wtorek, 5 sierpnia 2008

Kusznierewicz: O medal trudniej było w MŚ

(© Andrzej Wiktor/POLSKA)

Krzysztof Srogosz

2008-08-03 19:01:05, aktualizacja: 2008-08-03 19:01:05

Z Mateuszem Kusznierewiczem, mistrzem świata w żeglarskiej klasie Star i kandydatem do medalu olimpijskiego, rozmawia Krzysztof Srogosz.

To będą dla Pana już czwarte igrzyska. Denerwuje się Pan przed Pekinem trochę mniej niż przed poprzednimi?
Stres jest zdecydowanie mniejszy. To wynika na pewno z paru rzeczy. Przede wszystkim mam już 33 lata i w tym wieku człowiek jest trochę mądrzejszy. A poważnie, doświadczenia z trzech poprzednich igrzysk nauczyły mnie wiele. Wiem, czego mogę się spodziewać. Nic nie powinno mnie zaskoczyć.

Czym dla Pana są igrzyska?
Przede wszystkim wyjątkowym i niezapomnianym przeżyciem. Rządzi nimi niezwykła, wręcz magiczna moc. Na mistrzostwach świata każdy startuje dla siebie. Tutaj cała reprezentacja jest razem. Wzajemnie się wspiera i pomaga. Powstaje wspólna energia, wszyscy idą ramię w ramię. Można powiedzieć, że wtedy każdy działa zgodnie z maksymą trzech muszkie-terów: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Jakie ma Pan wspomnienia z poprzednich startów?
Podczas swojego pierwszego występu w Atlancie miałem 21 lat i od razu zdobyłem złoto w klasie Finn. To był w ogóle pierwszy olimpijski medal w historii dla polskiego żeglarstwa. Bardzo się wtedy cieszyłem. Po ostatnim wyścigu na igrzyskach w Atenach, gdy zapewniłem sobie brąz, z radości wskoczyłem do wody.

Wszyscy zapamiętali ten moment, bo o mało nie uderzył Pan głową o łódkę. Ten skok to był tylko impuls?
Tak naprawdę myślałem o tym już wcześniej. Było potwornie gorąco. Mało kto wie, że także w Atlancie wpadłem do wody. Tam z łódki zrzucił mnie prezes związku. W Sydney nie miałem się z czego cieszyć. Jechałem jako mistrz świata, a zająłem czwarte miejsce.

Tamto niepowodzenie chyba dało Panu wiele do myślenia.
Nauczyłem się, że nie można być zbyt pewnym siebie. Zawsze trzeba zachować czujność i myśleć o rywalach. Czasem można ich trochę podpuścić. Gdy widzę jakiegoś młodego zawodnika, czasami podchodzę i mówię: "O, jaką masz superłódkę. Na pewno jest bardzo szybka i wygrasz". Wtedy przeważnie taki żeglarz jest już ugotowany, bo cały czas myśli o tym, co powiedziałem. Taki stres i przypływ adrenaliny przed startem na niektórych działa jednak pozytywnie. Ja jestem tego przykładem.

W najbliższą sobotę pierwszy wyścig regat olimpijskich. Ma Pan jakieś sposoby na opanowanie nerwów?
Oczywiście przeżywam start, ale spokojnie, a emocje są pozytywne. Razem z moim współzałogantem Dominikiem Życkim nie nakręcamy się jakoś specjalnie. Ostatnie momenty w kraju, w tym także treningi, były bardzo udane. Nie możemy wariować i robić z całego wyjazdu jakiejś hecy.

W piątek uczestniczył Pan w ślubowaniu kolejnej grupy olimpijczyków. W sobotę kadrowicze polecieli czarterem do Pekinu, a Pan i Dominik Życki nie. Dlaczego?
Jakoś nie lubimy latać w takim dużym tłoku... Wyruszamy dopiero dziś. Najpierw lecimy mniejszym samolotem do Kopenhagi, a później przesiadamy się w dużą maszynę i przez całą noc podróżujemy do Pekinu, a stamtąd do Qingdao, czyli miejsca, gdzie odbędą się regaty olimpijskie. Mam nadzieję, że aklimatyzacja przejdzie bezproblemowo. Kolejnym punktem pobytu w Qingdao będzie otwarcie igrzysk w wiosce żeglarskiej. W zeszłym roku podczas regat przedolimpijskich Chińczycy przygotowali taki show, że długo byliśmy pod wrażeniem.

Nie żałuje Pan, że Qingdao jest tak daleko od Pekinu?
Faktycznie do stolicy Chin mamy ponad 800 km, ale jakoś to mnie nie martwi. Pogrążony w smogu Pekin to nie jest nic fajnego. Widziałem wioskę olimpijską i wcale nie żałuję, że nie będę w niej mieszkał. W Qingdao będzie o wiele fajniej. Jest tu ładniej i czyściej. A atmosfera będzie równie fajna. W żeglarskim gronie wszyscy znamy się dobrze od dawna. Oczywiście po zakończonych startach zamierzam pojechać do Pekinu i dopingować kolegów z reprezentacji. Do Polski wrócę z całą kadrą czarterem.

Przez dłuższy czas zastanawiał się Pan wspólnie z Dominikiem, którą łódkę wybrać na igrzyska. We Włoszech powstała specjalnie dla Was nowa jednostka, ale ostatnio pływaliście na starszej. Na której w końcu wystartujecie?
Zdecydowaliśmy się jednak na tę starszą. Wprawdzie ma już trzy lata, ale mamy do niej o wiele więcej zaufania. Dokonaliśmy ostatnio kilku zmian. Między innymi zmodyfikowaliśmy ustawienie masztu i trochę popracowaliśmy nad kadłubem. Dzięki temu łódka będzie lepiej pływała na kursach z wiatrem i przy słabych powiewach.

No właśnie. Jak przedstawiają się najnowsze prognozy?
Spodziewamy się słabych wiatrów i strasznej duchoty. Mamy jednak przygotowaną odpowiednią dietę na takie warunki. Na pewno pomogą nam specjalnie uszyte stroje, które będą nas chłodziły. Może się jednak okazać, że największym problemem dla wszystkich będą wszechobecne w akwenie w Qingdao algi [ogromne glony - red]. Tego świństwa pływa tam mnóstwo. Organizatorzy wprawdzie starają się je usuwać, ale i tak to będzie wielkie utrudnienie. Może być tak, że przez to zostaną wypaczone wyniki regat. Tak naprawdę w takich warunkach nie da się pływać. Bez protestów się nie obędzie.

W kwietniu tego roku razem z Dominikiem Życkim wywalczył Pan mistrzostwo świata na Florydzie. To ponoć trudniejsze, niż zdobycie medalu olimpijskiego.
To prawda. Nie ma co ukrywać, że konkurencja na igrzyskach jest mniejsza. Podczas mistrzostw świata musieliśmy pokonać 109 załóg. W Qingdao wystartuje tylko 16 ekip. Igrzyska są jednak rozgrywane co cztery lata, więc zdobycie medalu na takiej imprezie ma zupełnie inną wartość.

Kogo będzie najciężej pokonać w Qingdao?
Najgroźniejsi wydają się być Brazylijczycy. Zaraz za nimi ustawiają się w kolejce do podium Szwajcarzy, Włosi, Portugalczycy, Brytyjczycy, Francuzi, Szwedzi - lista jest długa. Około dziesięciu załóg ma szansę na medale. Co ciekawe, jednym z naszych rywali będzie 58-letni John Dane z USA. Jest sternikiem łódki i oczywiście większość pracy wykonuje jego załogant. Dla Dane'a będą to pierwsze igrzyska. Wcześniej próbował wiele razy wywalczyć kwalifikację, ale udało mu się to dopiero za dziesiątym razem. Teraz udało mu się spełnić marzenie życia. Widać nigdy nie jest za późno na udział w takiej imprezie.

Igrzyska są dla wszystkich, ale ostatnio coraz ważniejsze są pieniądze. Nie denerwuje Pana, że komercjalizacja poszła tak daleko?
Przyzwyczaiłem się do tego. Co chwilę wprowadzane są nowe konkurencje, które często mają niewiele wspólnego z prawdziwym sportem. Wpływają na to stacje telewizyjne. Sport ma być najważniejszy dla telewidza, a mniej istotny dla zawodnika. Na przykład w żeglarstwie rozgrywanych jest teraz 11 konkurencji, a przecież jest kilkaset rodzajów łódek. Często są o wiele fajniejsze niż te, które są w programie igrzysk. To jest jednak wszystko związane z widowiskiem. Telewizja NBC, która odpowiada za przekaz na cały świat, przeprowadza specjalne badania sprawdzające popularność łódek i to, które są najbardziej widowiskowe. W czasie zawodów telewidz będzie mógł teraz zobaczyć widok z wnętrza łódki, z boku i dzioba. Na potrzeby telewizji zmieniono też zasady rywalizacji olimpijskiej, które nie wszystkim się teraz podobają.

Co Pan ma na myśli?

Chodzi mi o tzw. wyścig medalowy, który będzie rozgrywany ostatniego dnia regat i będzie punktowany podwójnie. Wcześniej było tak, że jeśli któraś załoga (lub zawodnik) osiągnęła dużą przewagę po pierwszych 10 wyścigach, mogła sobie pozwolić na odpuszczenie ostatniego startu. Zwłaszcza że najgorszy rezultat nie jest liczony do końcowej punktacji. Teraz nikt już nie będzie mógł tak zrobić. Poprzednie zasady były lepsze, ale telewizja nie chce pokazywać ostatniego wyścigu, w którym nie będzie startował medalista.

Nie obawia się Pan, że w taki sposób będzie można stracić medal?
Oczywiście istnieje taka możliwość, ale równie dobrze może być tak, że z piątego miejsca awansujemy na podium. To jest sport i wszystko może się zdarzyć.


Brak komentarzy: