wtorek, 5 sierpnia 2014

Ból głowy Putina. Kreml pogrążył Jukos, teraz on zaszkodzi Kremlowi?


Andrzej Kublik
04.08.2014 , aktualizacja: 03.08.2014 20:02

Moskwa ma powody, by się zastanowić nad swoją polityką. Arbitraż w Hadze skazał Rosję na 50 mld dol. odszkodowania dla byłych akcjonariuszy koncernu Jukos, a UE i USA zaostrzyły sankcje wobec tego kraju.
Artykuł otwarty
Wyrok trybunału arbitrażowego w Hadze może przejść do historii ze względu na gigantyczną kwotę zasądzonego odszkodowania. Sędziowie jednomyślnie uznali, że władze Rosji z powodów politycznych postanowiły doprowadzić do bankructwa koncern Jukos, który na początku tego stulecia był największą rosyjską kompanią naftową. I za to Trybunał w Hadze skazał Rosję na zapłatę 50 mld dol., czyli ok. 666 dol. na każdego obywatela Rosji.

Część byłych akcjonariuszy Jukosu zapowiedziała, że może zmniejszyć kwotę swoich roszczeń, jeśli Moskwa umorzy postępowania karne wytoczone im i byłym menedżerom koncernu. A Rosja z kolei natychmiast zapowiedziała, że odwoła się od wyroku arbitrażu.

A wyrok ten jest interesujący także ze względu na ujawnione w trakcie procesu okoliczności, które wyjaśniły pewne zagadki likwidacji Jukosu, takie jak przejęcie złóż tego koncernu w Jugańsku na Syberii.

Czym Jukos podpadł Kremlowi?

Problemy Jukosu zaczęły się w 2003 r., kiedy pod zarzutem nadużyć prywatyzacyjnych popełnionych niemal dekadę wcześniej został zatrzymany szef koncernu Michaił Chodorkowski. Jak zeznał w Hadze Andriej Iłłarionow, który w tym czasie był doradcą prezydenta Rosji Władimira Putina, gospodarz Kremla uznał, że Chodorkowski "źle się zachował" i "przestał współpracować", gdyż bez uzgodnienia z Putinem zaczął rozmawiać o połączeniu Jukosu z największym amerykańskim koncernem paliwowym ExxonMobil, a także wspierał finansowo opozycję. I według Iłłarionowa już pod koniec 2002 r. w Prokuraturze Generalnej Rosji powołano zespół ok. 50 urzędników, którzy zajmowali się wyłącznie fabrykowaniem zarzutów wobec Chodorkowskiego i Jukosu.

Jednak losy Jukosu ważyły się przez kilka miesięcy po zatrzymaniu Chodorkowskiego. Rosyjski fiskus zarzucał koncernowi nadużycia podatkowe i nakładał z tego powodu kary, przynajmniej za 2000 i 2001 r. zawyżone - jak w tym tygodniu uznał Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Ostatecznie los Jukosu został przesądzony jesienią 2004 r. We wrześniu tamtego roku tuż przed wizytą premiera Chin Wen Jiabao w Moskwie Jukos nagle wstrzymał transporty kolejowe ropy naftowej dla Chińczyków, tłumacząc, iż po zajęciu kont przez komorników nie ma pieniędzy na opłacenie ceł i przewóz cystern.

Miesiąc po tym incydencie ministerstwo sprawiedliwości Rosji ogłosiło, że aby zaspokoić swoje roszczenia wobec Jukosu, na przymusowej aukcji sprzeda największe złoża koncernu w Jugańsku, z których pochodziło 60 proc. ropy naftowej wydobywanej przez Jukos.

Zęby na te złoża ostrzył sobie Gazprom, który zamierzał je przejąć za pieniądze pożyczone od konsorcjum kierowanego przez Deutsche Bank. Jednak tuż przed aukcją sąd w USA - na wniosek akcjonariuszy Jukosu - zakazał uczestniczyć w niej Gazpromowi.

Spółka krzak kupuje złoża Jukosu

Dalsze wydarzenia zaszokowały cały świat. Trwającą pięć minut aukcję wygrała nieznana nikomu spółka BajkałFinansGrup, którą zarejestrowano dwa dni przez licytacją. Nie można było jej znaleźć w miejscu, które podała jako swoją siedzibę - w tym budynku znajdowały się tylko sklep z telefonami komórkowymi, agencja nieruchomości i kawiarnia. I owa spółka z minimalnym kapitałem zakładowym o równowartości ok. 400 dol. zaoferowała za złoża Jukosu 9,4 mld dol. (jedną czwartą ich wartości), a na dodatek zapłaciła prawie 1,8 mld dol. wadium za udział w aukcji. Trzy dni po zwycięskiej licytacji owa spółka widmo została przejęta przez niewielki do tego czasu państwowy rosyjski koncern naftowy Rosnieft. A ten na przejęcie głównych złóż Jukosu pożyczył 6 mld dol. w Chinach za pośrednictwem rosyjskiego rządowego banku VEB. Dwa lata później Rosnieft przejął też pozostałe główne złoża Jukosu, które po bankructwie tego koncernu zostały wystawione na licytację.

Do tej pory nie było wiadomo, do kogo należał BajkałFinansGrup. Zagadkę rozwiązało dopiero orzeczenie arbitrażu w Hadze. W czasie rozprawy przedstawiciele rządu Rosji utrzymywali, że BajkałFinansGrup była spółką specjalnego przeznaczenia, którą w interesach państwa rosyjskiego założyli przedstawiciele koncernu naftowego Surgutnieftiegaz i od tego właśnie koncernu pożyczyli 1,8 mld dol. na wadium za złoża Jukosu. Ale według przedstawicieli rządu Rosji Surgut nie miał pieniędzy na opłacenie reszty należności i musiał sprzedać złoża przejęte od Jukosu. Trafiło na Rosnieft.

Tajemnicza firma naftowa

W ten sposób przed Trybunałem w Hadze władze Rosji potwierdziły przypuszczenia, że w wywłaszczenie Jukosu był zaangażowany koncern Surgutnieftiegaz, który wcześniej zaprzeczał tym przypuszczeniom. A Surgut to jedna z największych i najbardziej tajemniczych kompanii naftowych w Rosji. Lwią część zysków odkłada i jego zasoby gotówki szacuje się na ponad 20 mld dol. I w razie potrzeby z dnia na dzień może sięgnąć po te pieniądze w interesie Kremla.

W 2009 r. to właśnie Surgut niespodziewanie wyłożył 1,4 mld euro, by kupić od austriackiego koncernu OMV ponad 21 proc. akcji węgierskiego koncernu paliwowego MOL. I potem Budapeszt dwa lata blokował Surgutowi prawo do skorzystania z tych akcji, aż wreszcie Rosjanie ustąpili i sprzedali je Węgrom.

Teraz zaskórniaki firm takich jak Surgut mogą mieć jeszcze większe znaczenie dla Moskwy. Od sierpnia inwestorzy z Unii Europejskiej nie mogą przyznawać nowych pożyczek na ponad 90 dni największym rosyjskim bankom Sbierbank, VTB, Gazprombank, VEB i Rossiełchozbank. Takie same sankcje na te banki - poza Sbierbankiem - nałożyły Stany Zjednoczone, dodatkowo zakazują przyznawania pożyczek na ponad 90 dni koncernom paliwowym Rosnieft i Novatek. To oznacza wielką presję finansową na rosyjskie banki, które do końca przyszłego roku muszą spłacić ponad 50 mld dol. zagranicznych długów. Rosyjskie giganty bankowe nie będą też mogły pożyczyć w UE i USA pieniędzy, by pomóc rodzimym koncernom w spłacie ich zadłużenia. A rosyjskie koncerny w ciągu czterech lat muszą zwrócić 112 mld dol. zagranicznych pożyczek. Rosyjskie banki i koncerny będą musiały szukać pieniędzy w kasie państwa i we własnych rezerwach. To oznacza dla nich i dla całej Rosji rezygnację z wielu planów rozwoju i międzynarodowej ekspansji. A wyrok arbitrażu w Hadze może przysporzyć władcom Kremla dodatkowego bólu głowy, jeśli akcjonariusze Jukosu będą próbowali go wyegzekwować.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,16423492,Bol_glowy_Putina__Kreml_pograzyl_Jukos__teraz_on_zaszkodzi.html#BoxBizTxt#ixzz39SmpGSNl

sobota, 2 sierpnia 2014

Dlaczego w 1944 roku w Krakowie nie wybuchło powstanie

 

Małgorzata Skowrońska
01.08.2014 , aktualizacja: 31.07.2014 20:25
A A A Drukuj
1 sierpnia 2009 r., Rynek Główny w Krakowie. Rocznica wybuchu powstania warszawskiego

1 sierpnia 2009 r., Rynek Główny w Krakowie. Rocznica wybuchu powstania warszawskiego (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja)

 
- Kraków był przygotowany do powstania, ale rozkazy z Warszawy nie były jednoznaczne. Otwartej walki nie chcieli kard. Sapieha i politycy. Bali się nierównego starcia i zniszczenia miasta - mówi prof. Andrzej Chwalba.
Artykuł otwarty
Małgorzata Skowrońska: Jest sierpień 1944 r. Warszawa walczy. A Kraków?

Prof. Andrzej Chwalba, historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego: Czeka. O tym, że Godzina W nadeszła, krakowianie dowiedzieli się od kolejarzy 2 lub 3 sierpnia. Informację o powstaniu w stolicy dowieźli do miasta również kierowcy ciężarówek, które kursowały między Warszawą a Krakowem. Niektórzy dowiadywali się z nasłuchu radiowego BBC, choć zasięg był mocno ograniczony, bo konspiracyjnych odbiorników było niewiele. Wielu dowiadywało się o warszawskich wydarzeniach od swoich niemieckich sąsiadów. W tamtym czasie cywilnych Niemców mieszkało w Krakowie około kilkunastu tysięcy. Ze względu na swoje bezpieczeństwo utrzymywali w miarę poprawne stosunki z krakusami. Była w końcu hitlerowska propaganda, wedle której bandyci próbują wzniecić bunt w stolicy kosztem ludności cywilnej. Krakowianie umieli jednak czytać między wierszami.

Na co Kraków czekał?

- Na rozkaz Bora-Komorowskiego. Po wojnie zbudowano mit, że Warszawa dzielnie walczyła, a Kraków zachował się tchórzliwie i nie przystąpił do czynu. Do jego powstania przyczyniły się antagonizmy, które od wieków dzieliły oba miasta, i polityka władz komunistycznych, które przeciwstawiały konserwatywny Kraków postępowej stolicy. Mit jest dla nas krzywdzący i ma się nijak do rzeczywistości. Powstanie warszawskie miało być ostatnim elementem planu "Burza", który najpierw z powodzeniem prowadzony był na Kresach Wschodnich. Środowisko krakowskie, tak zwane "Muzeum" - taką nazwę nosił Krakowski Okręg Armii Krajowej - rozważało przystąpienie do otwartej walki. Dowodzący tutaj płk Edward Godlewski, pseudonim "Garda", zarządził pełną gotowość bojową. Do powstania jednak nie doszło.

 
Dlaczego?

- Było kilka powodów. Komenda Główna nie miała spójnego pomysłu co do Krakowa. Bór-Komorowski zajęty był stołecznymi barykadami, a przy ówczesnych trudnościach komunikacyjnych nic dziwnego, że z Warszawy przyszły dwa sprzeczne rozkazy. Pierwszy nakazywał pełną mobilizację i pójście na odsiecz walczącej stolicy. Żołnierze batalionu "Skała" ruszyli powstańcom na pomoc. Ta grupa pod wodzą mjr. Jana Pańczakiewicza liczyła około pół tysiąca żołnierzy. Daleko nie doszli. Pod Złotym Potokiem okupanci ich powstrzymali, a oni myśleli, że jak ich hitlerowcy zobaczą, to sami czmychną. Ta brawura brała się między innymi z przekonania, że Niemcy już wiedzą, że przegrywają wojnę. Rzeczywiście, w ostatnich dniach lipca 1944 r. nastroje panikarskie wśród okupantów były powszechne. Przede wszystkim jednak wśród cywilów, którzy masowo zaczęli wyjeżdżać na Zachód.

Drugi rozkaz z Warszawy też nie był jednoznaczny. Zachęcał płk. Godlewskiego do rozważenia możliwości zorganizowania powstania ze względów politycznych. Chodziło o to, by świat się dowiedział, że dwa wielkie polskie miasta walczą z hitlerowcami.

"Garda" chce powstania?

- Nie jest entuzjastą takiego rozwiązania. Zdaje sobie sprawę z braków w uzbrojeniu i brawury młodych, którzy chcą wziąć odwet. Nie pomaga mu też to, że wszyscy politycy obecni w tamtym czasie w Krakowie, od endecji po socjalistów, też są przeciwko. Ostateczną decyzję podejmuje po spotkaniu u abp. Sapiehy. Na Franciszkańskiej 3 - jakże znaczący w Krakowie adres - pojawiają się przedstawiciele krakowskiego dowództwa AK i politycy, m.in. podziemny wojewoda Jan Jakubiec, ludowiec i okręgowy delegat rządu RP na kraj.

Niektórzy wręcz mówią, że Sapieha zaprzysiągł ich, by nie rozpętali powstania. Kardynał miał powiedzieć, że jak walki się rozpoczną, Niemcy całkowicie zniszczą Kraków. Nie chciał do tego dopuścić. Uważał też, że byłoby to na rękę Niemcom, którzy czekali na cokolwiek, co usprawiedliwiłoby kolejna falę terroru. Kiedy weźmie się pod uwagę to, co stało się po powstaniu w Warszawie, jak zrównano miasto z ziemią i ilu cywilów wymordowano, dom po domu, kwartał po kwartale, inaczej patrzy się na krakowskie decyzje.

Jest jeszcze jeden element ważny w tej wojennej układance. Warszawiacy zaskoczyli Niemców. Okupant wiedział co prawda, że planujemy powstanie, ale nie znał dnia ani godziny. Tymczasem w Krakowie to by się nie udało. Już po wojnie okazało się, że okupanci znali plany naszego AK. Doskonale wiedzieli, że nasi zaczną m.in. od uderzenia w dom studencki Żaczek, w którym wtedy mieszkali żołnierze SS. Kolejnym punktem miał być gmach dzisiejszego Muzeum Narodowego, w którym hitlerowcy mieli swoje kasyno. Plany krakowskiego podziemia odkrył w niemieckich archiwaliach tamtejszy historyk badający już współcześnie okres wojenny. Niemcy byli więc przygotowani na atak. Do miasta ściągnęli specjalną jednostkę. Takich komandosów i antyterrorystów w jednym, którzy byli trenowani właśnie do walki w warunkach miejskich.

Krakowskie podziemie było dobrze uzbrojone?

- Skąd! Formacja była bardzo rozproszona, a w samym mieście przebywało zaledwie kilka tysięcy żołnierzy. Przede wszystkim ze zgrupowania "Żelebet". Około półtora tysiąca mogło mieć broń, głównie granaty. Broń zdobywano przez alianckie zrzuty, niemieckie zdobycze i produkcję własną. W Podgórzu pod przykrywką ubezpieczalni mieściła się fabryka pistoletów maszynowych. Jednak to, co tam wyprodukowano, trafiało przede wszystkim do lasów. Rozwózką zajmowali się Węgrzy, którzy mieli pozwolenie na poruszanie się ciężarówkami. Nigdy nie wpadli.

Z jaką siłą nasi konspiratorzy mieli się mierzyć?

- Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa. Mieszkało tu znacznie więcej Niemców niż w Warszawie. Garnizon okupanta liczył około 30 tys. świetnie wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy.

Wiedzieli, jak sparaliżować konspirację. Kraków przeżył 6 sierpnia 1944 horror Czarnej Niedzieli.

- To był słoneczny dzień. Ludzie po sumie szli się opalać nad Rudawę, spacerowali po Błoniach. Niemcy obstawili cały teren. Wyciągali też ludzi z mieszkań. W tamtej największej polskiej łapance wojennej wpadło od 6 do 7 tys. ludzi. Hitlerowcy zwolnili tylko starszych i dzieci. Kobiety i mężczyzn wywieźli na roboty. Ci, których podejrzewali o działalność podziemną, trafiali do obozów w Płaszowie czy Auschwitz. Efekt propagandowy był porażający. Kraków wpadł w panikę. Strach był wszechogarniający. Uszczuplono przy tym znacznie zasoby AK o tych, którzy mogliby walczyć.

Czarna Niedziela w ukrytej kamerze. Łapankę w Krakowie 6 sierpnia 1944 r. nakręcił ukrytą kamerą żołnierz AK Tadeusz Franiszyn ps. Jagoda. Film znajduje się w zbiorach Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, obecnie prezentowany jest na wystawie: Kraków - czas okupacji 1939-1945. Może ktoś rozpozna, w jakim miejscu został wykonany? Czekamy na listy: redakcja@krakow.agora.pl



<podzial_strony>
Podobno Niemcom zależało na sprowokowaniu powstania krakowskiego?

- Wtedy, gdy poczuli się znowu silni. Na 10 października przygotowywali prowokację. Przebrani w polskie mundury, mieli rozpocząć powstanie. Dowództwo krakowskiej AK nie dało się nabrać. Nasi mieli swojego agenta w otoczeniu Hansa Franka. Doniósł im, co się święci. Konspiracyjna drukarnia w Swoszowicach wydrukowała kilka tysięcy ulotek ostrzegających przed tą prowokacją.

Jaką strategię przyjął Frank wobec Krakowa?

- Kija i marchewki. Z jednej strony terror i Czarna Niedziela. Z rąk okupanta giną Karłowscy, małżeństwo krakowskich aptekarzy, którzy byli odpowiedzialni za przygotowanie podziemnych służb medycznych. Dziś na ul. Floriańskiej wisi tablica im poświęcona. Niemcy zabijają też gen. Stanisława Rostworowskiego. 11 sierpnia o 6 rano zatrzymuje go gestapo w jego mieszkaniu przy ul. św. Marka. Specjalnie się nie krył. Pod płaszczem nosił mundur.

Czas na marchewkę. Zachowały się z tamtych czasów kroniki filmowe, na których widać generalnego gubernatora całującego polskie urzędniczki w rękę. Rzecz niebywała: "pan" całuje "podludzi"! Gadzinowy "Goniec Krakowski", kupowany wtedy masowo, bo zamieszczał drobne ogłoszenia, na szczęście przez wielu krytycznie czytany, donosił o tym, że Niemcy zezwolą wkrótce na rozpoczęcie nauki w polskich gimnazjach i liceach. Miał ruszyć Uniwersytet Jagielloński. Co ciekawe, są w tej gazecie także teksty o Warszawie, że to barbarzyńskie i azjatyckie miasto. Na dodatek źle urządzone w przeciwieństwie do europejskiego Krakowa. Wszystko PR. Zaczyna działać Teatr Powszechny, który gra pełen polski repertuar. Proszę sobie wyobrazić, że nawet Mickiewicza i Słowackiego. Na wielkim otwarciu w dzisiejszym budynku Starego Teatru pojawili się krakowscy społecznicy, m.in. z PCK, z czego się zresztą musieli po wojnie tłumaczyć. W filharmonii wznowiono koncerty - grano Chopina. Urzędnicy dostali dodatkową partię żywności. Chodziło o to, by pozyskać sympatię Polaków i zaprząc ich do walki ze zbliżającą się armią sowiecką. Przy ul. Lubomirskiego powstał punkt, do którego mieli zgłaszać się ci, którzy chcieli wesprzeć Niemców. To miały być oddziały pomocnicze. Krakowianie nie dali się przekabacić. Bojkot był totalny, choć po Rynku przejeżdżali w jedną i drugą stronę volksdeutsche udający zwerbowanych do tej formacji. Co prawda do kopania okopów przeciwko Rosjanom mieszkańcy chętnie się zgłaszali, ale to przede wszystkim dlatego, że Niemcy dobrze płacili.

Jakie nastroje panują w Krakowie, gdy wykrwawia się Warszawa?

- Depresyjne. Ludzie już wiedzą o klęsce. Do miasta zaczynają zjeżdżać tłumy uchodźców. Szacuje się, że mogło tu trafić od 60 do 80 tys. Krakowianie początkowo nie przyjmują ich chętnie. Miasto jest przeludnione, brakuje żywności. Wszystko drożeje: od chleba po dorożki. Wariują ceny w hotelach i pensjonatach. Ci, którzy zaangażowani są w podziemie, przeżywają chwile rozpaczy. Klęska Warszawy podcięła im skrzydła.

Po takiej odpowiedzi od razu pojawią się głosy, że deprecjonuje pan Kraków.

- Wielu zachowywało się bohatersko, ale nie można zamykać oczu na to, że sporo osób żyło z interesów z Niemcami. Oni chcieli zarobić na tej wojnie. Nie jest to przecież cecha tylko krakowska. Wojna ma to do siebie, że demoralizuje i wyciąga z ludzi najgorsze cechy. Zwiększa się znieczulica i obniżają standardy moralne. Dają o sobie znać egoizmy. Kraków nie był wyjątkiem. Takie rzeczy działy się też w innych miastach, do których docierali powstańcy.

Prof. Bartoszewski, który zakotwiczył po powstaniu na jakiś czas w Krakowie, wspominał o skali tej niechęci. Sytuacja się tak zaogniła, że musiał interweniować abp. Sapieha.

- Arcybiskup pisze list pasterski, który odczytano w każdym krakowskim kościele. Nie można było znaleźć lepszego sposobu wpłynięcia na ludzi. Sapieha obdarzany był w Krakowie uwielbieniem i szacunkiem. Jego interwencja przynosi skutki. Ludzie zaczynają sobie pomagać w obrębie grup zawodowych: rzeźnicy rzeźnikom, uczeni uczonym, fryzjerzy fryzjerom. Powstają nowe pensjonaty i przytuliska. Zmienia się atmosfera. Rada Główna Opiekuńcza, która ma swoją siedzibę przy Krowoderskiej 5, bierze powstańców pod swoje skrzydła. Włączają się też PCK i parafie.

Kiedy zaczynają się spory o powstanie?

- Już w 1944. Ludzie dyskutują, jaki był sens śmierci tylu ludzi i zniszczenia stolicy. Spierano się nie tyle o samo wzniecenie powstania, ile o datę. Jedni mówili, że trzeba było wykorzystać panikę Niemców i rozpocząć działania wcześniej. Inni wręcz odwrotnie. Uważali, że trzeba było jeszcze poczekać. Te spory mamy także dziś. Linia podziału nie idzie między formacjami politycznymi. Zwolennicy powstania są na lewicy i prawicy. Podobnie jak ich przeciwnicy.

Nie irytuje pana, że tamte tragiczne wydarzenia dzielą Polaków?

- Tak to już z nami jest, że zawsze znajdziemy powód do politycznych potyczek. Bardziej od spokojnego odbioru kolejnych rocznic powstańczych interesuje mnie, czy uda nam się - mówiąc językiem współczesnym - wypromować tamto wydarzenie w świecie. Wreszcie mamy ku temu narzędzia. W Berlinie wystawa powstańcza. Nakręcono wreszcie wysokobudżetowy film fabularny. Dzieła Jana Komasy jeszcze nie widziałem, ale mam nadzieję, że film trafi do kin na Zachodzie i w Stanach Zjednoczonych. Powstanie warszawskie nie było tragiczną lokalną rozgrywką. Tamtym bohaterom należy się sława. Im dalej od granic Rzeczypospolitej, tym zainteresowanie naszą historią jest mniejsze. Może nasi sąsiedzi znają stosunkowo dobrze dzieje Polski, ale reszta świata nie. Dlatego powinniśmy zadbać o to, by takie wydarzenie, jakim było powstanie warszawskie, było jednym ze znaków rozpoznawczych Polski.

* Prof. Andrzej Chwalba - historyk, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacz dziejów Krakowa. Ostatnio wydał książkę poświęconą I wojnie światowej "Samobójstwo Europy".

KRAKOWSKIE POWSTAŃCZE ADRESY

Grzegórzecka 20 - przedwojenny dom akademicki, jesienią 1944 r. szpital i ambulatorium PCK urządzone we współpracy z powstańcami warszawskimi. Pracowali tam warszawscy lekarze i pielęgniarki.

Lubicz 8 - pod tym numerem mieściło się prowizoryczne schronisko dla uchodźców z Warszawy (budynek ma dziś zmienioną numerację).

Lubicz 9 - dom noclegowy z biurem informacji prowadzony dla uchodźców z Warszawy przez naczelnika Karola T. Rakowskiego.

Okolice Dworca Głównego - w składach kolejowych mieściły się magazyny z żywnością i materiałami sanitarnymi dla uchodźców z Warszawy.

Krowoderska 5 - siedziba Rady Głównej Opiekuńczej w Krakowie, prawdopodobnie pierwsze miejsce schronienia dla uchodźców z Warszawy. Powstała tam Centrala Adresowa dla Uchodźców - biuro poszukiwań, do którego napływało do 200 zapytań dziennie.

Okolice szpitala Narutowicza - obóz przejściowy (miejsce kąpieli, dezynfekcji odzieży i dożywiania uchodźców z Warszawy).

Ul. Wrocławska, rampa Piłsudskiego - miejsce, gdzie wysadzano warszawiaków z pociągów.

Schroniska dla dorosłych (dzieci rozlokowano po rodzinach krakowskich i poza miastem): ul. Loretańska 21, ul. Dietla 73, ul. Warszawska 51, ul. Sienna 11/13, ul. Batorego 3, klasztor Cystersów w Mogile i klasztor Benedyktynek w Staniątkach.

SPACER ŚLADAMI POWSTANIA

Muzeum Armii Krajowej wraz z IPN zaprasza na rekonstrukcję historyczną poświęconą powstaniu warszawskiemu. Początek: piątek 1 sierpnia o godz. 19 przy ul. Wita Stwosza 12. Wśród cegieł i gruzu oraz dźwięków petard i odgłosów karabinów MG 42 będzie można zobaczyć, jak wyglądał atak powstańców na posterunek niemiecki. Po pokazie w siedzibie muzeum będzie można obejrzeć wystawę "Dni Powstania" ze zdjęciami i kronikami powstańczymi. 1 i 2 sierpnia odbędzie się również spacer śladami powstania warszawskiego. Początek historycznej przechadzki o godz. 15 na ul. Grzegórzeckiej 20. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc konieczne jest wcześniejsze zgłoszenie udziału: pkoziarz@muzeum-ak.pl .

Portowa hossa na inwestycje. Polska zaczyna rządzić na Bałtyku

 

Artur Kiełbasiński
02.08.2014 , aktualizacja: 01.08.2014 19:53
A A A Drukuj
Kontenerowiec Emma Maersk w Gdańskim porcie

Kontenerowiec Emma Maersk w Gdańskim porcie (Fot. Dominik Werner / Agencja Gazeta)

W polskich portach trwa bezprecedensowa seria inwestycji. Prowadzone i planowane przedsięwzięcia warte są miliardy złotych.
Artykuł otwarty
- To, co się dzieje w ostatnich latach w polskich portach, jest swoistym fenomenem, skala rozwoju jest zupełnie niespotykana - ocenia prof. Henryk Ćwikliński, kierownik Katedry Polityki Gospodarczej Uniwersytetu Gdańskiego. - Ogromne wrażenie robią prowadzone i planowane inwestycje. Polskie porty stają się na naszych oczach najważniejszymi portami na Bałtyku.

Wielkie inwestowanie

Za tym sukcesem stoi między innymi polityka Unii Europejskiej.

- Lokalizacja i warunki nawigacyjne gdańskiego portu oraz Gdyni zostały docenione przez UE. Mamy znaczącą pozycję w korytarzu transportowym Bałtyk - Adriatyk. Gdańsk ma już bardzo dobre połączenie drogowe z zapleczem lądowym. Planowane inwestycje PKP PLK zapewnią doskonałą komunikację kolejową z portem - mówi Janusz Kasprowicz, rzecznik prasowy gdańskiego portu. Jego zdaniem tworzenie odpowiedniej infrastruktury portowej w warunkach swobodnej konkurencji zwraca się tak szybko jak w żadnej innej dziedzinie transportu.

Aneta Szreder-Piernicka, dyrektor ds. handlowych zespołu portów Szczecin - Świnoujście, podkreśla, że dzięki unijnym środkom prowadzone są w polskich portach największe inwestycje. Zarządy portów inwestują także własne środki, ale to pieniądze z Unii pozwalają na realizację największych projektów.

A środki potrzebne na prace w portach są gigantyczne. Skalę prac pokazują przykładowe inwestycje. W południowej części portu w Świnoujściu planowana jest budowa nowego nabrzeża pozwalającego na cumowanie i obsługę promów i wielkich wycieczkowców. Długość nowego nabrzeża wynosić będzie 242,15 m, jego głębokość techniczna to 12,00 m. Dzięki temu możliwe będzie przyjmowanie jednostek promowych o maksymalnej długości 220,0 m, które obecnie nie zawijają do portu w Świnoujściu. Koniec budowy planowany jest na jesień 2014, w połowie 2015 roku ma nastąpić ostateczne rozliczenie inwestycji. Koszt całkowity: 152,7 mln zł. Dużo? Wcale nie. W Gdańsku założono np. modernizację toru wodnego i przebudowę nabrzeży w tzw. porcie wewnętrznym. Koszt tego jednego projektu to 362 mln złotych.

Obecnie prowadzone inwestycje mają zagwarantować portom rozwój na wiele lat. Gdynia jako strategiczną inwestycję traktuje tzw. obrotnicę. To miejsce w porcie, w którym może obrócić się wpływający statek. Wielkość obrotnicy decyduje o tym, jak duże statki mogą wpływać do portu.

- Do Gdyni będą mogły wpływać jeszcze większe jednostki, szczególnie z kontenerami - mówi "Wyborczej" Janusz Jarosiński, prezes zarządu portu w Gdyni. - Skończyliśmy pobieranie próbek gruntu, zaczynają się prace projektowe. Koniec prac planowany jest na 2017 r. Obrotnica będzie kosztowała ok. 100 mln zł. W ramach prac konieczne będzie rozebranie części nabrzeża zakupionego przez port od Stoczni Marynarki Wojennej. Jak szacuje prezes Jarosiński, w latach 2014--16 w sumie na infrastrukturę zarząd portu wyda 700 mln zł.

Inwestycje w portach będą mogły być prowadzone także w najbliższych latach. Co więcej, może być jeszcze więcej środków na ich realizację. Wszystko dzięki CEF.

- To nowy fundusz pomocowy dla krajów członkowskich, który będzie funkcjonował w perspektywie 2014-20 - wyjaśnia Janusz Kasprowicz z Gdańska. - Zostanie do niego przeniesiona część środków z Funduszu Spójności. CEF ma służyć działaniom na rzecz zrównoważenia transportu; ze środków tego programu będą finansowane inwestycje w transport kolejowy, morski, śródlądowy, intermodalny i związany z bezpieczeństwem ruchu drogowego.

Widać efekty inwestycji

Inwestycje w infrastrukturę mają jeszcze jeden skutek. Dzięki nim ściąga się do portów inwestorów gotowych prowadzić działalność przeładunkową. Najbardziej spektakularną inwestycją ostatnich lat było uruchomienie DCT - ogromnego terminalu kontenerowego w Porcie Północnym w Gdańsku. Zawijają do niego największe kontenerowce świata. Możliwości przeładunkowe to obecnie 1,5 mln TEU (TEU to odpowiednik dwudziestostopowego kontenera), a w 2013 r. przeładowano ponad 1 mln TEU. Planowana jest rozbudowa DCT - w 2016 r. powstanie nowy terminal.

Na tym jednak nie koniec. Powstanie terminalu wymusza inne inwestycje - w maju oddano wyremontowaną bocznicę kolejową, a w pobliżu budowane jest wielkie centrum logistyczne Goodman. Powstaje ono na działce o powierzchni 110 ha, gdzie możliwe jest postawienie magazynów logistycznych i hal produkcyjnych wraz ze zintegrowanymi powierzchniami biurowymi o łącznej docelowej powierzchni ok. pół miliona metrów kwadratowych.

Co ciekawe, Gdynia nie postrzega inwestycji w DCT jako wielkiego zagrożenia dla dwóch swoich terminali.

- Owszem, pierwsza reakcja była taka, że wchodzi duży konkurent - przyznaje Jarosiński. - Jednak okazało się, że gdański terminal zwrócił uwagę przewoźników na Zatokę Gdańską jako całość. Efekt jest taki, że ogólnie rośnie ruch kontenerowy.

Największą jednak inwestycją spółki operatorskiej w polskich portach jest Gazoport w Świnoujściu. Inwestycja opisywana jest przez pryzmat kłopotów z wykonawcami prac budowlanych i ewentualnymi opóźnieniami. Jednak patrząc na skalę inwestycji, trzeba zauważyć, że to największe przedsięwzięcie realizowane w polskich portach. Wydatki związane z oddaniem do użytku wszystkich instalacji w ramach terminalu regazyfikacji LNG zostały oszacowane na około 4,5 mld zł. Terminal ma być gotowy do odbioru dostaw gazu w 2015 r.

Szereg magazynów powstaje także w Gdyni. - W budowie są magazyny na zboża i pasze - mówi prezes Jarosiński. - Jest ogromne zainteresowanie ich wykorzystaniem, bo to odpowiada trendom rynkowym, nasz eksport w tym zakresie rośnie.

Podobne przedsięwzięcia można mnożyć. Trwa w Gdańsku rozbudowa Naftoportu, na zapleczu portu rozbudowywana jest baza paliwowa PERN. Ale są też innego typu inwestycje, jak np. terminal produktów mrożonych. W zeszłym roku w Gdańsku rozbudowano także terminal przeładunkowy towarów sypkich. Ta ostatnia inwestycja kosztowała ponad 170 mln zł.

Wąskie gardło?

- Inwestycje w portach są świetne, ale boję się, że wąskim gardłem będzie wyjazd z portów - ocenia prof. Ćwikliński. - Tu trzeba szybkich inwestycji, szczególnie kolejowych, aby te przeładowywane produkty wysyłać szybko w głąb kraju.

Prace na inwestycjami drogowymi i kolejowymi są zaawansowane. W czwartek Port Gdynia podpisał umowę na przebudowę części sieci kolejowej na terenie portu. Koszt prac budowlanych to ponad 70 mln zł. Ważne zmiany szykują się też w Gdańsku. - Przed kilkoma dniami PKP PLK otrzymały pozwolenie na budowę dwutorowej linii kolejowej z Pruszcza Gdańskiego do Portu Północnego, wraz z nowym mostem nad Martwą Wisłą - mówi Janusz Kasprowicz.

To przełomowa zmiana - dotychczasowy stary most miał jeden tor, a most i torowisko były zużyte - stosowano na nich ograniczenia szybkości. W efekcie nowej inwestycji z gdańskiego portu będzie mogło wyjeżdżać na dobę 240 pociągów, a nie 82 jak do tej pory. W Szczecinie i Świnoujściu prace nad przebudową połączeń kolejowych już się praktycznie kończą. W obu portach przebudowano łącznie prawie 36 km torów oraz 134 rozjazdy. Koszt całkowity: 77 mln zł.

Apolityczny przepis na sukces

Inwestycje w polskich portach przekładają się na zwiększenie przeładunków. W 2013 r. wzrosły w porównaniu z 2012 r. o 9 proc. W sumie przeszło przez nie 64 mln ton ładunków.

Profesor Ćwikliński, mówiąc o wielkich inwestycjach i sukcesach w portach, wskazuje także na inny aspekt sprawy. - Od lat w portach jest stabilizacja personalna, nie ma rozgrywek politycznych, na stanowiska powołuje się wybitnych specjalistów, a nie menedżerów z politycznego nadania - mówi wprost. - Jak widać, taka polityka przynosi świetne efekty.

Efekt to nie tylko inwestycje, ale i porządkowanie struktury własnościowej w portach. Gdynia ma jeszcze jeden powód do zadowolenia. 1 lipca sprywatyzowano ostatnią publiczną spółkę - obsługującą terminal drobnicowy. Teraz port działa w modelu docelowym - zarząd portu zarządza terenami i infrastrukturą, prowadzi inwestycje, a przeładunkami i obsługą statków zajmują się prywatne spółki eksploatacyjne.