niedziela, 24 lutego 2008

MŚ: Austriacy bezkonkurencyjni, Polacy znów zawiedli

DB (inf. własna) /15:39
AFP
Reprezentacja polskich skoczków zajęła w konkursie drużynowym mistrzostw świata w lotach narciarskich 10. miejsce. Nasi zawodnicy nie awansowali do czołowej "ósemki" i nie wzięli udziału w drugiej serii. Tytuł wywalczyli Austriacy, srebrny medal zdobyli Finowie, zaś brązowy - Norwegowie.
Austriacy nie mieli w niedzielę konkurencji. Martin Koch, Thomas Morgenstern, Andreas Kofler i świeżo upieczony indywidualny mistrz świata Gregor Schlierenzauer byli po prostu najlepsi i wygrali zawody z notą łączną 1553,3 pkt.

Srebrny medal wywalczyli Finowie (Janne Happonen, Harri Olli, Matti Hautamaeki, Janne Ahonen) - 1477 pkt, zaś brązowy Norwegowie (Bjoern Einar Romoeren, Anders Bardal, Tom Hilde, Anders Jacobsen) - 1453,2 pkt.
Najdłuższy skok w konkursie oddał Schlierenzauer - 217 m.

Polacy znów zawiedli i nie zdołali zakwalifikować się do II serii. Jako pierwszy z Polaków skakał Kamil Stoch. Uzyskał 167 m i po pierwszej kolejce nasza reprezentacja zajmowała 9. miejsce. Piotr Żyła był lepszy od Stocha o metr, ale Polska spadła w klasyfikacji na 10. pozycję.

W trzeciej kolejce skompromitował się Stefan Hula, który wylądował na 120. metrze. Polacy niżej nie spadli, ale tylko dlatego, że ze Szwedami i Kazachami przegrać po prostu nie było sposób, a Słoweniec Robert Kranjec pogrzebał szanse swojej ekipy o wiele bardziej niż Hula Polaków.

Dość powiedzieć, że po skokach Stocha, Żyły i Huli Polacy mieli mniej punktów niż dwóch Austriaków... W tej sytuacji występ Adama Małysza był li tylko treningowy. Nasz najlepszy zawodnik skoczył 199 m, ale straty były zbyt duże i awans do czołowej ósemki nie był juz możliwy.

Tusk: doceniam krytykę. Ona mobilizuje

eb, nat 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 24-02-2008 20:32

Bez trwałej opozycji i nieustannej krytyki sami nie narzucalibyśmy takiego tempa - mówił premier Donald Tusk na konferencji podsumowującej pierwsze sto dni działalności swojego gabinetu. PSL i Waldemarowi Pawlakowi dziękował za zaufanie i rzetelną współpracę. Przedstawił też szereg problemów, nad których rozwiązaniem zamierza skupić się rząd

"Te 100 dni z punktu widzenia interesów Polski to bardzo dobre 100 dni w wymiarze europejskim, światowym i w relacjach z najbliższymi sąsiadami" - ocenił premier Donald Tusk. Według niego, Polska stała się zrozumiałym, przewidywalnym, kompetentnym partnerem.

Tusk: "Gospodarka głupcze"

Premier Donald Tusk powiedział, że popiera hasło byłego prezydenta USA Billa Clintona - "Gospodarka głupcze". - Mogę powtórzyć te słowa - gospodarka, jako warunek wzrostu dobrobytu, to absolutnie kluczowa rzecz - podkreślił.

- Porządkowanie polityki międzynarodowej, służb specjalnych, tego całego świata zamieszania z jakim mieliśmy do czynienia przez ostatnie dwa lata, to jest obowiązek, który muszę wykonać, ale oprócz tego pamiętam - "Gospodarka głupcze" - powiedział premier w wywiadzie dla TVP1.

- Gospodarka musi się rozwijać, aby każdy Polak odczuł elementarną poprawę zawartości swojej kieszeni - dodał.

Szef rządu podkreślił, że priorytetem rządu jest poprawa losu ludzi, którzy nie zawsze są przedsiębiorczy. - Mam liberalne poglądy gospodarcze, ale lata doświadczeń mówią mi, że liberalna gospodarka musi służyć poprawie bytu wszystkich ludzi, a nie tylko tych, którzy są przedsiębiorcami - zaznaczył.

Utrzymanie dyscypliny budżetowej największym wyzwaniem dla rządu

Tusk przypomniał, że pierwszym zadaniem jego rządu było przejrzenie projektu budżetu na 2008 rok, który pozostawił gabinet Jarosława Kaczyńskiego. "Mieliśmy świadomość, że odziedziczony budżet nie będzie mógł podlegać radykalnym korektom. Odpowiedzialność kazała więc przyjrzeć się, jak można ten budżet naprawić" - podkreślił premier.

Jak zaznaczył, rząd uznał, że przy obecnym budżecie należy przeprowadzić dwie rzeczy: podwyżkę płac dla nauczycieli i obniżenie deficytu budżetowego.

"Wszyscy ministrowie dokonali brutalnego przeglądu wydatków. Każdy z resortów podjął twarde decyzje, dzięki którym udało się uzyskać około 3,5 mld złotych, poprzez cięcia na biurokracji i wydatkach" - mówił Tusk. Podkreślił, że z tych 3,5 mld złotych, 2,5 mld wykorzystano na podwyżki dla nauczycieli, a 1,5 mld na obniżenie deficytu budżetowego.

Nie będzie podwyżki składki zdrowotnej

"To nie jest sztuka leczyć finanse publiczne, czy finanse w ochronie zdrowia poprzez drenaż kieszeni Polaków. To nie jest sztuka powiedzieć emerytowi czy renciście: 'dawaj jeszcze kilka złotych z kieszeni, to lekarz i pielęgniarka nie odstąpią od waszych łóżek'. To jest ostatni krok jaki można zrobić. Ten rząd będzie pilnował pieniędzy podatników" - powiedział premier.

Zapowiedział, że rząd będzie ograniczał przywileje ludzi władzy, bo władza odpowiedzialna - mówił - nie może oszczędzać na wszystkim poza samą sobą. Mówił, że będzie szukał poparcia w Sejmie - oraz przekonywał prezydenta Lecha Kaczyńskiego - do rezygnacji finansowania z budżetu państwa partii politycznych. Taki projekt zmian w prawie w piątek przedstawiła Platforma.

Służby przestaną być zbiorowym bohaterem konferencji

"Służby specjalne w zaciszu i dyskrecji będą informowały odpowiednie polskie władze tak, abyśmy podejmowali najmądrzejsze ze wszystkich decyzje. Gwarantuję to państwu, wszystkie kroki w tym celu zostały już podjęte" - powiedział szef rządu.

W czasie stu dni startu dalece nie wszystko udało się nam zrobić, ale nadzieje Polaków na normalne, dostatnie życie nie zmalały, a zwiększyły się - mówił Tusk.

"Także kroki, których skutkiem będzie pociągnięcie do odpowiedzialności politycznej i karnej tych, którzy interes państwa i bezpieczeństwo państwa narazili na szwank. Prace w tej sprawie także się toczą" - podkreślił.

Premier chce zmiany konstytucji

Donald Tusk zapowiedział, że będzie namawiał współkoalicjantów i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby przeprowadzić zmiany w konstytucji.

"Nie spocznę dopóki polska konstytucja nie doprowadzi do sytuacji, że polski obywatel będzie wybierał swojego przedstawiciela w okręgu jednomandatowym" - zapowiedział Tusk.

Tusk dziękował mediom za krytycyzm, a PSL za dobrą współpracę

Premier w swoim wystąpieniu dziękował wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi, prezesowi koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego, opozycji i mediom. O koalicji PO-PSL mówił, że jest wolna od "absurdalnych konfliktów, wzajemnej agresji, nacechowana wzajemnym zaufaniem". "Jesteście rzetelnym, bezcennym partnerem w tej koalicji" - zwrócił się do ludowców.

Mediom i opozycji dziękował za krytycyzm, nawet za ten, który - jak mówił - czasem odczuwał jako twardy, czy niesprawiedliwy. "Proszę o więcej niezależnych i krytycznych sądów, bo przyznaję się także tutaj, przed Polakami - bez tej krytyki, tego twardego nastawienia opozycji nie bylibyśmy pewnie w stanie nieustannie kontrolować siebie samych tak skutecznie jak do tej pory. Być może sami nie narzucilibyśmy sobie takiego tempa, jakie narzucają nam w imieniu Polaków niezależne media, niezależne ośrodki i partie opozycyjne" - powiedział szef rządu.

Na początku konferencji wyświetlono film przypominający najważniejsze wydarzenia stu dni rządu PO-PSL.

W uroczystości w Kancelarii Premiera wzięli udział ministrowie, wojewodowie oraz parlamentarzyści koalicji PO-PSL.

Dziennikarzom przekazano 125-stronicową broszurę, która przedstawia dokonania rządu w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a także plany na kolejne 300, 1500 i 3000 dni.

Konferencja była transmitowana nie tylko w mediach, ale także na stronie internetowej Kancelarii Premiera.

Polityka wschodnia do góry nogami

Maja Narbutt 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 24-02-2008 18:40

Polityka zagraniczna polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Tusk zdążył już być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie – pisze Maja Narbutt, publicystka „Rzeczpospolitej”

Polska granica wschodnia
autor zdjęcia: Dariusz Majgier
źródło: Fotorzepa
Polska granica wschodnia

– Po raz pierwszy od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości mamy wrażenie, że Polacy nie są z nami szczerzy. Wygląda na to, że gwałtownie zmieniacie swą politykę – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Krawczuk, pierwszy prezydent Ukrainy.

– Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – zastrzega jeden z najbardziej znanych polityków Europy Wschodniej Vytautas Landsbergis. – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.

Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą – mówi litewski politolog Vytautas Radżvilas

– Polska polityka wschodnia zmieniła się całkowicie. Wygląda na to, że nowa ekipa postanowiła zniszczyć to, co robili poprzednicy – dodaje znany ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz.

Piłsudski przewraca się w grobie

Kiedy rozmawia się z intelektualistami ukraińskimi, można usłyszeć, że „Piłsudski przewraca się w grobie”, bo Polska przestała rozumieć, że jej racja stanu wymaga wolnej, silnej Ukrainy. Analitycy polityczni mówią, że rezygnujemy z ambicji regionalnego lidera. Polityka zagraniczna nowego polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Donald Tusk w ciągu 100 dni swych rządów zdążył być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie. Wniosek płynie jeden – w polskiej dyplomacji ciągłość nie obowiązuje. Nowa ekipa potrafi być nieprzewidywalna.

— Nie ma znaczenia, kiedy dojdzie do spotkania premierów Polski i Ukrainy, bo w końcu do niego dojdzie. Nie jest ważne, czy Donald Tusk pojedzie do Kijowa, czy premier Tymoszenko – do Warszawy — tłumaczy poseł PO, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Krzysztof Lisek. — Staramy się rozwiać niepokój naszych wschodnich partnerów, że w polskiej polityce zagranicznej dzieje się coś złego. Długo rozmawiałem na ten temat z doradcę prezydenta Litwy. A dlaczego Litwini czują niepokój? Nie wiem. Może to wpływ publikacji prasowych.

Mniej lub bardziej oficjalnie z Kancelarii Premiera Tuska płyną sygnały, że polityka polityka wschodnia – zwłaszcza wobec Ukrainy – ma być oparta na racjonalnych przesłankach. Skrupulatnie sprawdzimy, co dostaliśmy od Ukrainy za wspieranie jej aspiracji proeuropejskich. Policzymy, czy Ukraińcy nie chcą od nas za dużo. I – jak powiedział dziennikarzom jeden z liderów Platformy Obywatelskiej – „nie damy się szantażować Giedroyciem”, czyli przekonaniem, że Polacy i tak muszą wspierać wolną Ukrainę, bo wymaga tego nasza racja stanu.

W teorię, że nowy rząd mógłby myśleć o polityce z Ukrainą w kategorii symetrii i kierować się doraźnym rachunkiem politycznym, trudno uwierzyć byłemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego mediację w czasie pomarańczowej rewolucji Ukraińcy wspominają do dziś. – Wielkie strategie są budowane przez wielkich polityków, a nie sklepikarzy, którzy liczą każdy grosz, żeby bilans się im zgadzał – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. – Powiem szczerze: ciągle powinniśmy dawać więcej niż brać, bo gramy o dużą stawkę.

Polacy nie lubią czekistów

Kiedy pytam Vytautasa Landsbergisa, co premier Polski mógł uzyskać, składając wizytę na Kremlu, zapada milczenie. – Nic, właściwie nic. I nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów – mówi w końcu pierwszy przywódca niepodległej Litwy.

Fakt, że Donald Tusk pojechał do Moskwy, nie wzbudził emocji u naszych wschodnich sąsiadów. Pojawiły się wprawdzie głosy krytyczne, ale w końcu wizyta polskiego premiera była wewnętrzną sprawą Polski. Jednak sugestia, że premier Tusk mógł dokonać przełomu w stosunkach z Rosją, spotyka się ze sceptycyzmem. Politycy i analitycy są skłonni najwyżej przyznać, że mógł wysłać sygnał pod adresem Brukseli. – Polacy chcą ułożyć sobie sobie stosunki z Rosją – powtarzają, dodając jednak, że ten sygnał mógł zostać na Kremlu niewłaściwie zinterpretowany. Bo polityczne gry z Rosją to zajęcie tylko dla doświadczonych graczy.

– Kreml stosuje zasady obowiązujące w rosyjskich łagrach. Kiedy pojawia się ktoś nowy, stara się go zaskoczyć, sprawdza, gdzie jest jego słaby punkt. Jeśli ten ktoś się cofnie, okaże słabość, to już przegrał – tłumaczy Audrius Baculis, komentator opiniotwórczego tygodnika „Veidas”.

Rosja poważnie traktuje jedynie twardych polityków. Taką opinię – dla jednych oczywistą, dla drugich obrazoburczą – warto wziąć pod uwagę, zważywszy, że wygłasza ją Vytautas Landsbergis, który latami kreował stosunki swego kraju z wielkim wschodnim sąsiadem i nie ugiął się pod jego presją. – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – mówi Landsbergis i z pewną przekorą dodaje: – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?

Być jak Jarosław

– Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Mam wrażenie, że ta prawda do Polski nie dociera: znaczna część litewskich elit jest zachwycona braćmi Kaczyńskimi – mówi politolog z Litewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Vytautas Radżvilas. – Zdajemy sobie też sprawę, że za swą twardą politykę międzynarodową Kaczyńscy płacili wysoką cenę osobistą i moralną.

Kiedy tydzień temu w 80. rocznicę odzyskania przez Litwę niepodległości odbyła się w Wilnie międzynarodowa konferencja historyczna pod patronatem prezydenta Valdasa Adamkusa, jej polscy uczestnicy ze zdumieniem słuchali entuzjastycznych opinii o „charyzmatycznych Kaczyńskich”.

– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.

W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.

Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.

Partnerstwo strategiczne? Niekoniecznie

W rozluźnionej atmosferze towarzyszącej nieoficjalnej wizycie w Wilnie jeden z liderów Platformy udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi. – Partnerstwo strategiczne z Litwą? Ja nigdy takiego terminu nie używałem – mówił, tłumacząc, że „nie można budować Unii w Unii albo NATO w NATO”, a „starą polską chorobą jest, że najpierw się mówi hop, a potem skacze”.

Kilka godzin później, w popłochu, postarał się o wycofanie wypowiedzi. Gdyby wywiad opublikowano w całości, z pewnością wybuchłby skandal. W najlepszym wypadku litewskie elity uznałyby to za dowód niekompetencji polskiego polityka.

– Dlaczego Litwa sprzedała Orlenowi pakiet kontrolny w rafinerii w Możejkach? Właśnie dlatego, że jesteście naszym partnerem strategicznym. Ostateczna decyzja zapadła po telefonie prezydenta Kaczyńskiego do naszego prezydenta, gdy zrozumieliśmy, że Polsce naprawdę na tym zależy – wspomina jeden z litewskich polityków, który z bliska obserwował negocjacje.

Gdyby Litwini doszli teraz do wniosku, że Polska prowadzi nieszczerą grę, polskie inwestycje stanęłyby pod znakiem zapytania. – Orlen chce kupić całość akcji rafinerii. Na Litwie jest już wystarczająco duży polski kapitał, by nasz rząd się na to nie zgodził – tłumaczy jeden z litewskich polityków. – Kaczyńscy napełnili pojęcie „partnerstwo strategiczne” prawdziwą treścią. Jeśli jednak coś się zmieni w naszych relacjach lub Polska wycofa się ze wspólnych projektów energetycznych, możecie nie mieć złudzeń, że polscy inwestorzy coś u nas osiągną.

Rozwiane złudzenia

Kiedy rozmawia się z ukraińskimi politykami i intelektualistami, trudno się oprzeć wrażeniu, że im przyjaźniej traktowali dotąd Polskę, tym bardziej czują się rozgoryczeni. – Psychologicznie staram się zrozumieć, dlaczego nowa polska ekipa tak wywróciła całą wschodnią politykę. I doszedłem do wniosku, że zrobiła to, by się różnić od poprzedników. Tak dziecinnie, na złość, nie oglądając się na skutki – mówi literacką polszczyzną znany pisarz Jurij Andruchowycz. – I chciałbym, by było jasne: wszyscy moi znajomi w Polsce głosowali na PO. Ja też myślałem, że dla Polski i dla Ukrainy to najlepszy wybór. Młodzi liberalni politycy, zamiast konserwatywnych nacjonalistów, jak pisały o Kaczyńskich zachodnie gazety. Dziś gorzko tego żałuję.

O swoim rozczarowaniu mówi również lwowski publicysta piszący na tematy polsko-ukraińskie Anton Borkowski. Uważa, że nowy rząd trwoni kapitał zaufania do Polski, jaki przez lata wypracowali jego poprzednicy, i zdążył już podważyć polską rację stanu. – Aksjomatem polskiej polityki wschodniej od czasu Piłsudskiego było to, że trzeba wzmacniać mocną, suwerenną Ukrainę, bo wymaga tego wasz interes narodowy – mówi Borkowski. – Piłsudski przewraca się dziś w grobie. A ja, antykomunista, powiem otwarcie – postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który według wielu Ukraińców zadecydował o zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, rozumiał sprawy, których nie może pojąć były opozycjonista z Gdańska.

Nieodrobione lekcje

Polityka Polski wobec Ukrainy nie jest przedmiotem debaty w tym kraju. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że uwaga Ukraińców koncentruje się na innych sprawach niż publiczne rozważanie, dlaczego właściwie premier Tusk nie znalazł czasu na wizytę w Kijowie. – Polska przestaje być u nas widoczna. Niedługo wszyscy do tego przywykną, zapomną, że było inaczej – przyznaje politolog Myroslaw Popowycz.

– Nie wpadam w panikę, nie mówię, że już stało się nieszczęście. Ale jeśli premier Tusk nie odrobi tego zadania, jakim jest poznanie liderów ukraińskich i sam nie da się poznać ukraińskiej opinii publicznej, będzie to miało fatalne skutki dla Polski – uważa Aleksander Kwaśniewski. – Tracimy kompetencje, za które nas ceniono. Bo dla świata jesteśmy wiarygodni nie jako mediator w kwestii serbsko-kosowskiej, ale jako ekspert od Ukrainy.

Kiedy Kwaśniewski był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki. Kompetencje w kwestii Gruzji zdobył prezydent Lech Kaczyński. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.

Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.

– Jeśli nowa polska ekipa odsuwa się od robienia polityki wschodniej, to znaczy, że ma prowincjonalne kompleksy – mówi jeden z czołowych analityków ukraińskich. – Bo co tak naprawdę znaczycie dla Rosji? Kiedy Putin rozmawia z Tuskiem, ani przez moment nie myśli, że polski premier jest dla niego partnerem. Putin ma władzę absolutną w imperium, a gdy ją odda, będzie i tak potężny jako multimiliarder. Polski polityk liczy się tylko wtedy, gdy ma wizję i umie podjąć wielką strategiczną grę, której stawką jest przyszłość Ukrainy.

Źródło : Rzeczpospolita