niedziela, 2 czerwca 2013

Michael Douglas: oral sex caused my cancer

Michael Douglas: oral sex caused my cancer

The actor Michael Douglas has revealed to the Guardian that the HPV virus, transmitted through oral sex, was responsible for his throat cancer

Michael Douglas at the Behind the Candelabra premiere in Cannes
Michael Douglas at the Behind the Candelabra premiere in Cannes. Photograph: Alberto Pizzoli/AFP/Getty Images

Basic Instinct star Michael Douglas revealed that his throat cancer was apparently caused by performing oral sex.

In a surprisingly frank interview with the Guardian, the Hollywood actor, now winning plaudits in the Liberace biopic Behind the Candelabra, explained the background to a condition that was thought to be nearly fatal when diagnosed three years ago.

Asked whether he now regretted his years of smoking and drinking, thought to be the cause of the disease, Douglas replied: "No. Because without wanting to get too specific, this particular cancer is caused by HPV [human papillomavirus], which actually comes about from cunnilingus."

Douglas, the husband of Catherine Zeta Jones, continued: "I did worry if the stress caused by my son's incarceration didn't help trigger it. But yeah, it's a sexually transmitted disease that causes cancer. And if you have it, cunnilingus is also the best cure for it."

The actor, now 68, was diagnosed with cancer in August 2010, following many months of oral discomfort. But a series of specialists missed the tumour and instead prescribed antibiotics. Douglas then went to see a friend's doctor in Montreal who looked inside his mouth using a tongue depressor.

"I will always remember the look on his face," Douglas has previously said. "He said: 'We need a biopsy.' There was a walnut-size tumour at the base of my tongue that no other doctor had seen."

Shortly afterwards he was diagnosed with stage four cancer (stage five is death) and embarked on an intensive eight-week course of chemotherapy and radiation. He refused to use a feeding tube, despite his palate being burnt on account of the treatment, and so lost 20kg (45lb) on a liquids-only diet. "That's a rough ride. That can really take it out of you," he told the Guardian. "Plus the amount of chemo I was getting, it zaps all the good stuff too. It made me very weak."

The treatment worked and Douglas is now more than two years clear of cancer. He has check-ups every six months, he said, "and with this kind of cancer, 95% of the time it doesn't come back".

The cause of Douglas's cancer had long been assumed to be related to his tobacco habit, coupled with enthusiastic boozing. In 1992, he was hospitalised for an addiction which some at the time claimed to be sex. Douglas himself denied this and said he was in rehab for alcohol abuse. He has also spoken of recreational drug use.

HPV, the sexually transmitted virus best known as a cause of cervical and anal cancer and genital warts, is thought to be responsible for an increasing proportion of oral cancers. Some propose that changes in sexual behaviour – a rise in oral sex in particular – are responsible. Such changes might be cultural, but could also be linked to fears about the safety of penetrative sex in the wake of the discovery of Aids.

Mahesh Kumar, a consultant head and neck surgeon in London, confirms that the last decade has seen a dramatic rise in this form of cancer, particularly among younger sufferers. Recent studies of 1,316 patients with oral cancer found that 57% of them were HPV-16 positive.

"It has been established beyond reasonable doubt that the HPV type 16 is the causative agent in oropharyngeal cancer," said Kumar, who also testified to increased recovery rates among this kind of cancer sufferer. This would help explain why Douglas was given an 80% chance of survival, despite the advanced stage of his illness.

However, Kumar expressed scepticism that Douglas's cancer was caused solely by HPV, and surprise at Douglas's assertion that cunnilingus could also help cure the condition. "Maybe he thinks that more exposure to the virus will boost his immune system. But medically, that just doesn't make sense."

The GP Ann Robinson expressed interest in how confirmation of this association would affect the rollout of the HPV vaccine, which is currently only available in the UK to girls aged 12 and 13. "My main priority with diagnosing a patient with oral cancer is to get them referred as early intervention can be so crucial. Asking for a detailed sexual history would be inappropriate at that stage."

Douglas has two children, aged 10 and 12, with his second wife, Catherine Zeta Jones, as well as an older son, Cameron, from a previous marriage. In 2010, Cameron was sentenced to five years in prison for drugs possession and dealing, and a year later had his sentence extended until 2018 after he pleaded guilty to possessing drugs in prison.

Douglas won his first Oscar aged 31 for producing One Flew Over the Cuckoo's Nest, then took a second in 1987 for his performance as the ruthless capitalist Gordon Gekko in Wall Street. He won rave reviews in Cannes recently, for his portrayal of the pianist Liberace.

Later this year he will be seen alongside Morgan Freeman, Robert De Niro and Kevin Kline in the Hangover-style comedy Last Vegas. He currently has four projects in pre-production, including a dramatisation of the 1986 Reykjavik summit, in which he plays the former US president Ronald Reagan.

piątek, 31 maja 2013

ORP "Orzeł": zagadka rozwiązana?


31.05.2013, godz. 15:00
A A A

Legendarny okręt podwodny ORP „Orzeł”, który zaginął podczas II wojny światowej, został prawdopodobnie odnaleziony. Polscy i brytyjscy hydrografowie odkryli na dnie Morza Północnego niezidentyfikowany wrak. Wiele wskazuje, że jest to „Orzeł”. Niebawem wyrusza tam okręt ORP „Lech”. Ma zweryfikować odkrycie.


Losy okrętu podwodnego ORP „Orzeł” to jedna z największych tajemnic II wojny światowej. W maju 1940 roku jednostka zaginęła podczas patrolu na Morzu Północnym. – Przez lata „Orła” poszukiwały zarówno nasze okręty, jak i ekspedycje cywilne. Jak dotąd, bezskutecznie – podkreśla kmdr por. Bartosz Zajda, rzecznik Marynarki Wojennej.

Niewykluczone jednak, że właśnie nastąpił w tej sprawie przełom. – Na początku 2012 roku wspólnie z brytyjskimi hydrografami wyznaczyliśmy kolejne akweny, przez które mógł przechodzić ORP „Orzeł”. Nasi specjaliści przeanalizowali uzupełniane przez Brytyjczyków bazy zawierające dane o wrakach. Wreszcie natrafiliśmy na pewien ślad – opowiada kmdr Henryk Nitner, szef Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej.

Na jednym z tych akwenów spoczywa niezidentyfikowany wrak. – Polecenie, by mu się przyjrzeć otrzymała załoga niszczyciela min ORP „Czajka” – wspomina kmdr Nitner. Okręt wracał właśnie z Belfastu, gdzie zakończył służbę w natowskim zespole przeciwminowym. W wyznaczonym miejscu na Morzu Północnym marynarze opuścili z pokładu pojazd podwodny, który nagrał film. – Na głębokości około 70 metrów spoczywa wrak okrętu podwodnego. Ze wstępnych oględzin wynika, że może to być „Orzeł”. Zgadzają się pewne elementy jego konstrukcji, no i długość. Poza tym nie mamy informacji, by w tym regionie zaginęły jakieś inne okręty – podkreśla kmdr Nitner. Niezależnie od tego, jest on bardzo ostrożny. – Wrak wymaga szczegółowych badań. Na razie szanse, że to ORP „Orzeł” oceniam na pięćdziesiąt procent – podkreśla.

Wkrótce pewnie będziemy wiedzieć więcej. Na początku czerwca na Morze Północne wyrusza okręt ratowniczy ORP „Lech”, wzmocniony specjalistami od hydrografii oraz grupą nurków. Mają oni nagrać kolejne filmy, a potem zejść pod powierzchnię.

ORP „Orzeł” został zbudowany w holenderskiej stoczni De Schelde. Połowa kwoty na ten cel pochodziła ze składek społecznych. – W Polsce udało się wówczas zebrać przeszło osiem milionów złotych – wyjaśnia kmdr por. rez. Sławomir Kudela, historyk Marynarki Wojennej. Do służby okręt wszedł na początku 1939 roku. – W swojej klasie zaliczał się do najnowocześniejszych jednostek na świecie – podkreśla Kudela. Okręt mógł zabrać na pokład 20 torped, przepłynąć bez zawijania do portu siedem tysięcy mil i zejść na głębokość nawet stu metrów. – Była to jednostka oceaniczna. Niektórzy nazywali ją podwodnym krążownikiem – podkreśla Kudela.

We wrześniu 1939 roku ORP „Orzeł” wziął udział w operacji pod kryptonimem „Worek”. Miał stawić czoła niemieckim okrętom na Zatoce Gdańskiej. Dowództwo floty planowało też użyć go w akcji przeciwko pancernikowi „Schleswig-Holstein”. Ten jednak ostatecznie nie wyszedł z kanału portowego w Gdańsku.

Po kilku dniach ORP „Orzeł” opuścił swoje pozycje i przemieścił się na pełne morze. Dowództwo floty zakładało, że polskie okręty podwodne w skrajnych sytuacjach mogą schronić się w portach Finlandii i Szwecji. Dowódca „Orła” kmdr ppor. Henryk Kłoczkowski zdecydował się jednak płynąć do Estonii. Tam okręt został internowany, Kłoczkowski zaś trafił do szpitala. Wiele wskazuje na to, że symulował chorobę, by uniknąć kłopotliwej sytuacji. Do takiego też wniosku trzy lata później doszedł Polski Sąd Morski w Londynie, który skazał Kłoczkowskiego za dezercję i zdegradował do stopnia marynarza. Jednak jak było naprawdę, do dziś nie wiadomo.

Tymczasem ORP „Orzeł” pod nowym dowództwem kpt. mar. (późniejszego kmdr. ppor.) Jana Grudzińskiego pod koniec września 1939 roku dokonał brawurowej ucieczki z portu w Tallinie. Marynarze obezwładnili estońskich strażników, wywołali awarię prądu na nabrzeżu i pod osłoną nocy wyszli na wody Zatoki Fińskiej. Tam przeczekali dobę, kładąc okręt na dnie, a następnie ruszyli w kierunku Wielkiej Brytanii. – Było to przedsięwzięcie wręcz karkołomne – podkreśla Kudela. Wcześniej okręt został niemal całkowicie pozbawiony uzbrojenia, Estończycy odebrali też załodze mapy. – Przejście przez Bałtyk udało się dzięki nawigatorowi por. mar. Marianowi Mokrskiemu, który posłużył się starym niemieckim spisem latarń morskich – tłumaczy Kudela. Po 44 dniach rejsu okręt dotarł do Szkocji. Wkrótce wraz z kilkoma innymi polskimi jednostkami rozpoczął służbę u boku Brytyjczyków.

ORP „Orzeł” brał udział w patrolach na Morzu Północnym, eskortował konwój idący do Bergen, zatopił też niemiecki transportowiec „Rio de Janeiro”, który przewoził sprzęt i żołnierzy przygotowujących się do inwazji na Norwegię.

23 maja ORP „Orzeł” wyszedł w swój ostatni rejs. Po opuszczeniu portu ślad po nim zaginął. – Najbardziej prawdopodobna, według mnie, hipoteza mówi, że wszedł na pole minowe, o którym Brytyjczycy nie zdążyli go powiadomić – tłumaczy Kudela. Ale są też inne teorie. Zgodnie z nimi okręt miał zostać omyłkowo zatopiony przez sojuszniczą jednostkę holenderską, brytyjski bombowiec bądź podczas wynurzenia został zbombardowany przez niemiecki samolot.

Do dziś zarówno losy „Orła”, jak i miejsce spoczywania wraku pozostają zagadką. Wydaje się jednak, że dziś jesteśmy bliżej jej rozwiązania niż kiedykolwiek przedtem.

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wrakiem ORP „Orzeł”, czy też nie, wrak najpewniej nie zostanie wydobyty na powierzchnię. – Bohaterów należałoby uczcić, a przy okazji zaapelować do wszelkiego rodzaju eksploratorów, amatorów mocnych wrażeń, by uszanowali miejsce ich spoczynku – podsumowuje kmdr Nitner.

Łukasz Zalesiński 

autor zdjęć: arch. Marynarki Wojennej

środa, 22 maja 2013

Ojciec stewardesy z tupolewa zadaje 10 pytań. Dostaje 30 odpowiedzi - 10 od zespołu Laska i... dwa komplety od doradców Macierewicza


Agnieszka Kublik
 
20.05.2013 , aktualizacja: 20.05.2013 17:31
A A A Drukuj
Tu-154 M

Tu-154 M (Fot. Filip Klimaszewski / AG)

Dlaczego doradcy polityka PiS przekazali aż 20 odpowiedzi? Bo pisali je dwa razy. Za drugim razem nieco inaczej, tak jakby sugerowali się odpowiedziami zespołu Laska. I dodając "obowiązującą" w PiS wersję o trzech osobach, które przeżyły katastrofę
Ponad dwa miesiące temu Grzegorz Januszko (ojciec Natalii Januszko - stewardesy, która zginęła w katastrofie smoleńskiej) przesłał na ręce Macieja Laska z komisji Jerzego Millera 10 pytań o katastrofę w Smoleńsku. Te same pytania przesłał też do doradców zespołu Macierewicza. Dostał odpowiedź 7 maja (opublikowała ją Niezalezna.pl), w ostatni czwartek swoje odpowiedzi przesłał mu zespół Laska.

A potem jeszcze raz odpowiedzi wysłali eksperci Macierewicza, najwyraźniej po lekturze odpowiedzi zespołu Laska.

W czym odpowiedzi się zbiegają? Porównajmy odpowiedź na pytanie czwarte:

Czy w podobnych katastrofach nie zdarza się, że część osób uchodzi z życiem? Samolot z prezydentem Mozambiku rozbił się, uderzając w bok góry z prędkością ok. 400 km/godz., pod kątem, a część osób przeżyła. Zdarzyło się to w latach 80., chodziło o Tu-134 - podobnej konstrukcji co Tu-154.

Odpowiedź zespołu Macierewicza, pierwsza wersja: Najczęściej wszyscy na pokładzie giną, gdy ulegający katastrofie samolot spada z dużą energią lub eksploduje, czy też zapala się w nim paliwo. Jednak nawet w katastrofie Airbusa w Tripoli jeden z pasażerów przeżył. Już niecałe pół godziny po katastrofie w Smoleńsku minister spraw zagranicznych wiedział, że "wszyscy zginęli", a służby ratunkowe markowały działanie, nie udając nawet, że próbują szukać rannych i nieść pomoc ofiarom.

Odpowiedź zespołu Laska: Każdy wypadek zdarza się w unikalnych dla siebie okolicznościach, choć, na co wskazują statystyki, często ich przyczyny są zbliżone. Każdy zatem wypadek w tym zakresie należy rozpatrywać jako oddzielne wydarzenie i prowadzić badanie uwzględniające wszystkie okoliczności, a w szczególności położenie i prędkość samolotu, miejsce zderzenia z ziemią, itp. Porównanie zdjęć powypadkowych małych samolotów, jakie było przedstawiane opinii publicznej, a które miało wskazywać na to, że samolot Tu-154M nr boczny 101 "nie miał prawa" ulec takiemu zniszczeniu, jest daleko idącym uproszczeniem i należy mieć nadzieję, że nie było to celową próbą manipulacji. Porównywanie wypadku samolotu Tu-154M nr 101 do eksperymentu polegającego na kontrolowanym rozbiciu samolotu Boeing B727 czy wypadku samolotu Boeing B737 w rejonie lotniska Schiphol pod Amsterdamem, nie oddaje przebiegu wypadku samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem. W tym przypadku do uderzenia doszło w pozycji odwróconej, co jest dość rzadkie w lotnictwie komunikacyjnym. Pokrycie skrzydeł i kadłuba, a w szczególności przedział pasażerski samolotu nie są projektowane do przenoszenia obciążeń wynikających ze zderzeń z przeszkodami, w tym z gruntem.

Odpowiedź zespołu Macierewicza, druga wersja: - Trzeba zaznaczyć, że każdy wypadek lotniczy jest niepowtarzalny i każdy musi być badany indywidualnie. Przy porównywaniu katastrof należy znać nie tylko podobieństwa, ale też różnice pomiędzy nimi. Jedynym użytecznym narzędziem w takiej analizie jest statystyka, a odpowiedź jedynie stopniem prawdopodobieństwa.

- Najczęściej wszyscy na pokładzie giną, gdy ulegający katastrofie samolot spada z dużą energią lub eksploduje czy też zapala się w nim paliwo. Nawet w katastrofie airbusa w Tripoli jeden z pasażerów przeżył. Już niecałe pół godziny po katastrofie w Smoleńsku minister spraw zagranicznych wiedział, że "wszyscy zginęli", a służby ratunkowe markowały działanie, nie udając nawet, że próbują szukać rannych i nieść pomoc ofiarom. Niektóre z jadących na miejsce katastrofy karetek pogotowia ratunkowego już około 15 minut po tragedii były zawracane, ponieważ stwierdzono, że nie ma kogo ratować. Tymczasem istnieją zeznania kilku świadków mówiące o tym, że trzy osoby przeżyły katastrofę. Komisja Millera nie analizowała tego wątku.

Porównaj także:

Pierwszą odpowiedź ekspertów Antoniego Macierewicza

Odpowiedź ekspertów Macieja Laska

Drugą odpowiedź ekspertów Antoniego Macierewicza


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75248,13944713,Ojciec_stewardesy_z_tupolewa_zadaje_10_pytan__Dostaje.html#MT#ixzz2U13fijKO