niedziela, 17 kwietnia 2016

Karol Modzelewski. Poprawka ze chrztu


Maciej Stasiński
 
16.04.2016 01:02
A A A
Karol Modzelewski

Karol Modzelewski (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Ruś wybrała Konstantynopol, Miszka-Niedźwiadek i jego woje woleli Magdeburg. Zaprosili ludzi Kościoła, żeby wprowadzili nas do Europy, w krąg rzymskiej cywilizacji. Dokąd nas wyprowadzają świeccy nacjonaliści i kościelni klerykałowie? Z Karolem Modzelewskim rozmawia Maciej Stasiński
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Karol Modzelewski - ur. w 1937 r., historyk, profesor nauk humanistycznych, legenda opozycji, senator I kadencji. Pierwszy raz skazany w 1965 r. za napisany razem z Jackiem Kuroniem "List otwarty do partii", drugi raz za udział w wydarzeniach marcowych i trzeci raz w stanie wojennym. To on wymyślił nazwę "Solidarność". Wykładał na uniwersytetach Wrocławskim i Warszawskim. Autor m.in. dzieła "Barbarzyńska Europa". Jego autobiograficzna książka "Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca" zdobyła nagrodę Nike.

Maciej Stasiński: Właśnie przeczytałem w PAP, że 1050. rocznica chrztu Polski jest obchodzona paleniem ognisk w całym kraju. 

Prof. Karol Modzelewski: Pogański obrzęd.

Jak to? Kościół wyjaśnił, że ogień symbolizuje Ducha Świętego. 

- Duch Święty patronuje rozumowi. Nie wydaje mi się, by ostatnio gościł wśród Episkopatu.

Kto został ochrzczony? Mieszko czy Polska? Czy może to było wtedy to samo? 

- Nie, nie to samo. Ochrzczeni zostali książę i jego najbliższe otoczenie, a państwa jeszcze nie było. Wówczas to było powszechne, żeby zaczynać od samej góry. Od ogniwa scalającego wspólnotę plemienną.

Chrzest Mieszka to był wstęp, pierwszy krok w budowie przyszłego państwa. On stał wówczas na czele związku, czyli federacji plemion, która nie obejmowała jeszcze ani Pomorza, ani Śląska i Małopolski, a może nawet Mazowsza. Takich federacji było wówczas w tej części Europy sporo. Składały się z kilku segmentów, plemion, z których każde miało własny wiec, własnego księcia i swoje instytucje kultu pogańskiego. Każdy z tych segmentów składał się z kolei z mniejszych wspólnot sąsiedzkich zwanych u nas opolami lub o(b)sadami.

Nie brakowało zresztą plemion, które w ogóle nie miały księcia czy króla albo jeśli go miały, to był on przywódcą wspólnoty, a nie władcą. Te wspólnoty praktykowały przymus kolektywistyczny, czyli nacisk grupy na jednostkę wyłamującą się z norm, ale nie znały przymusu administracyjnego. Książę czy król, niemiecki "König", skandynawski "konung", staroangielski "cyning" (king) czy ruski "kniaź" wywodzą się z tego samego indoeuropejskiego wyrazu oznaczającego przywódcę plemiennego o atrybutach militarnych i politycznych.

Ogniwem podejmującym najważniejsze decyzje był wiec, zgromadzenie mężczyzn pod bronią, z reguły z włóczniami, którzy obradowali pod mirem sakralnym, czyli pokojem gwarantowanym przez bóstwo opiekuńcze - Peruna, Swarożyca, Świętowita. Kult sprawowali kapłani i oni przewodzili rytuałowi wyroczni. Czy podjąć wyprawę wojenną? Czy będzie zwycięska i przyniesie łupy? Czy zawrzeć pokój z sąsiadami, a może przymierze wojskowe? Saksończyk Helmold z Bozowa napisał w połowie XII wieku, że u Rugian kapłan cieszy się większym poważaniem niż król, bo kapłan słucha wyroczni, a król i lud zgromadzony na wiecu słuchają kapłana.

Zresztą bogowie opiekowali się nie tylko politycznymi i wojennymi przedsięwzięciami wspólnoty, ale też jej życiem codziennym. Każdy z pogańskich bogów zapewniał w swojej dziedzinie trwanie przyjaznego człowiekowi porządku natury. Dzięki ich pomocy wyrastało zasiane zboże, cieliły się krowy i owocowały drzewa. Porzucenie bóstw, czyli wyrzeczenie się ich opieki, budziło lęk o przetrwanie ludzi. Dlatego taką wspólnotę trudno było oderwać od jej wierzeń.

CZYTAJ TEŻ: "Chrzest Mieszka i Polan"



Co wiemy o pogaństwie, kulcie, kapłanach i otoczeniu Mieszka? 

- Bezpośrednio nic. Ta przyszła Polska nie była w zasięgu kamer, była oddalona od ówczesnych mediów, czyli kronik oraz żywotów świętych i misjonarzy. Mieszko i jego otoczenie nie umieli czytać i pisać, nie znali łaciny. Polska była wówczas analfabetką, nie miała własnego piśmiennictwa. Wiemy natomiast sporo o pogaństwie i pierwszych krokach chrystianizacji ościennych ludów pomorskich i północnopołabskich. W XI i XII wieku pisali o nich niemieccy i duńscy kronikarze, a wysłani do tych plemion misjonarze, zwłaszcza jeśli zginęli, mieli szansę na kanonizację i na opisanie ich czynów.

Północno-zachodni kraniec słowiańskiego świata najdłużej opierał się chrystianizacji, więc skupił na sobie zainteresowanie wszystkich mediów cywilizowanej Europy. Z kolei Ruś, która przyjęła wzory chrystianizacji z Konstantynopola i pisała od początku w rodzimym języku, zanotowała tradycję o miejscowym kulcie pogańskim i o tym, jak wyglądał chrzest. Na tych porównawczych podstawach możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały pogaństwo i chrzest na terenach księstwa Mieszka.

Kiedy po chrzcie Rusi w 988 r. duchowieństwo greckie przybyłe z Konstantynopola rekrutowało miejscową młodzież na naukę do klasztorów, rodziny opłakiwały uczące się potomstwo jak zmarłych. Bo stawali się zakonnikami i byli odtąd straceni dla życia wspólnoty.

CZYTAJ TEŻ: "Początki państwa polskiego. Polska Mieszka I na salonach Europy"



Jak wyglądał ten chrzest księcia i drużyny? Wchodzili cali do wody? 

- Najpierw, jak przy chrzcie dziecka, należało spełnić obrzędowy wymóg "wyrzeczenia się diabła i wszystkich spraw jego". W wypadku wspólnoty politycznej, jaką było księstwo, oznaczało to demonstracyjne i szokujące zniszczenie na oczach wyznawców świątyń i rzeźbionych figur bóstw.

Zachował się opis zdobycia Rugii przez duńskiego króla Waldemara. Oblegana załoga pogańska poddała się, gdy Duńczykom udało się spalić chorągiew Świętowita. Obrońcy uznali, że utracili opiekę bóstwa. Zwycięzcy zaproponowali zwyciężonym układ: - Nie będziemy palić i grabić, ale ochrzcimy.

Biskup Absalon, który na tej wyprawie odgrywał rolę politruka, pozostawił szczegółowy opis zniszczenia najświętszego tabu, czyli posągu bóstwa ukrywanego za kotarą. Świętowit stał na wielkim cokole wkopanym w ziemię z czterema twarzami zwróconymi w cztery strony świata, w rękach miał miecz i róg. Duńczycy podcięli mu nogi, wywlekli na zewnątrz i pociągnęli na powrozie do swojego obozu, gdzie go porąbali i rzucili jako podpałkę, na której ugotowali sobie zupę. Ta publiczna profanacja znaczyła, że bóstwo straciło moc. Duński kronikarz zapisał, że gdy wleczono Świętowita na miejsce ostatecznego pohańbienia, jedni wyznawcy bóstwa lamentowali, a niektórzy się śmiali.

Podobnie opisano śmierć pogańskich bogów i zbiorowy chrzest ludności w Kijowie. Książę Włodzimierz I wkroczył na Krym, zdobył miasto Chersonez i zażądał od Konstantynopola, gdzie panowało dwóch cesarzy, ich siostry Anny Porfirogenetki, którą zażyczył sobie poślubić, i zapowiedział, że się ochrzci. Kiedy mu ją przysłano, oddał Chersonez jako wiano Bizantyńczykom i wrócił do Kijowa z postanowieniem, że ochrzci Ruś.

Kazał porąbać lub spalić figury bóstw przed jego rezydencją, a najważniejszą, Peruna, przywiązać do końskiego ogona i wlec przez miasto nad Dniepr na oczach tłumu. 12 wojowników okładało bóstwo kijami na "poruganje biesu", czyli na urągowisko diabłu, który oszukiwał tą postacią ludzi. "Niech więc przyjmie odpłatę od ludzi". Następnie wrzucono Peruna do rzeki i odpychano od brzegu, póki nie znikł za porohami. Obecni płakali, bo "jeszcze nie zaznali łaski chrztu", ale nazajutrz stawili się nad Dnieprem na rozkaz księcia i weszli do wody po pas lub po pierś, przyjmując zbiorowy chrzest.

Podobnie musiało być u Mieszka. Zapewne odbyło się publiczne pohańbienie diabelskiego kultu. Nie zachował się ślad materialny, ale można dopatrywać się świadectwa demonstracyjnej poniewierki pogańskich bogów w zabytkach zachowanych na górze Ślęża, dokąd księstwo Mieszka nie sięgało. Na jej szczycie są resztki kręgu sakralnego z granitowych głazów. Z kroniki Thietmara wiadomo, że odprawiano tam "przeklęte pogaństwo". W XVIII i XIX wieku znaleziono u podnóża i na stokach góry rzeźby granitowe przedstawiające postaci ludzi i zwierząt nadnaturalnych rozmiarów. Ważyły bardzo dużo, więc musiano je wywlec z kręgu, najpewniej wołami, i sprofanować.

Dlaczego nie powstała zapisana kronika chrztu Mieszka? 

- Bo nie został zabity ani misjonarz, ani Mieszko, ani Dobrawa. Jakby zginęli, to pewnie byliby kanonizowani i spisano by ich żywoty. Historia kocha nieszczęścia. A tak nie było komu spisać kroniki. Misjonarz, który przyjechał, zapewne biskup - ale kto, nie wiemy - odjechał i zapewne też nie został świętym, bo zachowałby się jego żywot. Raczej nie został też przy Mieszku inny duchowny z pierwszej misji. Nie miał kto zapisać, co się wydarzyło. A pogańska tradycja oralna, czyli podawana z ust do ust, zanikła, bo przestali działać ci, którzy ją przekazywali. A potem nikt już nie pamiętał, jak to było.

Na Rusi doszło do układu między Włodzimierzem i Konstantynopolem, a między dawnymi ludźmi pogańskiej tradycji oraz nowymi duchownymi ludźmi pióra nie było już obcości. W germańskich sagach jest zapisana pogańska tradycja ustna, ale dotyczy prawa, a nie samego chrztu, np. pochodzenia i dziejów Longobardów. W Polsce było inaczej. Pierwszy biskup Jordan przybył dwa lata po chrzcie, ale nie zostawił zapisu ani nie został świętym.

Więcej szczęścia do świadectw mieli pogańscy Prusowie. Bo zabili Wojciecha, który został świętym, i spisano jego żywoty. Zapisano w nich, że Prusowie bali się chrystianizacji, bo po odrzuceniu rodzimych bogów krowy nie będą się cielić, drzewa nie wydadzą owoców, a ziemia nie urodzi plonów.

CZYTAJ TEŻ: "1050. rocznica chrztu Polski? Historyk: Rok? 965, nie 966. Ochrzcili nas Niemcy!"



Chrzest Mieszka był przełomem cywilizacyjnym i kulturalnym? 

- Był szokiem, i tego wymagał obrzęd. Należało poganom pokazać bezsilność ich kultu. Ale na początku ten szok dotyczył tylko ograniczonej grupy z otoczenia księcia, elity książęcej i mieszkających nieopodal ludzi.

Polska stawała się chrześcijańska bardzo powoli. Thietmar, który zmarł w 1018 roku, chwalił Bolesława Chrobrego za stanowczość, bo karał łamanie postu wybijaniem zębów, a cudzołóstwo - przybiciem, by tak rzec, organów przestępstwa do pomostu targowego, gdzie zbierali się mieszkańcy na targ. Ukaranemu zostawiał nóż, żeby wybrał: albo się zabije, albo się uwolni, odcinając sobie to i owo. Żeby schrystianizować całą ludność, trzeba było pokoleń duchownych i dzieci duchownych. Bo należy pamiętać, że instytucji celibatu nie znano u nas do XIII wieku. Trzeba było dopiero stworzyć sieć parafialną, która objęła ludność wiejską, bo najpierw biskupstwa i kościoły powstawały w głównych ośrodkach: Gnieźnie, Poznaniu, Krakowie i Wrocławiu.

Chrystianizacja Polski zajęła blisko 300 lat. Dopiero w XIII w. niemieccy koloniści skarżą się na inny kalendarz obrzędów chrześcijańskic h niż znają ze swoich krajów. To znaczy, że miejscowy polski kler i wierni mają już swoje utrwalone obrzędy. O skutecznej chrystianizacji świadczą też wyzwiska, które przetrwały z tamtych czasów: "ty pieronie", wywodzące się od Peruna. To ktoś paskudny, szpetny, wredny. Oraz "bałwan" w znaczeniu idol, pogańskie bóstwo.

Dla Polski chrystianizacja oznaczała kulturowe przystąpienie do Europy - wejście w krąg cywilizacji śródziemnomorskiej w jej wersji zachodniej, rzymskiej. Dla Rusi było to wejście w krąg cywilizacji wschodniej, bizantyńskiej. Ich fascynował Konstantynopol, Mieszkowi i jego otoczeniu bliższe były Magdeburg czy Ratyzbona.

Mieliśmy szczęście, że przypadł nam krąg zachodni. Choć po prawdzie Mieszko, czyli Miszka, niedźwiadek, nie miał wyboru. Tak czy owak, przyniosło nam to dużo dobrych rzeczy. Z tego pnia wyrosła dzisiejsza Europa.

CZYTAJ TEŻ: "Początki państwa polskiego. Ni Czech, ni wiking - skąd pochodzą Piastowie"



Jeśli chrystianizacja była dla Polski awansem cywilizacyjnym, europeizacją i uniwersalizacją, to czy dzisiejszy polski katolicyzm nie prowadzi do zapadania się w sobie, w zaściankowość, wbrew Europie? 

- Za wcześnie, by o tym mówić. To są procesy powolne. Dzisiaj ma miejsce polityczna instrumentalizacja katolicyzmu. Katolicyzm wpada w pułapkę klerykalizmu. Ten proces wyraża mentalność hierarchów. Kościół postanowił skorzystać z upadku komunizmu i zaprowadzić państwo katolickie. Z pewnością obniżyła się kultura instytucjonalna Kościoła. Odchodzi się od tego, co robił i mówił Jan Paweł II, który miał duży i pozytywny wpływ na polski Kościół.

To zjawisko groźne dla Kościoła. Mój przyjaciel, ksiądz i zakonnik - jego tożsamości nie ujawnię - mówi, że klerykalizm jest grzechem. A sam Jarosław Kaczyński kiedyś powiedział, że to prosta droga do dechrystianizacji Polski. On to mówił apropos Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego wpływowego w pierwszej dekadzie po 1989 roku. I to się już odbywa, trwa pchanie Polaków w stronę przyspieszonej laicyzacji, bo odpowiedzią na klerykalizację jest właśnie szybka laicyzacja. Obawiam się, że jeśli będzie zbyt szybka, doprowadzi do nihilizmu moralnego społeczeństwa. Może stworzyć długotrwałą i groźną pustkę moralną w społeczeństwie przywiązanym do katolicyzmu.

Czytam właśnie "Ideę Katolickiego Państwa Narodu Polskiego", studium Jana Józefa Lipskiego o ideologii ONR Falangi. On przytacza obszerne cytaty z narodowej publicystyki lat 30., a ja mam wrażenie, że czytam przemówienia Jarosława Kaczyńskiego albo wypowiedzi biskupów. To brzmi jak bałwochwalstwo, a tym bałwanem jest ubóstwiony Katolicki Naród Polski. 

- Nie mam wątpliwości, że klerykalizacja w świeckim wydaniu PiS-u i w wydaniu hierarchii kościelnej, choć nie wszystkich biskupów, jest antychrześcijańska. To niestety przeważający ton wśród biskupów.

Ale do pogaństwa raczej się nie cofniemy. Zbyt jesteśmy związani z Kościołem powszechnym. A że katolicyzm oznacza powszechność, moim zdaniem zanik chrześcijaństwa i uniwersalizmu w polskim Kościele to temat dla watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.

Wymuszanie przeobrażenia się katolicyzmu i Polski w Katolickie Państwo Narodu Polskiego nie może się powieść. To dążenie musi spowodować wstrząs. To gwałt na mentalności narodu polskiego. Musi zrodzić napięcia i wstrząsy.

Jakie? 

- Nie jestem wróżką, tylko historykiem.

Ale działa pan ponad 50 lat w polityce i wyobraźnia coś panu podpowiada. 

- Wyobraźnia nie daje mi dzisiaj odpowiedzi na pytanie, co się stanie.

Dlaczego polscy biskupi nie umieją się odnaleźć w zjednoczonej Europie i w demokracji? 

- Nie wiem. Mój przyjaciel, historyk idei Bohdan Cywiński, mawiał w latach 70.: "Są w Polsce dwie instytucje hierarchiczne, które nie praktykują demokracji. Ale tylko jedna z nich wie, czym demokracja w teorii jest. Tę teoretyczną wiedzę ma Polska Zjednoczona Partia Robotnicza". W tej sprawie uważam, że dobrze jest słuchać głęboko przekonanych katolików - a Cywiński nim był.

W demokracji Kościół poczuł się zagubiony i od razu postanowił odzyskać to, co kiedyś miał. I to był gruby błąd. Po pierwsze, odzyskać dobra materialne, choć byli księża, którzy ostrzegali, jakie to groźne dla Kościoła. A po drugie, wykorzystać usłużność sił politycznych, które zabiegały o przychylność Kościoła. To się okazało pułapką, w którą Kościół nie umiał nie wpaść.

Okazało się, że te siły wykorzystują Kościół bardziej niż on je. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. 

- Wszystko jedno, w każdym razie to bardzo niedobre dla Kościoła. Tak czy owak sądzę, że dzisiaj nikt, ani PiS, ani biskupi, nie odważy się ogłosić powstania Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. To może zrobić ONR, kiedy już podepcze PiS, a obóz demokratyczny okaże się niezdolny do reakcji. Już dochodzi do głosu faszyzujący nacjonalizm i jak zacznie zwyciężać, pańskie pytanie stanie się aktualne. To wprowadzą w życie polityczne wnuki wodza Falangi oraz powojennego kolaboranckiego PAX-u Bolesława Piaseckiego.

A dlaczego nie PiS? Przez całą karierę w wolnej Polsce Jarosław Kaczyński robił wszystko, żeby go nikt nie obszedł z prawej strony, i przejmował coraz bardziej nacjonalistyczne żywioły. 

- Kaczyński nie może przyjąć tego hasła, bo to grozi pęknięciem w jego obozie. On by zaprzeczył swojej tożsamości ideowej.

Nie widział pan występów całego gabinetu PiS-u u ks. Rydzyka w Toruniu, tych tańców i śpiewów poddańczych? 

- Roman Giertych też kiedyś bywał u Rydzyka. To inteligentny człowiek, który wyciąga wnioski. A Giertych mówi: "Ksiądz Rydzyk nie ma przyjaciół, ma tylko interesy". Może Jarosław Kaczyński też to wie.

Wideo "Magazynu Świątecznego" to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.


środa, 6 kwietnia 2016

Polskie firmy nie szukają rajów podatkowych w Ameryce. Zdecydowanie wolą UE

6 kwietnia 2016, 05:50 | Aktualizacja: 06.04.2016, 07:30

źródło:Dziennik Gazeta Prawna
Raje podatkowe

Raje podatkoweźródło: DGP

Panamie daleko do Cypru, jeśli chodzi o wartość środków ulokowanych tam przez polskie podmioty w postaci inwestycji bezpośrednich.

reklama

Panama Papers – wyciek ponad 11 mln dokumentów dotyczących zakładania firm w rajach podatkowych przez panamską kancelarię Mossack Fonseca wzbudził duże zainteresowanie na całym świecie. Również w Polsce – zwłaszcza że nasi rodacy są wśród osób, które skorzystały z usług prawniczej firmy. Dane Narodowego Banku Polskiego wskazują jednak, że „kierunek panamski" jest stosunkowo mało popularny wśród Polaków, którzy chcieliby płacić mniejszepodatki.

Raje podatkowe

Raje podatkowe

źródło: Materiały Prasowe

Skalę zjawiska obrazująinformacje na temat bezpośrednich inwestycji zagranicznych polskich podmiotów w różnych krajach. Jeśli ktoś zakłada za granicą spółkę i opłaca jej kapitał gotówką bądź przekazując jej udziały w innych podmiotach albo gdy udziela takiej spółce pożyczek (lokuje za jej pośrednictwem pieniądze), to związane z tym przepływy powinny trafić do statystyk banku centralnego. Dlatego dane NBP mogą być przybliżeniem zainteresowania polskich biznesmenów rajami podatkowymi.

Tak liczone zaangażowanie polskich podmiotów w Panamie wynosiło w końcu 2014 r. (nowszych danych nie ma) 37 mln zł. Ten środkowoamerykański kraj był 46. na liście najpopularniejszych kierunków inwestycji z Polski. Wyżej znalazły się nieodległe Bahamy (39. miejsce) czy Curacao (38.). W sumie w tzw. centrach finansowych off-shore mieliśmy w 2014 r. bezpośrednie inwestycje o wartości nieco ponad miliarda złotych. Zdecydowanie mniej niż jeszcze dwa – trzy lata wcześniej. Wtedy wartość inwestycji w tych krajach przekraczała trzy miliardy złotych. W kilku państwach nasze inwestycje całkowicie zniknęły. Przykład: Wyspa Man. W 2012 r. mieliśmy tam ponad pół miliarda złotych. Rok później już nic.

Europejski raj

Te pieniądze mogły „się przenieść" do innego raju podatkowego. A nie trzeba ich szukać daleko. Nie bez powodu najbardziej popularne kierunki polskich inwestycji zagranicznych to Cypr, Luksemburg, Szwajcaria i Holandia. W sumie polscy biznesmeni i firmy mieli ulokowane w nich niemal 80 mld zł.

NBP w niedawnym raporcie o zagranicznych inwestycjach bezpośrednich w Polsce i polskich za granicą objaśniał najczęściej wykorzystywane mechanizmy optymalizacji podatkowej. Pierwszy przykład to Cypr. „W kraju tym jeszcze niedawno istniała praktyka fikcyjnego naliczania podatku od dywidend, wypłacanych przez spółki cypryjskie na rzecz spółek polskich. Zmniejszało to efektywne opodatkowanie takich dochodów nawet do 9 proc.". Nowelizacja polsko-cypryjskiej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania zmieniła sytuację o tyle, że do uzyskania dotychczasowych korzyści trzeba było jeszcze pośrednictwa spółki osobowej zarejestrowanej… na Słowacji.

W Luksemburgu sposobem na zmniejszenie opodatkowania jest wykorzystanie formuły funduszu inwestycyjnego, a jeśli do umiejscowionej tam spółki komandytowo-akcyjnej dodać polski fundusz inwestycyjny zamknięty, to możliwe jest całkowite pozbycie się podatku. „Liczne umowy Luksemburga o unikaniu podwójnego opodatkowania z krajami UE oraz OECD, a także największymi gospodarkami światowymi spoza tych organizacji, powodują, że kraj ten jest jednym z częściej wybieranych krajów przy inwestycjach o globalnym zasięgu" – piszą autorzy raportu banku centralnego.

Nie tylko wśród Polaków, ale i wśród międzynarodowych korporacjipopularne jest lokowanie spółek w Holandii. Powód: opodatkowaniu nie podlegają tam otrzymywane dywidendy, odsetki czy opłaty licencyjne. Zaletą Szwajcarii – prócz niskich podatków w niektórych kantonach i możliwości wieloletniego zwolnienia z podatku dochodów od nowych inwestycji – była do niedawna rygorystycznie tam przestrzegana tajemnica bankowa.

NBP wskazał jeszcze jeden kierunek potencjalnej ucieczki przed opodatkowaniem: to „Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie spółki »offshore« nieprowadzące działalności na terenie tego kraju nie płaciły żadnych podatków i nie musiały prowadzić księgowości". Zmiany wprowadzone w lokalnym prawodawstwie ograniczyły jednak możliwości transferu dochodów ze spółek w ZEA do innych krajów.

Inną sprawą niż wielkość inwestycji jest wartość uzyskiwanych z nich dochodów. O ile w przypadku Cypru stopa zwrotu z ulokowanych środków przekracza 10 proc. (w 2014 r. dochody polskich inwestorów w tym kraju przekroczyły 3,3 mld zł), o tyle w wielu przypadkach zamiast dochodów są straty – tak jest np. wtedy, gdy zagraniczne spółki należące do polskich inwestorów są pod kreską.

>>> Polecamy: Największy wyciek danych w dziejach. Hakerzy opublikowali informacje o 50 mln ludzi

niedziela, 3 kwietnia 2016

130-letni klient to norma. Czym jest tzw. taśmociąg reprywatyzacyjny?


3 kwietnia 2016, 06:30
źródło:Dziennik Gazeta Prawna
sąd, sędzia, młotek

sąd, sędzia, młotekźródło: ShutterStock

To zorganizowana działalność reprywatyzacyjna. Uczestniczą w niej i adwokaci, i sędziowie, i Polacy żyjący w aktach sądowych po 120–130 lat.

reklama

Adwokat: Niech pan ma pretensje do tych, którzy akceptują przedstawiane przez nas dowody. Ja i koledzy po fachu wykonujemy swoją pracę najlepiej, jak potrafimy. Jeśli powiem coś absurdalnego w sądzie, a sędzia to klepnie, to powie pan, że głupi jest adwokat czy sędzia?

Sala sądowa. Kilka osób, bo proces, jakich wiele. Jeden zprawników przekonuje sędziego, że w sprawie reprywatyzacyjnej reprezentuje 117-letniego staruszka.

Miejsce pobytu wiekowego klienta? Nieznane. Dlatego musi zostać wyznaczony kurator, który zadba o jego interesy. Młody sędzia patrzy z niedowierzaniem na przemawiającego, w końcu się odzywa: – Ale czy ja dobrze zrozumiałem? Czy pański klient liczy sobie 117 lat? Prawnik bez zająknięcia odpowiada: – Tak, proszę wysokiego sądu. A co w tym dziwnego? Niektórzy ludzie tyle żyją.

Sędzia nie wie, co zrobić, więc ogłasza 15-minutową przerwę. Idzie się poradzić bardziej doświadczonych kolegów. Dowiaduje się, że to kolejny przypadek, gdy o ustanowienie kuratora wnosi klient mający ponad setkę lat. Co prawda sędzia może sprawdzić prawnika, ale odmowę musi uzasadnić na piśmie. A to wcale nie będzie proste, bo argumenty typu „przecież ludzie tak długo nie żyją" w wyższej instancji nie znajdą zrozumienia – a apelacja w takim przypadku to standard. Na dodatek prawnik dysponuje oświadczeniem sędziwego mężczyzny. Nie do sprawdzenia, bo nawet gdyby sędziego podkusiło, by zlecić analizę pisma, to zadania nie podejmie się żaden biegły za względu na brak materiału porównawczego – nie ma innego podpisu staruszka. Więc lepiej dla świętego spokoju, przekonują doświadczeni koledzy, ustanowić kuratora.

W tym samym czasie w innym mieście w jednej ze średniej wielkości kancelarii wre praca. Aplikantka kończy pismo dotyczące sprawy reprywatyzacyjnej. Długo nad nim siedziała, jest perfekcyjne. – Zbyt dobre, nie przejdzie w sądzie – mówi mecenas do młodej prawniczki.

Jak pismo procesowe może być zbyt dobre? – Niedoświadczony prawnik chce się popisać erudycją, pokazać sądowi, że jest mądry. A prawnik doświadczony chce, by sędzia najistotniejszy fragment stworzonego pisma przepisał do swojego uzasadnienia wyroku. Trzeba więc dostosować język do sędziowskich uzasadnień i nie przesadzać z dowodzeniem swoich racji – tłumaczy adwokat zajmujący się od kilku lat sprawami reprywatyzacyjnymi. Deklaruje, że nie można go jeszcze uznać za wyjadacza, bo na razie wygrał dla swoich klientów nieruchomości o wartości ok. 40 mln zł.

Obie sytuacje dotyczą tego samego. Tego, co prof. Ewa Łętowska, była rzecznik praw obywatelskich oraz sędzia TK w stanie spoczynku, nazywa taśmociągiem reprywatyzacyjnym. Po stronie prawników potrzebne są przede wszystkim spryt i brak skrupułów. A można ich nie mieć, bo na drugiej szali znajdują się miliardy złotych. – Wielkim grzechem początku transformacji było to, że nie uporządkowano roszczeń, nie policzono, ile trzeba zwrócić. W efekcie nikt nie wie, czy na taśmie znajdują się jeszcze roszczenia warte 5 mld zł, czy może 50 mld zł – tłumaczy prof. Łętowska.

Produkcja własności

Konstytucja Rzeczypospolitej liczy 243 artykuły. Choć wielu z nas wystarczyłby jeden – art. 64, który stanowi, że każdy ma prawo do własności. Czy własność prywatna to świętość w demokratycznym państwie prawa? – Nie sakralizujmy jej, bo nie ma takiej konieczności – przekonuje radca prawny Jerzy Kozdroń, były wiceminister sprawiedliwości. I dodaje, że gdyby miał dokończyć zdanie „własność prywatna to...", odrzekłby, że jest to podstawowe prawo każdego obywatela. – To właśnie różni ludzi wolnych od niewolników. Ci pierwsi coś posiadali, można było mówić o własności prywatnej – wskazuje.

Polacy mają tendencję do jej sakralizowania. Zdaniem wielu ekspertów to pokłosie poprzedniego ustroju, gdy niemal wszystko było wspólne. A jak jest wspólne, to jest niczyje. Taki punkt widzenia jest jednak niebezpieczny i może prowadzić do patologii, o których czytamy w gazetach. Nie kojarzymy jednak wówczas, że winna jest właśnie ta hołubiona przez wielu własność.

26 listopada 2008 r. Siąpi deszcz, śliskie chodniki, idąc, trzeba uważać, by nie przemoczyć butów w kałużach. Pogoda jesienna. Depresyjna. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy, że ten dzień będzie dla nich wyjątkowo paskudny, o czym przekonają się dopiero po latach.

Tego dnia zebrał się powiększony skład Naczelnego Sądu Administracyjnego, by wydać uchwałę w sprawie związanej z reprywatyzacją (sygn. akt I OPS 5/08).

Sąd został poproszony o odpowiedź na pytanie prawne, czy przeznaczenie nieruchomości w planie zagospodarowania przestrzennego na cele użyteczności publicznej wyłączało, co do zasady, możliwość przyznania byłemu właścicielowi prawa wieczystej dzierżawy na podstawie dekretu warszawskiego. NSA odpowiedział: przeznaczenie nieruchomości w planie zagospodarowania przestrzennego na cele użyteczności publicznej nie wyłączało możliwości przyznania byłemu właścicielowi prawa własności czasowej (wieczystej dzierżawy), na podstawie art. 7 ust. 2 dekretu z 26 października 1945 r. o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy (Dz.U. nr 50, poz. 279 ze zm.).

Dla osoby niebędącej prawnikiem brzmi to bardzo skomplikowanie. Profesor Ewa Łętowska znaczenie tej uchwały wyjaśnia w prosty sposób: – NSA uznał, że właściciel prywatny tak samo realizuje cele użyteczności publicznej jak gmina. Uznano, że dla lokatora nie ma większego znaczenia, czy właścicielem kamienicy jest państwo, czy też osoba prywatna – tłumaczy. – I wtedy się zaczęło... – dopowiada prawniczka.

W ocenie prof. Łętowskiej 28 listopada 2008 r. należy traktować jako początek przyspieszenia machiny reprywatyzacyjnej. Potwierdzają to słowa jednego z warszawskich urzędników zajmujących się tą materią. – Regularnie wydaje mi się, że sprawy reprywatyzacyjne zaraz się skończą, że kto miał się ubiegać o zwrot, już to zrobił. A jednak tych spraw jest coraz więcej – utyskuje.

Uchwałę NSA z wielkim zadowoleniem przyjęli prawnicy specjalizujący się w prowadzeniu spraw reprywatyzacyjnych. I słusznie, gdyż w kolejnych latach sądy wielokrotnie ją przywoływały, a większość spraw kończyła się po myśli ubiegających się o zwrot własności lub odszkodowania. Profesor Łętowska mówi wręcz o ciągu produkcyjnym. Reprywatyzacja przypomina taśmę w fabryce. Ostatecznie wytworzonym produktem jest prawo własności. Aby jednak do niego dojść, trzeba wcześniej zobaczyć, jak wyglądają poszczególne fazy produkcji.

>>> Polecamy: Nieopłacalne inwestycje emerytalne, czyli dlaczego Polacy nie chcą IKE

Taśma reprywatyzacyjna

Pierwszy etap to handel roszczeniami. Sporadycznie zdarzają się przypadki, gdy o zwrot własności walczą dawni właściciele. O wiele częściej czynią to osoby, które się w tym wyspecjalizowały – bo na tym zarabiają. Skupują za ułamek wartości roszczenia nawet bez dokumentów koniecznych do odzyskania nieruchomości. Już na tym etapie w sprawę angażują się kancelarie prawne, reklamujące się hasłami typu: „Bez trudu odzyskamy twą nieruchomość".

Zadzwoniłem do jednej z nich, przedstawiając się jako potomek niesłusznie wywłaszczonego. Przyznaję w rozmowie, że nie mam wszystkich dokumentów, które wydają się niezbędne w walce o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie od państwa, części nie udało mi się odnaleźć. – Pan przyniesie to, co ma. Damy radę – zapewnia nas miła pani.

Nic dziwnego, że dadzą radę. Bo następny punkt przy taśmie to miejsce fabrykowania dowodów. Skoro wiele dokumentów się nie zachowało, a wiadomo, że sąd ich będzie wymagał, trzeba je stworzyć. Dowody? Choćby popularne ustanawianie kuratorów na rzecz 120-letnich uprawnionych, których miejsce pobytu zazwyczaj pozostaje nieznane. – Na salę rozpraw wchodzi prawnik i zasypuje sąd dokumentami, z których wynika, że w społeczności sefardyjskiej ludzie żyją nawet po 130 lat. Przekonuje więc, że w Polsce 120-latek to żaden ewenement, typowy uprawniony do reprywatyzacyjnego roszczenia – opisuje prof. Łętowska. – Urąga to jakiejkolwiek logice, ale działa. Zresztą nie rozumiem dlaczego – mówi profesor.

I teraz dochodzimy do najsmutniejszego miejsca przy taśmociągu: stanowiska sędziów. Dzika reprywatyzacja, gdy majątki są zwracane osobom o co najmniej wątpliwych podstawach prawnych do ich odzyskania lub wypłaca się niewyobrażalne kwoty nijak nieprzystające do rzeczywistej wartości utraconego dziesiątki lat temu mienia, to w znaczącej mierze wina sądów. A przede wszystkim braku dociekliwości sędziów, braku chęci przyjrzenia się całemu procederowi.

– Sędzia czuje, że coś jest nie tak, że kurator 120-letniej osoby to jednak dziwny przypadek. Ale jeśli wyda niepomyślną dla niego decyzję procesową, to będzie musiał ją uzasadnić na piśmie. A pisać mu się nie chce, a bywa też, że nie umie – twierdzi prof. Łętowska. Zwraca uwagę na to, że o ile sędziowie z chęcią piszą uzasadnienia wyroków, które wpisują się w ugruntowaną linię orzeczniczą, tak problem pojawia się wtedy, gdy trzeba pójść pod prąd. Bo to wymaga o wiele większego nakładu pracy i nie ma gwarancji, że decyzja utrzyma się w apelacji. A ambicje do naprawy świata i kryteria awansu zawodowego nie zawsze idą w parze. Większości sędziów zależy na tym, by ich skuteczność była możliwie największa.

W efekcie większość orzeczeń jest pomyślna dla ubiegających się o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie. A uzasadnienia wyroków są do siebie bardzo podobne. Nie ma w tym nic dziwnego, bo biznes reprywatyzacyjny dba o sędziów: by nie musieli się przemęczać pisaniem, już na pierwszej rozprawie dostają gotowiec. Tak skonstruowane pismo procesowe, że wystarczy je przekopiować do uzasadnienia – tylko trzeba wstawić właściwe dane. Także urzędnicy samorządowi zajmujący się reprywatyzacją wolą się nie wychylać. – Czasem kusi, aby w daną sprawę zaangażować się bardziej, bo ona śmierdzi na kilometr. Ale świadomość, że wówczas sprawa zajmie co najmniej trzydzieści razy więcej czasu niż inna, a tego czasu po prostu nie ma, wcale nie zachęca. Zwłaszcza że jestem rozliczany z liczby spraw załatwionych – słyszę od jednego z nich.

A cytowany już adwokat zauważa: – Wyczuwam w pana głosie pretensję. Niech pan ma pretensje do tych, którzy akceptują przedstawiane przez nas dowody, czyli sędziów i urzędników. Ja i koledzy po fachu wykonujemy jedynie swoją pracę najlepiej, jak potrafimy. Jeśli powiem coś absurdalnego w sądzie, a sędzia to klepnie, to powie pan, że głupi jest adwokat czy że sędzia jest głupi?

Odrzut z taśmociągu

Wspomniana uchwała NSA jest niebezpieczna z jeszcze jednego powodu. Przyjęto w niej założenie, że właściciel prywatny w takim samym stopniu będzie realizował cele użyteczności publicznej (np. zapewni mieszkańcom dach nad głową, stworzy przedszkole lub szkołę) jak gmina. A to absurd. – Wiadomo, że ten pierwszy będzie nastawiony na zysk. Gmina zaś ma obowiązek realizowania swoich zadań, choćby zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych obywateli było nierentowne – wskazuje prof. Łętowska. I tym sposobem docieramy do tych, którzy są odrzutem produkcyjnym. Chodzi o lokatorów. Gdy ktoś odzyska kamienicę, w najlepszym razie jej mieszkańcom podniesie czynsz. W gorszym – pozbędzie się ich. A w najgorszym – lokatorzy będą chcieli zostać, a nowy właściciel nie będzie miał skrupułów w walce z nimi.

Gdy słyszymy o zorganizowanych grupach czyścicieli kamienic, często chodzi o zreprywatyzowane nieruchomości. Pojawia się nowy-stary właściciel, który chce sprzedać majątek. A oczywiste jest, że lepsze pieniądze można dostać za budynek bez lokatorów. – Oczywiście, że można stworzyć ciąg przyczynowo-skutkowy między reprywatyzacją a rugami lokatorskimi – zapewnia prof. Ewa Łętowska. Metody rugowania? Pisaliśmy o nich szerzej na łamach DGP choćby w styczniu („Więzienie za odcięcie mediów", DGP 2/2016). Przykładowo, poza niemal typowym już odcinaniem mediów, wyjmuje się okna, zamyka pomieszczenia na kłódkę, a nawet zamurowuje wejścia do mieszkania. Wcześniej czy później tak dręczony lokator się poddaje.

Problem dostrzegł zresztą ustawodawca. Począwszy od 1 stycznia 2016 r., w kodeksie karnym znajduje się art. 191 par. 1a uchwalony jeszcze przez Sejm poprzedniej kadencji. Zgodnie z tą regulacją karze podlega ten, kto „stosuje przemoc innego rodzaju uporczywie lub w sposób istotnie utrudniający innej osobie korzystanie z zajmowanego lokalu mieszkalnego". Eksperci już teraz jednak twierdzą, że to regulacja daleko niedoskonała. Ustawa w żadnym innym miejscu nie posługuje się sformułowaniem „innego rodzaju czynu". W takiej sytuacji zaś prokuratorzy wcale nie będą chętni do pisania aktu oskarżenia, bo tak naprawdę przepis jest niejasny.

Próbowaliśmy skontaktować się z kilkoma kancelariami prowadzącymi sprawy reprywatyzacyjne. Większość prawników, na ogół tak chętnych do rozmowy, tym razem odmawia. Niektórzy mówili wprost: nie chcemy, by nazwa naszej kancelarii pojawiła się w tekście, wolimy działać po cichu. Na rozmowę zgodził się jednak adwokat Józef Forystek z Forystek i Partnerzy, czołowej kancelarii na rynku reprywatyzacyjnym.

Mecenas Forystek zapewnia, że nigdy w jego wieloletniej praktyce nie zdarzyła się sytuacja, by jego kancelaria prowadziła sprawę o eksmisję w stosunku do kogoś, kto nie zalegał z czynszem. – Jedyne przypadki, gdy pomagamy naszym klientom w eksmisji, mają miejsce wówczas, gdy ktoś od dawna zajmuje lokal bez tytułu prawnego i nie uiszcza ani czynszu, ani wynagrodzenia za bezumowne zajmowanie lokalu – deklaruje prawnik.

Czy to oznacza, że rugowanie lokatorów przez nowych właścicieli to mit? – Czy patologiczne przypadki się zdarzają? Zapewne tak. Od czasu do czasu piszą o tym gazety – mówi Forystek. I dodaje, że niewykluczone, iż mniejsze kancelarie chcą się pokazać i znaleźć miejsce na wyjątkowo konkurencyjnym i trudnym rynku usług prawniczych. – Przy 50 tys. profesjonalnych pełnomocników zawsze zdarzą się tacy, którzy nadinterpretują instytucje prawne. Po to jednak są sądy, które powinny rozstrzygać spory prawne, stojąc na straży prawa. A prawo dobrze chroni prawa lokatorów – twierdzi Józef Forystek.

Jego zdaniem zaś często to właśnie właściciele stoją na straconej pozycji. Bo ich ochrona jest iluzoryczna. Przykład? – Nie może być tak, że właściciel nieruchomości przejmuje zobowiązania państwa i gminy wobec osób uboższych. To nie na właścicielu spoczywa obowiązek utrzymywania co biedniejszych lokatorów, lecz na gminie i całym społeczeństwie, które w tym celu płaci podatki. W praktyce jednak to na barkach naszych klientów spoczywa finansowy ciężar ich utrzymania – wyjaśnia mec. Forystek.

Co dalej

Roszczenia reprywatyzacyjne nie wygasają. Orzecznictwo sądowe zachęca kolejne osoby do ubiegania się o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie. I to niezależnie od tego, czy są podstawy, czy ich nie ma. Zgodnie z zasadą: a nuż się uda?

– Nawołuję do znalezienia złotego środka. Reprywatyzować trzeba, ale z głową, a nie oddawać każdemu, kto się upomni – mówi prof. Ewa Łętowska. Jej zdaniem sędziowie powinny wyściubić nos poza swoje sprawy i spojrzeć na biznes reprywatyzacyjny całościowo. Wtedy dostrzegą, że przyzwolenie na nieograniczone wręcz dochodzenie kolejnych roszczeń to droga donikąd. Wówczas bowiem nie będzie ich wcale mniej, lecz coraz więcej. Zamiast 120-letnich babć pojawią się 140-letni dziadkowie. Oczywiście tylko na papierze, bo w rzeczywistości będzie występował ustanowiony dla nich kurator, działający na rzecz firmy skupującej roszczenia. – Bierzmy przykład z pojedynczych sądów, które mówią: reprywatyzacja tak, ale się rozliczmy. Skoro gmina wzięła stary, obdrapany budynek, a ma oddać nowo wyremontowany, to właściciel musi zapłacić za odbudowę, remonty, wszystko. Przecież prawo dopuszcza taką możliwość, tylko liczyć trudno, fakt – wskazuje prof. Ewa Łętowska.

Minister Jerzy Kozdroń uważa jednak, że nie należy reprywatyzacjizbytnio utrudniać. – Fakty są takie, że PRL ludziom odebrał majątki. I teraz – czy nam się to podoba, czy nie – trzeba je oddać lub wypłacić odszkodowania. Zacisnąć zęby i ponosić konsekwencje tego, co państwo zrobiło lata temu – konkluduje Kozdroń.

Tyle że niektórzy w takiej sytuacji mówią: niech każdy zaciska własne zęby, a nie cudze. ©

>>> Czytaj też: W Polskę wyruszają "500 busy" z informacjami; gminy przygotowały ułatwienia