środa, 28 grudnia 2011

Korea Północna żegna Kim Dzong Ila


Telewizja północnokoreańska pokazała w środę płaczących ludzi żegnających zmarłego Kim Dzong Ila, którego trumna okrążyła zaśnieżony Phenian podczas oficjalnych uroczystości żałobnych.

Korea Północna żegna Kim Dzong Ila
AFP
Ceremonia zaczęła się o godz. 13 czasu lokalnego (godz. 5 rano czasu polskiego). Pochód wyruszył z mauzoleum Kumsusan, gdzie przez ostatnie dni wystawiona była trumna z ciałem Ila. Na czele jechała czarna limuzyna z ogromnym portretem uśmiechniętego Kima, za nią auto z wielkim bukietem białych kwiatów i trzeci pojazd z owiniętą flagą zakrytą trumną.
Obok samochodu z trumną szedł , niespełna 30-letni syn Kim Dzong Ila, uznawany za jego następcę jako trzeci przedstawiciel dynastii rządzącej komunistyczną Koreą Północną. Na kadrach pokazanych w telewizji widać go trzymającego rękę na boku auta. Za nim - relacjonują agencje - szedł jego wuj Dzang Song Tek, którego część obserwatorów ocenia jako regenta na czas konsolidacji władzy przez młodego Kima.
Za karawanem maszerował oddział warty honorowej z niklowanymi automatami w rękach, otoczony przez wojskowe samochody terenowe. Pochód zamykały dziesiątki mercedesów wiozących dygnitarzy partyjnych i wojskowych.
Po dwóch godzinach kawalkada dotarła do placu Kim Ir Sena. Za rozstawionymi na placu kolumnami wojska ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych stały tysiące mieszkańców. Przy wjeździe pochodu na plac żołnierze skłonili głowy, a z tłumu rozległy się głośne szlochy i okrzyki - relacjonuje rosyjska agencja ITAR-TASS. Ludzie wykrzykiwali imię Kim Dzong Ila, bili pięściami w piersi w geście rozpaczy, a niektórzy padali na ziemię - pisze chińska agencja Xinhua. Kim Dzong Un zasalutował wojskom, przykładając rękę do odkrytej głowy.
Przemarszowi towarzyszyła żałobna muzyka, grana przez orkiestrę wojskową. W Phenianie było w środę 3 stopnie poniżej zera i pochód odbywał się wśród prószącego śniegu.
"Śnieg pada bez końca, jak łzy. Jak niebo nie mogłoby płakać, gdy straciliśmy naszego generała, który był wielkim człowiekiem z nieba?" - mówił jeden z żołnierzy, którego pokazała północnokoreańska telewizja.
Kawalkada wyjechała ponownie na ulice Phenianu. Wzdłuż trasy stały setki tysięcy zanoszących się płaczem mieszkańców. Pochód zatoczył w stolicy 40-kilometrowy krąg i powrócił do Kumsusan. W tym mauzoleum spoczywa także Kim Ir Sen, ojciec Kim Dzong Ila, założyciel komunistycznej Korei Północnej.
W uroczystościach nie uczestniczyły delegacje zagraniczne. Dyplomatów zaproszono na stadion, skąd zabrano ich do Kumsusan i stamtąd obserwowali oni przejazd pochodu. Niechęć do zaproszenia gości z zagranicy może być sygnałem, że walka o wpływy w Phenianie jeszcze się nie zakończyła i ustala się nowa hierarchia władzy - komentuje BBC.
Jednak ceremonie żałobne, które będą kontynuowane w czwartek, pokazały zdolność władz w Phenianie "do aranżowania wyrafinowanych uroczystości" - zauważa CNN. Wydaje się, że trasa pochodu była powtórzeniem drogi, jaką podążał kondukt Kim Ir Sena w 1994 roku, a uroczystości nawiązywały do ówczesnych, będących pokazem pompy i siły militarnej.
"Wszystkie ulice w Phenianie, wszystkie miasta i wioski zapełnione są ludźmi, którzy odgarniali śnieg przed ostatnim pożegnaniem z przywódcą" - mówiła w środę telewizja. Zaś państwowa agencja KCNA zauważa, że ci mieszkańcy, którzy spędzili bezsenną noc z żalu za Kim Dzong Ilem "wylegli teraz na drogi, które przemierzał on za życia".
Kim Dzong Il zmarł 17 grudnia na atak serca. Jego najmłodszego syna, który doświadczeniew rządach zdobywał zaledwie przez trzy lata u boku ojca, prasa oficjalna nazwała już "wielkim następcą", "wielkim towarzyszem" oraz "najwyższym dowódcą".
PAP

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Lindsey Vonn - uśmiech przede wszystkim


Jakub Ciastoń
19.12.2011 , aktualizacja: 19.12.2011 17:29
A A A Drukuj
Lindsey VonnFot. Splash News Splash News/EAST NEWSLindsey Vonn
Najpierw zostawiła ojca, bo chciał ją kontrolować, potem męża, bo zaczął robić to samo. Nie zmieniło się tylko to, że wciąż wygrywa. W Pucharze Świata triumfowała już 46 razy.
Piękne boginie stoków na narty.sport.pl »

W narciarstwie alpejskim nie ma dziś większej gwiazdy. Nikt, także wśród mężczyzn, nie wygrywał od dawna z taką łatwością i regularnością. 27-letnia Amerykanka zwyciężyła w pięciu z siedmiu zawodów PŚ w tym sezonie. W poprzednim tygodniu wygrała dwa zjazdy i supergigant w kanadyjskim Lake Louise, a na dokładkę jeszcze supergigant w Beaver Creek w Kolorado. Ostatnią alpejką, która zgarnęła cztery lub więcej zwycięstw w PŚ z rzędu, była Niemka Katja Seizinger w 1997 r. 

Vonn szczególnie dumna była ze zwycięstwa w Beaver, bo zawody odbyły się na trudnej trasie Birds of Prey, gdzie w PŚ rywalizują wyłącznie mężczyźni. Kobiety wpuszczono na stok w drodze wyjątku, bo z powodu braku śniegu odwołano zawody we francuskim Val d'Isere.

Najlepsza w historii? 

Wygrana w Kolorado to 46. zwycięstwo Vonn w Pucharze Świata. Tylko dwie narciarki odniosły ich więcej. Vreni Schneider, czyli szwajcarska królowa slalomów z lat 80., na najwyższym podium stawała 55 razy. Annemarie Pröll, austriacka zjazdowa mistrzyni z lat 70. z 62 zwycięstwami i sześcioma Kryształowymi Kulami za wygranie klasyfikacji generalnej PŚ, uważana jest za najlepszą alpejkę w historii.

Vonn zbliża się do nich w błyskawicznym tempie - tylko od początku 2010 r. wygrała już 21 razy! Zdobyła złoto olimpijskie, dwa tytułu mistrzyni świata. Kryształowe Kule ma już trzy, a czwarta uciekła jej w poprzednim sezonie ledwie o 3 pkt - tyle wyniosła przewaga Marii Riesch. Niemka wygrała jednak PŚ w kontrowersyjnych okolicznościach, bo ostatnie zawody odwołano z powodu złej pogody.

Vonn to dominatorka wszechstronna - potrafi jeździć zjazdy i supergiganty, ale także techniczne slalomy, a ten sezon rozpoczęła od triumfu w gigancie uchodzącym dotąd za jej słaby punkt. To odróżnia ją m.in. od ostatniej kolekcjonerki Kryształowych Kul Janicy Kostelić, która punkty nabijała głównie w slalomach. Zjazdy nauczyła się pokonywać pod koniec kariery. Ale wtedy nie wytrzymały kolana Chorwatki - karierę zakończyła jako 24-latka z "tylko" 30 triumfami w PŚ (zdobyła za to cztery złote medale na igrzyskach). 

Córeczka tatusia 

Vonn ma końskie zdrowie, a jak stwierdził niedawno Andrzej Bachleda, jest też z niej "kawał baby" (178 cm, 72 kg). Wielu ekspertów uważa, że to właśnie potężna budowa pozwala Amerykance na agresywniejszy, bardziej męski styl jazdy i jest głównym czynnikiem jej sukcesu. 

Wszystko zaczęło się jednak od techniki, której uczyła się w Minnesocie, czyli stanie płaskim jak stół. "New York Times" żartował, że ruchome schody w supermarkecie mają większe nachylenie niż pagórek Buck Hill, gdzie ojciec Lindsey - Alan Kildow, założył trzyletniej córce narty na nogi. To właśnie Alan, niegdyś juniorski mistrz USA, któremu kontuzja pokrzyżowała karierę, rozkochał Lindsey w nartach. Z pomocą austriackiego trenera Ericha Sailera pracującego wówczas w Buck Hill ukształtował technikę przyszłej mistrzyni. Sailer wspomina, że ojciec zaszczepił też Lindsey ducha rywalizacji. - Ten facet nigdy nie odpuszczał, nie znał słowa "lęk". Pod tym względem córka jest jego lustrzanym odbiciem - mówił Austriak.

Tata idzie w odstawkę 

Amerykanie mają dziś wielu genialnych narciarzy, bo pod koniec lat 90. reaktywowali sportowe szkoły i kluby. Ogromny nacisk położono na kształcenie narciarzy alpejskich jako element przygotowań do igrzysk w Salt Lake City w 2002 r. To dzięki nim USA wróciły po 20 latach, które minęły od sukcesów Phila Mahre i Tamary McKinney, do pierwszej ligi obok Austriaków, Szwajcarów i Skandynawów. Bode Miller wychował się w najsłynniejszej kuźni talentów Wschodniego Wybrzeża - Carrabassett Valley Academy w stanie Maine. Vonn to uczennica niemniej słynnego Ski Club Vail w Kolorado. Genialna była ponoć od samego początku - jako 12-latka wygrywała z 16-latkami. Trenerzy musieli tylko szlifować diament.

Punktem zwrotnym w życiu Lindsey było poznanie Thomasa Vonna, byłego narciarza, który kręcił się przy kadrze USA i pomagał jako konsultant. To była ponoć miłość od pierwszego wejrzenia. Ale też miłość trudna, bo ojciec Alan nigdy jej nie zaakceptował. Uważał, że starszy o dziewięć lat Thomas nie będzie dobrym mężem dla córki. Tak naprawdę chodziło jednak o to, że dalej chciał kierować jej karierą. Doszło do kłótni, po której Lindsey i ojciec nie odzywali się do siebie przez cztery lata. Alan nie dostał zaproszenia na ślub Vonnów w 2007 r.

Konflikt z ojcem nie przeszkodził jednak Lindsey w zwycięstwach, a Thomas szybko urósł do roli jej menedżera i głównego trenera-mentora. To on stał za podpisaniem lukratywnych kontraktów sponsorskich, m.in. z Red Bullem. Amerykanka ze swoim optymistycznym nastawieniem i uśmiechem wiecznie przyklejonym do twarzy stała się marketingową gwiazdą, choć głównie w Europie, bo w USA trudno się przebić z niszowymi nartami przez zaporę baseballu, futbolu i NBA. 

Thomas zrewolucjonizował też treningi żony - postawił na perfekcyjne przygotowanie fizyczne. - Lindsey jest w stanie zjechać po arcytrudnym stoku dziesięć razy i nie poczuje zmęczenia, inni umierają po pięciu zjazdach. Na tym polega różnica - mówił Thomas. Szczegóły treningu to pilnie strzeżona tajemnica, ale podczas obozów w Austrii Lindsey spędza w sali gimnastycznej i na siłowni po siedem godzin dziennie. - Czasem pompki robi nawet w samolocie, ale to już lekka przesada, ludzie nie mają jak przejść do toalety - żartował Thomas. 

Połączenie techniki z siłą czołgu dało piorunujący efekt. W ostatnich latach tylko wspomniana Niemka Riesch, równie wysoka i mocno zbudowana, umiała nawiązać walkę z Vonn. 

Bez męża też można 

Tandem Vonnów funkcjonował idealnie ("Wyszłam za mąż, to wygrywam" - mówiła Lindsey w wywiadzie dla "Gazety" w 2009 r.), aż pod koniec listopada gruchnęła wieść, że się rozwodzą. - Nie poznałam nikogo innego, po prostu nasze drogi się rozeszły, to dojrzewało od jakiegoś czasu - powiedziała tajemniczo Lindsey w wywiadzie dla "Denver Post". Dodała, że zamierza pozostać przy nazwisku męża oraz że prosi media o uszanowanie "najtrudniejszego momentu w życiu". Na forach internetowych trwają spekulacje, na ile znaczenie miały rozterki sercowe obojga, a na ile różne wizje rozwoju sportowo-biznesowego przedsiębiorstwa pod szyldem "Lindsey Vonn".

Prawdy na razie nie zna nikt, ale kilka dni później na mecie zawodów z udziałem Lindsey znów widziano jej ojca Alana. W Vail Lindsey też spędzała czas z rodziną. Odwiedzili ją: mama, dwóch braci i siostra. - Wygrałam w domu. Tu uczyłam się jeździć na nartach, a wokół mnie są najbliżsi mi ludzie - stwierdziła z uśmiechem Lindsey, która od ogłoszenia informacji o rozwodzie nie przegrała jeszcze ani razu. 

- Przygotowanie fizyczne jest ważne, ale nastawienie mentalne też. Jestem optymistką. W sporcie nie odniesiesz sukcesu, jeśli wszystko cię denerwuje, a trening to udręka. Łatwiej harować z uśmiechem na ustach. To moja filozofia - mówiła Vonn w wywiadzie dla "Gazety" w 2009 r. 

14 

z ostatnich 19 supergigantów PŚ wygrała Lindsey Vonn 

37 tysięcy fanów. Plus jeden? Profil Sport.pl na Facebooku >

opodatkowanie prezesa zarządu spółki z o.o.


2006-10-02
Dominik Szczygieł

Forum Doradców Podatkowych 

 
 


Witam serdecznie Panie Prezesie! Gratuluję awansu!

Dzień dobry. Widzę, że już Pan wie o mojej nowej funkcji. Właśnie moje wątpliwości dotyczą spraw opodatkowania mojego ewentualnego wynagrodzenia z tytułu członkostwa w zarządzie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Interesują mnie kwestie podatkowe zarówno po mojej stronie, jak i z punktu widzenia spółki, którą zarządzam.

Proszę powiedzieć, czy już stworzono podstawę formalnoprawną wypłaty Pańskiego wynagrodzenia?

Jeszcze nie. Mam w tym zakresie wolną rękę. Jednak wspólnicy przeznaczyli w budżecie zamkniętą kwotę na koszty mojego stanowiska. Siłą rzeczy interesuje mnie więc minimalizacja obciążeń podatkowych i ZUS-owskich - tak, żebym "na rękę" dostawał jak największą część zabudżetowanej kwoty.

Przepisy nie stanowią, w jakiej formie należy podejmować decyzję co do wynagrodzenia członków zarządu. W praktyce przyjmuje się, że wynagrodzenie związane i wynikające z powołania na członka zarządu ustanawia i określa w drodze uchwały ten organ (zgromadzenie wspólników). Możliwe są tu dwie sytuacje:
  • po pierwsze - zostanie podpisana umowa zlecenie, umowa o pracę, kontrakt menedżerski. Tu zaznaczam, zgodnie z art. 210 § 1 K.s.h., w umowie między spółką a członkiem zarządu, spółkę reprezentuje rada nadzorcza lub pełnomocnik spółki powołany uchwałą zgromadzenia wspólników. Należy pamiętać, że brak dochowania tej procedury może być podstawą do wyłączenia wydatków na Pańskie wynagrodzenie z kosztów uzyskania przychodów,
  • po drugie - wspólnicy mogą poprzestać na podjęciu uchwały w sprawie określenia Pańskiego wynagrodzenia.

Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie ani umowa zlecenia ani kontrakt menedżerski. Sporo się ostatnio dowiedziałem od znajomych o ich problemach związanych z kontraktami. Interesuje mnie - czym różni się zawarcie umowy o pracę od tej drugiej sytuacji, tj., gdy jest uchwała, a nie ma żadnej umowy.

Wspomniana przeze mnie druga sytuacja opiera się na rozróżnieniu aktu powołania (jako stosunku korporacyjnego) od zawiązania dodatkowego stosunku - obok aktu korporacyjnego. Czym innym jest bowiem powołanie danej osoby na członka zarządu, a czym innym zawarcie umowy z takim członkiem zarządu. Możliwe jest pełnienie funkcji bez powiązania dodatkowym stosunkiem prawnym (zwanym w literaturze stosunkiem wewnętrznym). Możliwe jest również poprzestanie przez wspólników na ustaleniu wynagrodzenia z tytułu pełnionej funkcji w uchwale wspólników.

Czy w obu ww. sytuacjach będziemy mieli do czynienia z wydatkiem stanowiącym dla spółki koszt uzyskania przychodów?

Oczywiście - dokonanie zaś przez spółkę z o.o. wypłaty wynagrodzeń za pełnione przez członków zarządu funkcje, dokonane na podstawie prawnie skutecznej uchwały i ewentualnie - umowy, w świetle przepisów art. 15 ust. 1 i art. 16 ust. 1 pkt 38 ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych, stanowi podstawę do zaliczenia wypłaconego wynagrodzenia do kosztów uzyskania przychodów spółki.

Wracając do pierwszej sytuacji - czy dałoby się uniknąć procedury powoływania pełnomocnika wspólników? To trochę kłopotliwe. Może umowa spółki mogłaby ten wymóg zmodyfikować, np. żebym mógł zawrzeć umowę ze spółką reprezentowaną przez innego członka zarządu, prokurenta lub nawet sam ze sobą?

Niestety, nie. Przepis art. 210 K.s.h. ma charakter bezwzględnie obowiązujący, a to oznacza, że jakiekolwiek odmienne postanowienia umowy spółki w tym zakresie są nieważne, tak jak i umowa, która zostałaby zawarta z naruszeniem procedury z art. 210 K.s.h. Skutkiem tego wydatki poczynione na podstawie tak wadliwie zawartej umowy nie mogłyby stanowić kosztu uzyskania przychodów.

Moim zadaniem jest "postawienie spółki na nogi". To będzie wymagało wielu zabiegów marketingowych, które wiążą się z wieloma nieraz kosztownymi wyjazdami. Zatem, czy koszty moich wyjazdów służbowych, np. na targi, czy negocjacje, związane z noclegami, wyżywieniem, spółka będzie mogła zaliczyć do kosztów podatkowych?

To drażliwy temat. Zalecam w takich sytuacjach szczególną rozwagę i zapobiegliwość. Zdecydowanie sugerowałbym odpowiednie zapisy poczynić w umowie spółki, jak też w ewentualnej umowie Pana ze Spółką, względnie - jeżeli umowy takiej Pan nie zawrze - w uchwale wspólników. Dokumenty te powinny określić kryteria ustalenia zasadności i weryfikowania konieczności ponoszenia takich wydatków przez spółkę.

No dobrze, a co z podatkami od mojego wynagrodzenia?

Pańskie honorarium - bez względu na podstawę jego wypłaty, stanowić będzie podstawę opodatkowania podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Źródłem przychodu jest tu działalność wykonywana osobiście. Za przychody z tej działalności, zgodnie z treścią art. 13 pkt 9 ustawy, uważa się m.in. przychody uzyskane na podstawie umów o zarządzanie przedsiębiorstwem, kontraktów menedżerskich lub umów o podobnym charakterze. W art. 13 pkt 7 ustawodawca wskazuje ponadto, jako przychody z działalności wykonywanej osobiście, przychody otrzymywane przez osoby, niezależnie od sposobu ich powoływania, należące do składu zarządów, rad nadzorczych, komisji lub innych organów stanowiących osób prawnych. Jeżeli zawrze Pan umowę o pracę, ?ródłem przychodu będzie tzw. "stosunek służbowy".

Czy mamy tu do czynienia z progresją podatkową?

Niestety, tak - i to w każdej sytuacji. Dochody podatnika osiągającego przychody z działalności wykonywanej osobiście podlegają opodatkowaniu na ogólnych zasadach przy zastosowaniu skali podatkowej, określonej w art. 27 ust. 1 ustawy. Spółka, dokonując wypłaty należności, obowiązana jest pobierać zaliczki na podatek dochodowy w wysokości 19% należności pomniejszonej o koszty uzyskania przychodów w wysokości określonej w art. 22 ust. 9 ustawy oraz pomniejszonej o składki potrącone przez płatnika w danym miesiącu na ubezpieczenia emerytalne i rentowe oraz na ubezpieczenie chorobowe, o których mowa w art. 26 ust. 1 pkt 2 lit. b) ustawy.

Czy istnieje tu możliwość skorzystania z opodatkowania liniowego 19%?

Niestety, nie. Ustawa wyłącza tę możliwość nawet dla tych menedżerów, którzy zawrą kontrakt menedżerski w ramach działania swojego przedsiębiorstwa, w którego zakres działalności wchodzą także usługi zarządcze. Tym samym - nawet w takiej sytuacji - mamy do czynienia ze ?ródłem przychodów z art. 13 pkt 9, a więc - z progresją podatkową i "pracowniczymi" kosztami uzyskania przychodów.

A gdybym tak zawarł ze spółką dwie umowy. Np. o pracę na minimalne wynagrodzenie i jednocześnie umowę na usługi doradcze świadczone w ramach własnej działalności gospodarczej? Ta druga umowa przynosiłaby oczywiście znacznie wyższe wynagrodzenie...

To możliwe. Ale wiąże się ze znacznym ryzykiem - i dla Pana, i dla Spółki. Umowa o świadczenie usługi doradczej zawarta z członkiem zarządu cieszy się wzmożonym zainteresowaniem służb podatkowych. Proszę spojrzeć - jeżeli jest tak, że pobiera Pan wynagrodzenie z tytułu sprawowania zarządu, a oprócz tego świadczy na rzecz spółki usługę doradczą - to rodzi się pytanie nie tyle o zasadność uznawania kosztów tej usługi za koszt uzyskania przychodów, ile o sam sens (logikę) takiej konstrukcji. Obowiązkiem członka zarządu, będącego organem wykonawczym spółki, jest przecież zarządzanie spółką, z czym wiąże się m.in. opracowywanie strategii spółki, polityki marektingowej oraz podejmowanie innych koniecznych działań. Obowiązek ten wynika już z samego faktu bycia członkiem zarządu. Od razu pojawiłoby się pytanie, dlaczego spółka ma dodatkowo płacić za coś, co jest jej należne od członka zarządu bez żadnej dodatkowej umowy?

A co z ZUS? Jak rozumiem - w przypadku umowy o pracę mamy do czynienia z pełnym "oskładkowaniem". W przypadku umowy zlecenia, czy kontraktu menedżerskiego - składki ZUS zależą od ewentualnego zbiegu tytułów do ubezpieczenia. Ale co z sytuacją, gdy nie ma żadnej umowy?

Brak istnienia umownego stosunku łączącego Pana ze Spółką ma poważne znaczenie dla składek na ZUS. Pełnienie funkcji członka zarządu w spółce na podstawie samego aktu powołania nie jest tytułem do powstania obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. Wśród tytułów rodzących obowiązek ubezpieczeń społecznych nie wymienia się bowiem pełnienia funkcji członka zarządu jedynie na podstawie aktu powołania. Nie jest to również tytułem do ubezpieczenia zdrowotnego. Przepisy ustawy zdrowotnej nie wymieniają bowiem pełnienia funkcji członka zarządu jako tytułu do obowiązkowego ubezpieczenia.

Podsumowując - w razie gdyby pełnił Pan funkcję członka zarządu na podstawie dodatkowo zawartej umowy o pracę, umowy zlecenia lub innej umowy o świadczenie usług, to podlegałby Pan co do zasady ubezpieczeniom społecznym i ubezpieczeniu zdrowotnemu na zasadach ogólnych. Natomiast pełnienie przez Pana funkcji wyłącznie na podstawie samego aktu powołania nie rodziłoby obowiązku ubezpieczeń społecznych i ubezpieczenia zdrowotnego. Jest to więc najkorzystniejsze rozwiązanie z Pana punktu widzenia. Pomimo iż Spółka wydatkuje tę samą zabudżetowaną kwotę, Pan uzyskuje najwyższą możliwą kwotę "dla siebie" . Jedyne obciążenie, to podatek...

Serdecznie dziękuję za poradę. Proszę o wystawienie faktury.