i amerykańskie.

Polski system obrony powietrznej jest już zintegrowany z systemem NATO. Sojusz m.in. rozbudował stacje radiolokacyjne na terenie Polski.

Do systemu NATO włączony jest też system Baltic Air Policing. To rotacyjny system obrony powietrznej, który nad krajami bałtyckimi pełnią siły powietrzne poszczególnych krajów NATO. Już kilkakrotnie przeganiały one rosyjskie myśliwce, które ocierały się o przestrzeń powietrzną tych państw bądź nawet ją naruszały. Jeszcze w tym miesiącu nad krajami bałtyckimi odbędą się duże ćwiczenia, w których udział wezmą m.in. amerykańskie samoloty bojowe.

W obronę Polski zaangażowane mogą zostać także Siły Odpowiedzi NATO (NATO Response Force). To jednostki różnych państw Sojuszu, które rotacyjnie pełnią dyżur bezpieczeństwa w Europie. Problem w tym, że nie osiągnęły one wciąż takiej gotowości, jakiej życzyliby sobie dowódcy NATO i polski resort obrony.

Szef MON Bogdan Klich uważa, że NRF to siły "na papierze", i naciska, by jak najszybciej mogły przeprowadzić ćwiczenia na terenie Polski. To jeden z polskich postulatów na szczyt w Lizbonie.

Źródło: Gazeta Wyborcza