wtorek, 25 września 2007

"Kommiersant": Rosja wpuści na wybory wszystkich obserwatorów

cheko, PAP
2007-09-25, ostatnia aktualizacja 32 minuty temu

Rosyjskie gazety odnotowują we wtorek, że polskie władze nie zaprosiły na zbliżające się wybory obserwatorów z OBWE. Dziennik "Kommiersant" uznał to za początek "agresywnej kampanii wyborczej partii rządzącej PiS, na której czele stoi premier Jarosław Kaczyński".


- Warszawa ogłosiła, że nie zaprosi na wybory obserwatorów z OBWE, ”ponieważ Polska jest demokracją i nie potrzebuje monitoringu" - wyjaśnia "Kommiersant". "Przedstawiciele OBWE obawiają się, że decyzja ta może stać się precedensem dla innych krajów, w tym Rosji" - podkreśla.

Cytuje przy tym rzeczniczkę OBWE Urdur Gunnarsdottir, która przypomniała, że Rosja dotychczas nie przysłała zaproszenia do monitorowania grudniowych wyborów do Dumy Państwowej, niższej izby parlamentu. "Mamy nadzieję, że otrzymamy zaproszenie od rosyjskich władz, przy czym im szybciej, tym lepiej" - dodała.

"Kommiersant" uważa, że "obawy kierownictwa OBWE w stosunku do Rosji nie są całkowicie bezpodstawne". "Chodzi o to, że Moskwa od dawna oskarża tę organizację o tendencyjność oraz nadmierne zainteresowanie problemami demokracji i przejrzystości wyborów na obszarze poradzieckim" - przypomina dziennik.

- Nic dziwnego, że wielu jego rozmówców w Moskwie odniosło się do inicjatywy braci Kaczyńskich ze zrozumieniem - dodaje.

- Decyzja, czy zaprosić, czy nie zaprosić obserwatorów na wybory leży w gestii poszczególnych krajów. Żadna międzynarodowa instytucja nie ma prawa narzucania suwerennemu państwu swojej misji obserwacyjnej - przytacza gazeta opinię Michaiła Margiełowa, przewodniczącego komisji spraw zagranicznych Rady Federacji, wyższej izby rosyjskiego parlamentu.

- Parlamentarzysta zaznaczył jednak, iż nie uważa zaproszenia obserwatorów za ograniczenie suwerenności i demokracji - podkreśla "Kommiersant".

Podaje też, że "w rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej (CKW) zapewniono go, iż obserwatorzy z OBWE na wybory parlamentarne i prezydenckie do Rosji obowiązkowo zostaną zaproszeni".

- Kwestię tę rozstrzyga państwo zapraszające. Wszelako są jeszcze międzynarodowe konwencje. Jest całkowicie niejasne, jak polskie władze zamierzają to obejść. Polski wariant jest dalece nie najlepszy - cytuje "Kommiersant" członka CKW Wasilija Wołkowa.

"RBK-daily", partner niemieckiej gazety "Handelsblatt", wskazuje, że "Warszawa nie chce być podporządkowana OBWE". "OBWE nie traci nadziei na otrzymanie zaproszenia" - dodaje.

- Wszelako eksperci sądzą, że Warszawa raczej po raz kolejny zademonstruje lekceważenie wobec ogólnych zasad i praw Unii Europejskiej - pisze "RBK-daily".

Dziennik nie wyklucza, że "wybory wygra rządząca partia PiS, co z kolei pozwoli braciom Kaczyńskim na kontynuowanie radykalnej polityki zagranicznej, w tym sprzecznej z interesami UE w relacjach z Federacją Rosyjską".

To tylko praca - zwierzenia młodej prostytutki

Dominika Karp
2007-09-24, ostatnia aktualizacja 2007-09-24 14:47
Zobacz powiększenie
Fot. Paweł Sowa / AG

- Na początku był szok. Po pierwszym kliencie strasznie płakałam. Nie chciałam tego robić. Szef powiedział: to tylko praca, spróbuj co ci szkodzi - popracujesz rok i kupisz sobie mieszkanie. No i ta kasa mnie przekonała. Tylko i wyłącznie kasa. Potem to już, no wiesz, patrzysz tylko żeby szybciej, żeby ta godzina się szybciej skończyła - mówi Majka,w zawodzie od dwóch lat.


Spotykamy się po południu, w jej mieszkaniu. Przez telefon proponowałam kawiarnię, ale kategorycznie odmówiła - powiedziała, że miejsca publiczne odpadają, że się boi, że nie chce ryzykować.

Niewielki pokoik w wynajmowanym, głównie przez studentów mieszkaniu. Ostatnie piętro wieżowca. Na ścianie "Śpiący Mietek" Wyspiańskiego. Pod oknem jednoosobowe łóżko, dwie szafki. Gra radio Eska. Drzwi do pokoju z obu stron oklejone plakatami. Na nich nagie kobiety w jednoznacznych pozach. - Nie patrz na to. To nie moje. Mieszkam tu dopiero od dwóch miesięcy - mówi Majka, ubrana w jeansową mini i czarną bluzkę wysoka, zgrabna dziewczyna. Włosy krótkie - częściowo czarne, częściowo blond. Okulary z grubymi, czarnymi oprawkami dodają jej powagi i lat. Ma ich dwadzieścia. W tym roku zdała maturę.

Majka: - Mój szef to w porządku człowiek. Zna się na rzeczy, umie podejść do ludzi. Ja na początku nie wiedziałam co do czego. Nic, no bo i niby skąd? Pokazał mi pokoje, wyjaśnił zasady. On mi wszystko wytłumaczył. Nie nalegał. Mówił, że jak nie będę chciała tego robić, nie będę musiała.

Ta kasa mnie przekonała

Do agencji trafiła dwa lata temu. "Młode dziewczyny do klubu nocnego, wysokie zarobki" - przeczytała w gazecie. Zadzwoniła, umówiła się na spotkanie. Zarzeka się, że do samej wizyty w klubie nie wiedziała, że chodzi o prostytucję. - Ja dorabiałam wcześniej w barach. Nie skojarzyło mi się, że to może być to. Przecież w klubach można wiele rzeczy robić. To był dla mnie szok - wspomina.

Jednak kilka dni po spotkaniu z przyszłym szefem, w piątek po szkole wsiadła do autobusu i przyjechała z oddalonej o prawie sto kilometrów wsi, w której mieszkała razem z mamą. Powiedziała jej, że znalazła pracę w barze.

- Ten pierwszy nie był Polakiem, chyba był Włochem. Nie wiedziałam jak się zachować. Wiesz...widzisz faceta parę minut i masz się przed nim rozebrać, a potem współżyć. Dla mnie to było coś odrażającego. Po wszystkim strasznie się rozpłakałam. Chciałam uciec. Zbiegłam na dół, żeby oddać pieniądze ochroniarzowi i wtedy przyszedł szef. Kazał od razu przynieść wódkę. Długo rozmawialiśmy. Podawał mi przykłady innych dziewczyn. Mówił, że one na początku też tak przeżywały, ale, jak widać da się do tego przyzwyczaić. Tłumaczył, że nie muszę się angażować, że to jest tylko moja praca. No i mówił o tym mieszkaniu, o tych pieniądzach, dużej kasie. No i ta kasa mnie przekonała - mówi.

Im więcej kasy, tym więcej rzeczy

Jeszcze tej samej nocy miała trzech klientów. Szef powiedział, że na początku, jeśli nie chce, nie musi pracować jak inne dziewczyny - do piątej rano.

Jest jedynaczką. - Mama się niczego nie domyśliła? - pytam. Majka, bez zastanowienia:- Jak każda matka była ciekawa co to za praca. Pytała - co ty tam robisz? Przez to, że wcześniej dorabiałam w tych barach, miałam dobry kamuflaż. Były takie momenty, takie myśli, że ona wie..., ale nigdy nie zapytała mnie wprost. - A gdyby zapytała? - dociekam. - Trudno jest mi to sobie wyobrazić... Żadna matka nie chciałaby chyba, żeby jej dziecko tak kończyło.

Początkowo Majka pracowała tylko w weekendy, ale potem, jak sama mówi zaczęła "się wciągać". - Wcześniej musiałam patrzeć ile co kosztuje, liczyć się z każdą złotówką. Nie myśl, że się nad sobą użalam, ale miałam strasznie. Pamiętam czasy, kiedy w domu nie było kasy nawet na chleb. Gdy zaczęłam pracować w agencji już na te ceny nie patrzyłam. No i zaczęłam myśleć tylko o tym, że im więcej kasy, tym więcej rzeczy. Im więcej klientów, tym więcej rzeczy.

Zasady są jasne - 60 złotych od łebka

Za godzinę spędzoną z klientem dostaje 60 złotych. On płaci 150. - W ramach tego są jasne zasady - wszystko w gumce, żadnych wymyślnych pozycji, dotykanie po narządach odpada. Jeśli dopłaci będzie miał więcej rzeczy - np. francuz bez gumki, całowanie. Cena zależy od dziewczyny - jedne biorą za to 50 złotych, inne 100. Z tego się nie rozliczamy - mówi.

- Nie dostajesz nawet połowy z tego, co płaci klient. Nie uważasz, że to wyzysk? - Może i wyzysk, ale z drugiej strony, gdzie ja bym zarobiła 60 złotych w godzinę? - pyta. Dostaje jeszcze napiwki. Raz zdarzyło się, że dodatkowo dostała nawet 500 złotych. W trakcie jednego z wyjazdów zarobiła pięciokrotnie więcej. Miesięcznie - do 10 tysięcy.

- Są tacy ludzie, dla których wydać tysiąc, czy dwa tysiące złotych, to jak dla nas wyjść po chleb. Pieniądze strasznie ludzi psują. Ja też je bardzo polubiłam - mówi. Poprawia spódnicę i sięga po papierosa.

- Chcesz wiedzieć jak to wygląda? Przychodzi taki klient do firmy, siada na kanapie, albo przy barze. Ochroniarz woła wszystkie wolne dziewczyny i on sobie wybiera - mówi.

Klienci trafiają się różni

Zwykle czterech w ciągu nocy, najwięcej - siedmiu. Majka dzieli ich na dwie skrajne kategorie: bardzo chamscy i na poziomie ("często w gajerkach").

- Zdecydowana większość to żonaci faceci. Tacy często przychodzą się też wygadać - żalą się, że żona im nie daje, że dzieci ich nie szanują. Raz miałam nawet klienta, który mówił, że jest tydzień po ślubie - wspomina.

- Zdarza się, że są wulgarni. Wyskakują z takimi tekstami... Trudno mi teraz coś przytoczyć, ale zwykle rozkazują, traktują, jak przedmiot - chodź tu, podejdź tu, rozbieraj się! - mówi.

Często są pod wpływem alkoholu, ale Majka zaznacza, że dziewczyny nie muszą chodzić z każdym klientem. - Byłaś do czegoś zmuszana? - pytam. - Zmuszana może nie, bo my idziemy z klientem do pokoju w jednym celu. On płaci, więc my musimy go w jakiś sposób zadowolić. Bywa, że kładą się i przygniatają całym ciałem. Jak zwracasz mu uwagę, a on nie reaguje wystarczy krzyknąć. Zaraz przyjdzie ochroniarz, albo usłyszy któraś z dziewczyn. My się chronimy i ostrzegamy - ten to brudas, albo chamidło, lepiej z nim nie idź - zaznacza.

Zdarza się, że klienci się skarżą - bo liczyli na coś więcej, albo dziewczyny szantażują, że coś powiedzą szefowi. Majka zaznacza, że on spokojnie ich wysłuchuje, zapewni, że z dziewczyną porozmawia, ale to jej ufa. - On swoje wie, bo każdą dziewczynę sprawdza. Przysyła swoich kolegów - mówi. Wyrzuca tylko wtedy, gdy zaczynają ćpać. - U mnie w pracy można pić, ale tak, żeby się nie zataczać - dodaje.

Trudne sytuacje? Majka długo się zastanawia. - Sama nie miałam jakiś podbramkowych, ale raz dziewczyny opowiadały, że były na takiej libacji w hotelu, podczas której klienci powyrzucali im ubrania przez okno. No i musiały stamtąd uciekać. O innych sytuacjach nie słyszałam. One potem zwykle mówią tylko, na którego trzeba uważać. Nie zwierzają się, nie chcą o tym rozmawiać - podkreśla.

Trafiają się też panowie bardzo nieśmiali, a także bardzo młodzi. Majka zaznacza, że "tam" nikt nikomu dowodu nie sprawdza. - Masz kasę, możesz przyjść - dodaje, poprawia spódnicę i sięga po kolejnego papierosa. Wylicza prawników, lekarzy, w tym dyrektora jednego z dużych miejskich szpitali. Mówi, że gdy była taka potrzeba wystawiał jej zaświadczenia o pobycie w szpitalu, gdy jeszcze chodziła o szkoły.

Z czasem takich potrzeb miała coraz więcej. - Narobiłam sobie zaległości. Zaczęłam wagarować. Czasami nie było mnie w szkole całymi tygodniami. Na szczęście udało się zdać maturę - mówi. Za tydzień Majka idzie na studia - zaoczną pedagogikę.

Dziewczyny muszą o siebie dbać

- Większość pochodzi z Ukrainy. One nawet na święta do domu nie zjeżdżają. Zarabiają takie pieniądze, że szok. Niewiele im przeszkadza - nawet, gdy klient jest bardzo pijany, albo śmierdzi. One na to nie patrzą - dla nich liczy się sztuka - zaznacza i dodaje: - Wśród Polek nie ma zbyt wielu takich, które tak jak ja, same na siebie zarabiają. Często to samotne matki. Zwykle trochę starsze, mają tak między 28, a 35 lat, ale są bardzo zadbane. Nie da się ukryć - w tej pracy trzeba o siebie dbać - mówi.

"Dla własnego komfortu" co kilka miesięcy robią badania na obecność HIV i WR. Prosi, żebym zaznaczyła, że żadna nie jest tam dla przyjemności. - One muszą. Za 700 złotych dzieci przecież nie utrzymają - podkreśla.

Rodziny często się tymi dziećmi opiekują i najczęściej wiedzą, jak te kobiety zarabiają na życie. Majka podkreśla, że nie mają wyjścia, muszą to zaakceptować. -Niedziele mamy wolne i często się spotykamy, chodzimy razem na dyskoteki. Raz u jednej dziewczyny byłam w domu. Rozmawiałam z jej mamą i ona wiedziała. Na koniec powiedziała: - Wy nikomu krzywdy nie robicie, tylko same sobie - wspomina.

- Miałam inne potrzeby - odpowiada, gdy pytam o mieszkanie, które szef obiecywał jej po roku pracy. Mówi, że trochę odnowiła domek, w którym mieszka jej mama. Mają już łazienkę i centralne ogrzewanie.

Mężczyźni i tak zdradzą

Zanim zaczęła pracować w agencji miała chłopaka. - Można powiedzieć, że nawet narzeczonego, bo planowaliśmy ślub, ale coś tam nie grało i się rozstaliśmy - mówi. - To znaczy? Dowiedział się, co robisz? - pytam. - Nie, ale jak zaczęłam pracować rzadziej się widywaliśmy i coraz częściej kłóciliśmy.

Kilka miesięcy spotykała się ze swoim klientem. Mówi o nim zdawkowo, nazywa: "niby mój chłopak". Teraz nie ma nikogo.

Zaznacza, że uprzedziła się do mężczyzn: -Jak się przysięga to na całe życie i on nie ma prawa mieć innej kobiety. Ja im nie ufam, bo oni i tak zdradzą. Zdecydowana większość facetów zdradza.

Mówi, że gdyby się zakochała zrezygnowałaby z pracy w agencji. - Teraz też, gdyby trafiło mi się coś lepszego to bym wzięła - mówi. - Gdybyś kogoś pokochała to powiedziałabyś mu czym się zajmujesz? - Nie wiem, ale sądzę, że chłopak może mieć jakieś uprzedzenia i pewnie bym się z tym ukrywała.

Klient, gdy się żegna...
dk
2007-09-24, ostatnia aktualizacja 2007-09-24 12:41

Co czwarty wychodząc obiecuje, że przyjdzie niebawem, niespełna co piąty żegna się czule - wynika z badań przeprowadzonych przez SMG/KRC wśród losowo wybranych pracownic agencji towarzyskich.

Zobacz powiekszenie
Fot. Michal Stangret
27-letnia Irmina z Ukrainy studiuje w Warszawie nauki polityczne. Dwa lata temu pracowała w stolicy jako prostytutka. - Nie żałuję. Dzięki temu mam za co opłacić studia - mówi


Prawie połowa panów po spotkaniu z prostytutką po prostu dziękuje i wychodzi, ponad 6 procent dzieli się z nią swoimi wrażeniami, a niespełna 3 proc. klientów wychodząc nie mówi nic.

Do udziału w telefonicznym badaniu pt. "Korzystanie z agencji towarzyskich" losowo wybrano 150 kobiet. Jak się okazuje większość pań to kobiety między 25, a 34 rokiem życia (niespełna 43 proc. respondentek). Ponad 40 proc. ma więcej niż 18 lat i mniej niż 25. Zdecydowaną mniejszość wśród kobiet pracujących w agencjach towarzyskich stanowią kobiety najstarsze - więcej, niż 35 lat ma niespełna 17 procent prostytutek.

Wśród pań, które wzięły udział w badaniu niemal taka sama liczba kobiet prostytuuje się niespełna rok (48,34 proc.), a niespełna co druga (49,01 proc.) robi to dłużej niż 12 miesięcy. Ile dokładnie, nie wiemy.

Rodziny nie wiedzą

Z badań wynika jednoznacznie, że prostytutki na ogół ukrywają przed rodziną i znajomymi to, czym się zajmują. O miejscu pracy swoich koleżanek, czy córek nie wie prawie 60 procent znajomych i rodziców. Z odpowiedzi kobiet wynika, że taką wiedzę ma rodzina co trzeciej pracującej w ten sposób dziewczyny.

Natomiast ponad 3 proc. respondentek na pytanie "Czy Pani rodzina/znajomi wiedzą, że pracuje Pani w agencji towarzyskiej?" wybrało odpowiedź "trudno powiedzieć". Można więc przypuszczać, że w ich przypadku panuje zmowa milczenia.

Większość kobiet, które wzięły udział w badaniu SMG/KRC przyjmuje dziennie (zwykle oczywiście wieczorami i nocą) średnio od trzech do pięciu klientów. Co czwarta ma w tym czasie jednego lub dwóch, a co piąta przyznaje, że jest ich ponad pięciu. Do współżycia z więcej niż siedmioma mężczyznami podczas jednej nocy przyznaje się 6 proc. respondentek, a niewiele więcej nie potrafi jednoznacznie uśrednić, ilu w tym samym czasie ma klientów.

poniedziałek, 24 września 2007

Krzynówek dla Sport.pl: Gole z kadry niosą mnie w Bundeslidze

Rozmawiał Robert Błoński
2007-09-23, ostatnia aktualizacja 2007-09-23 21:48
Zobacz powiększenie
Jacek Krzynówek mija Timo Rosta z Energie
Fot. SVEN KAESTNER AP

Odkąd strzeliłem bramkę Rosji, przyszła forma i niebywała skuteczność - opowiada skrzydłowy reprezentacji, którego gol w 83. min dał Wolfsburgowi wyjazdowe zwycięstwo 2:1 z Energie Cottbus.

Zobacz powiekszenie
Fot. STEVEN GOVERNO AP
Jacek Krzynówek i 2:2 z Portugalią!!!


Robert Błoński: Niemcy piszą: "Krzynówek wygrał mecz dla VfL".

Jacek Krzynówek: To miłe, nawet nie wiedziałem. Trzech poprzednich spotkań nie udało się nam wygrać. Raz zremisowaliśmy, dwa razy przegraliśmy, choć w każdym z tych meczów jako pierwsi strzelaliśmy gola! W sobotę też prowadziliśmy 1:0, potem Marcelinho zdobył drugą bramkę, ale sędzia uznał, że Brazylijczyk był na spalonym. Kiedy Cottbus wyrównało, myślałem, żeby - nie daj Boże - nie powtórzył się scenariusz z poprzednich meczów. Ale nie, wygraliśmy. Energie ma słabszy zespół niż rok temu, sprzedali nam Radu oraz Munteanu i nie mają kim grać z przodu.

Jak padł zwycięski gol?

- Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak piłka wpadła do bramki. Wyszliśmy z szybką kontrą. Zagrałem na prawą stronę do Dejagha. On wygrał pojedynek jeden na jednego i mi odegrał. Piłkę próbował przejąć Mariusz Kukiełka, doszło do małej przepychanki między nami. Mariusz wybił ją za lekko. Wymieniłem trzy podania z Josue i strzeliłem z ostrego kąta, z dziesięciu metrów.

Rzadko strzela pan bramki z pola karnego.

- Tym bardziej cieszę się z tego, co stało się w sobotę.

Skąd ta forma?

- Jestem bardzo dobrze przygotowany do sezonu. Ciężko trenowałem i nie miałem żadnych problemów ze zdrowiem. O trenerze Feliksie Magathcie krążą w Niemczech legendy, że jest katem dla piłkarzy, ale ja rzeczywiście takiego okresu przygotowawczego jeszcze nie przeżyłem. To znaczy: cieszę się, że przeżyłem. Byliśmy na dwunastodniowym zgrupowaniu w Austrii. Na tak długo w Bundeslidze zwykle się nie wyjeżdża. Trenowaliśmy trzy razy dziennie, biegaliśmy sprinty z piłkami lekarskimi po piachu. Wchodziło w nogi jak diabli, ale mnie wyszło na dobre. Mieliśmy przez ten czas tylko jedno wolne popołudnie. Ja nigdy nie miałem problemów z wydolnością. Tyle że po MŚ w Korei zerwałem więzadła krzyżowe w prawym kolanie. Pół roku w ogóle nie grałem w piłkę, dochodziłem do formy, a później trafiłem do Leverkusen. Od tamtej pory zdrowie dopisuje.

Ale Magath sadzał pana na ławce. Nie zagrał pan w dwóch pierwszych meczach sezonu... Do składu wszedł dopiero po meczu z Rosją w Moskwie.

- Trener nie wziął mnie na pierwszy mecz, w Pucharze Niemiec. Tuż przed pierwszym meczem ligowym, z Arminią, naciągnąłem mięsień. Nie mogłem wystąpić także i w drugiej kolejce, z Duisburgiem. Mimo tego władze klubu wyraziły zgodę, bym jechał na mecz kadry do Moskwy. Lekarz reprezentacji pozwolił mi grać, a trener Leo Beenhakker zaufał. To było moje pierwsze 90 minut w sezonie i mój pierwszy gol.

Felix Magath widział piękną bramkę w Moskwie?

- Nie wiem, nawet nie pytałem. Chciałbym, żeby zobaczył.

Ważne, że później wstawił pana do składu.

- W meczu z Rosją dostałem wiatru w żagle. Potem "poprawiłem" bramką na 2:2 w Lizbonie. Można powiedzieć, że gole zdobyte w reprezentacji niosą mnie i w Bundeslidze. Oby jak najdłużej.

O co Wolfsburg ma walczyć w tym sezonie?

- Najpierw chcemy uniknąć tego, co było w dwóch poprzednich, czyli nie bronić się przed spadkiem. Mamy mocniejszą drużynę niż rok temu. Doszło piętnastu zawodników! Trener Magath potrzebuje jednego: czasu. Nawet jak przegraliśmy dwa poprzednie mecze, nie robił żadnych nerwowych ruchów. Dokonał tylko dwóch zmian w podstawowej jedenastce, a jedna z nich była wymuszona - Brazylijczyk Grafite skręcił kostkę. W sobotę zagraliśmy innym systemem niż wcześniej, trzema napastnikami. Trener Magath raczej nie zmienia zawodników, tylko taktykę - w każdym meczu dostosowuje ją do przeciwnika.

Po raz pierwszy w tym sezonie Bundesligi zagrał pan od pierwszej do ostatniej minuty.

- Może to jest recepta na sukces zespołu? (śmiech). Cieszę się tylko, że pomogłem wygrać w Cottbus. Zasłużenie, bo byliśmy lepsi.

Dlaczego ma pan koszulkę z numerem 10? Jakoś nigdy nie palił się pan do gry z tym numerem?

- To prawda, ale nie miałem wielkiego wpływu. Dał mi go poprzedni szkoleniowiec Klaus Augenthaller. Chciałem "ósemkę", ale była zarezerwowana dla Mariana Christowa, więc dostałem "dychę". W ogóle to w poprzednim sezonie Augenthaller wymyślił sobie, że podstawowa jedenastka będzie grała z numerami od jednego do jedenastu. A poza tym "dycha" w Wolfsburgu traktowana jest specjalnie. Kilka lat temu nosił ją nieżyjący już, niestety, reprezentant Polski Krzysztof Nowak. Ciężka choroba przerwała jego karierę. Być może dostałem dziesiątkę po nim, jako kolejny Polak.

W 135 meczach w Bundeslidze zdobył pan 22 gole.

- Jeszcze prawie sto rozegrałem w II lidze, gdzie też strzeliłem 22 bramki. W 2004 roku miałem już podpisany kontrakt z Leverkusen, a mimo to Norymberga mnie nie puściła i dodatkowy rok spędziłem w II lidze. Tak więc tych występów w I lidze i bramek powinno być więcej. No, ale nie ma co narzekać, mam jeszcze dwuletni kontrakt z "Wilkami" i liczę, że to sobie odbiję.

W połowie października mecz eliminacyjny z Kazachstanem. Zbliżają się decydujące rozstrzygnięcia w walce o awans do Euro 2008.

- Szanse mamy ogromne. Meczów coraz mniej, nam i Finom zostały trzy, Portugalczykom i Serbom cztery, ale to wciąż Polska jest liderem grupy I. Już mówiłem, że teraz każdy mecz musimy traktować jak pojedynek ostatniej szansy, o wszystko. Nie wyobrażam sobie, byśmy 13 października nie wygrali z Kazachstanem w Warszawie. Na szczęście układ w tabeli jest taki, że nie musimy oglądać się na innych. Cel jest prosty: w październiku wygrana z Kazachstanem, w listopadzie - z Belgią w Chorzowie i zobaczymy, jaka będzie sytuacja przed ostatnim pojedynkiem grupowym, w Belgradzie. Ideałem byłoby jechać do Serbii, będąc pewnym awansu.

Liczby Krzynówka

7 - tyle oficjalnych meczów rozegrał tej jesieni (trzy w reprezentacji, cztery w Bundeslidze)

5 - tyle strzelił w nich bramek (dwa dla kadry, trzy dla Wolfsburga)