poniedziałek, 10 marca 2008

Ukryty grzech Kościoła

Roman Daszczyński, Paweł Wiejas
2008-03-09, ostatnia aktualizacja 2008-03-10 15:48

Zobacz powiększenie
Ojciec Marcin Mogielski: - Gdy zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych przez ks. Andrzeja, sam stałem się celem ataku
Fot. Albert Zawada

Wiedziało o tym wielu księży, trzech biskupów. Latami straszna prawda nie mogła zostać ujawniona - reportaż o tym jak kościół katolicki ukrywał aferę pedofilską w Szczecinie w poniedziałek w Gazecie Wyborczej (dodatek Duży Format).

Zobacz powiekszenie
Fot. Cezary Aszkiełowicz
Abp Marian Przykucki miał nadać sprawie właściwy bieg. Usunął ks. Andrzeja z ogniska, ale potem go awansował
Zobacz powiekszenie
Fot. Waldemar Kompała
Bp Stanisław Stefanek: - Mamy tu do czynienia z czarną niewdzięcznością, która dotknęła człowieka niewinnego
Zobacz powiekszenie
Fot. Waldemar Kompała
Abp Zygmunt Kamiński: - Ksiądz Andrzej został potwornie oczerniony. Musi żyć od kilkunastu lat jako winny-niewinny
Zobacz powiekszenie
Fot. Albert Zawada
Reportaż 'Ukryty grzech kościoła' 10 marca w Gazecie Wyborczej
Ksiądz Andrzej, dyrektor ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie, obwiniany o pedofilię. Ludzie, którzy domagali się ustalenia prawdy, przez 13 lat słyszeli: nie działajcie na szkodę Kościoła.

"Przyszedłem do ogniska w 1992 r. Miałem 15 lat. Ks. Andrzej zaprosił mnie do pokoju. Zaczął mnie obmacywać, dotykać po genitaliach, nakłaniał, żebym ja też go dotykał (nie zrobiłem tego, leżałem bezsilnie). Doprowadził mnie do orgazmu. Kiedy wstałem, kazał siebie uderzyć, bo mnie skrzywdził". To jedno z wyznań podopiecznych Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie. Sprawcą wykorzystywania miał być ks. Andrzej, założyciel i wtedy dyrektor ogniska. Chłopcy zwierzyli się wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali bp. Stanisława Stefanka, któremu podlegała oświata w archidiecezji. Nie uznał ich relacji za wiarygodne. Nie porozmawiał z żadnym z chłopców.



- Nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa - mówi nam bp Stefanek, dziś ordynariusz łomżyński. Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich zwierzchnik Stefanka abp Marian Przykucki. - Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników.

Wychowanek ogniska: Umarło mi pół duszy

Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać. Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r. powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej kierował Liceum Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół Katolickich. Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je obecnemu arcybiskupowi szczecińsko-kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu. Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r. Mówi nam, że naciskał na to senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO).

Ks. Andrzej: - W życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad diecezjalnym szkolnictwem.

Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w rozdzierający sposób. Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w połowie roku.

Ojciec Mogielski: Nikt nie chciał słuchać ofiar

- Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w 2003 r. spisałem świadectwa wykorzystywania seksualnego wychowanków Ogniska św. Brata Alberta. Zrobiłem to, by przedstawić je abp. Kamińskiemu, metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu. Nie miałem wątpliwości, że postępuję słusznie. Dlaczego? Odpowiem tak jak arcybiskupowi, który pytał, jakim prawem prowadzę śledztwo w jego diecezji: prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii. Od 1991 r. ognisko miało nieść pomoc młodzieży z rodzin patologicznych. Dla wielu młodych miało stać się namiastką domu. Obiecałem im, że doprowadzę sprawę do końca.

Ten, kto nigdy nie został zbrukany, może mieć tylko mętne pojęcie o takim dramacie. Ale ja zbrukany zostałem. Miałem 18 lat. Czułem wstyd i upokorzenie. Odrazę do samego siebie, do swojego ciała, tak jakbym to ja zrobił coś złego. Dlatego nie byłem w stanie włączyć się od początku w pomoc chłopcom z ogniska. Nie byłem gotów stanąć przed nimi i wysłuchać opowieści o koszmarach, których i ja doświadczyłem. Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych, szybko stałem się celem ataku. Użyto wiedzy, że byłem wykorzystany seksualnie.



Jestem duszpasterzem akademickim w Warszawie. Nie wiem, jak moje wyznanie przyjmą ludzie, którym niosę Słowo Boże. Wybaczcie. Musiałem to wszystko powiedzieć, bo w tak dramatycznych sytuacjach porządny człowiek nie może udawać, że nic się nie stało. I nie ma tu nic do rzeczy wiara, pozycja, zasługi dla Kościoła, dla społeczeństwa. Wystarczy ludzki odruch - pochyl się nad cierpieniem.

Wierzyłem, że abp Kamiński wszystko wyjaśni. Przed nim zadania nie podjął jego poprzednik - abp Przykucki i bp Stefanek. Nikt nie chciał słuchać ofiar, nikt nie próbował im pomóc. A ludziom, którzy dążyli do wyjaśnienia sprawy, powtarzano: nie działajcie na szkodę Kościoła - mówi Gazecie Wyborczej dominikanin Marcin Mogielski.

Reportaż o strasznej historii ze Szczecina w poniedziałek w Gazecie Wyborczej.

***

Jeżeli znacie inne historie zamiatane przez Kościół pod dywan, piszcie do nas: grzechwkosciele@gazeta.pl

Ameryka gra o tarczę, Polska gra na czas

Bartosz Węglarczyk
2008-03-10, ostatnia aktualizacja 2008-03-10 15:34

Zobacz powiększenie
Wyrzutnie rakiet Patriot, o które stara się Polska. Zdjęcie z 2006 roku przedstawia ćwiczenia armii Tajwanu
Fot. AP

Amerykanie są gotowi przekazać Polsce wyrzutnie rakiet Patriot. Ale nie w takiej liczbie, jak chciałaby tego Warszawa - dowiedziała się "Gazeta"

ZOBACZ TAKŻE
POSŁUCHAJ


Tarcza na pewno będzie jednym z tematów dzisiejszego spotkania premiera Donalda Tuska z prezydentem Bushem w Białym Domu. O żadnym przełomie nie ma jednak mowy, mimo że negocjacje posuwają się naprzód.

Według naszych informatorów przekazana przez Amerykanów w ubiegłym tygodniu propozycja pomocy w modernizacji polskiej armii nie spełnia polskich oczekiwań. Amerykanie w prywatnych rozmowach powtarzają jednak, że to propozycja ostateczna.

W amerykańskim dokumencie znalazła się propozycja przekazania Polakom wyrzutni Patriot, czego domagali się polscy politycy. Według jednego źródła "chodzi o więcej niż jedna wyrzutnia i o około 100 rakiet", według innego "chodzi nie więcej niż o kilka wyrzutni i sporo więcej niż sto rakiet".

Amerykanie zaproponowali również, że przeszkolą za darmo załogi owych wyrzutni. Koszt nie jest znany, ale niedawno Holendrzy za 128 rakiet Patriot, wyrzutnie i trening zapłacili 515 mln dolarów.

Polacy uznali też za mało wiarygodną amerykańską analizę zysków ekonomicznych, które miałyby płynąć z budowy tarczy. Pisaliśmy już wcześniej, że Amerykanie ocenili całość inwestycji w Polsce na 2 mld dolarów w ciągu 10 lat. Teraz wiemy, że według Amerykanów 600-700 mln dolarów z tej kwoty miałoby trafić w ciągu pięciu lat do firm polskich wykonujących rozmaite prace przy budowie bazy.

Tusk spotyka się z Bushem nie tylko znając te dane, ale mając świadomość, że koordynacja działań Polski i Czech w sprawie tarczy jest - jak twierdzą nasi rozmówcy - fikcją. Czesi zamknęli już polityczne negocjacje w sprawie budowy stanowiącego część tarczy radaru. - Ten radar powstanie tak czy inaczej - usłyszeliśmy w jednym z krajów NATO. - Albo będzie częścią tarczy amerykańskiej, ale będzie służyć członkom NATO, którzy chcą móc przyglądać się temu, co dzieje się w Iranie.

Czesi liczą, że z budową radaru poprawi się ich pozycja w Sojuszu. Są przekonani, że po raz pierwszy od wejścia do NATO będą mogli mówić, że Praga realnie zwiększa jego potencjał.

Amerykańscy negocjatorzy są podzieleni co do tego, jak dalej prowadzić rozmowy z Polską. Część z nich - tłumaczył nam wczoraj pracownik Kongresu USA, który śledzi przebieg negocjacji - uważa, że polski rząd już podjął decyzję o odrzuceniu tarczy, a teraz jedynie przeciąga rozmowy.

- Tusk wie, że odrzucając tarczę nabija sobie punkty w oczach niechętnej projektowi opinii publicznej w Polsce - tak myślenie tej grupy tłumaczy nasz rozmówca. - Premier zdaniem tej części negocjatorów zaufał argumentom znanego politologa prof. Romana Kuźniara, który jest najgłośniejszym w Polsce przeciwnikiem tarczy.

Zdaniem Kuźniara tarcza jest złym pomysłem i Polska nie powinna brać w niej udziału. Ponieważ jednak zależy nam na sojuszu z USA - uważa prof. Kuźniar - powinniśmy przeciągać negocjacje do czasu objęcia władzy przez nowego prezydenta USA, czyli do przyszłego roku. Kolejny prezydent albo bowiem przebije obecną ofertę amerykańską, albo zrezygnuje z budowy tarczy.

Spora część amerykańskich negocjatorów nie rozumie jednak, o co chodzi polskiemu rządowi. - Pamiętam taką sytuację, gdy po kolejnej dziwnej wypowiedzi polityka PO o tarczy eksperci z Pentagonu, Departamentu Stanu i Kongresu USA rozpaczliwie wymieniali się SMS-ami próbując ustalić, czy mówił on w imieniu własnym, partii czy rządu - opowiada nasz rozmówca. - Po kilku godzinach poddali się, bo z Warszawy dochodziły w tej sprawie kompletnie sprzeczne sygnały.

Zwłaszcza w Kongresie USA panuje przekonanie, że polski rząd jest podzielony w sprawie tarczy, a sprzeczne sygnały są tego dowodem. - Rano słyszę z Pentagonu, że sprawa jest w zasadzie załatwiona, a po południu, że tarczy w Polsce nie będzie - narzeka ekspert z Kapitolu.

Bez względu jednak na to, co naprawdę myśli premier, tarczy w Polsce może nie być, jeśli nasze negocjacje z USA przeciągną się poza kwietniowy szczyt Sojuszu. A tego właśnie spodziewają się już wszyscy i w Waszyngtonie, i w Warszawie.

- Jeśli negocjacje z Warszawą nie zakończą się do wiosny, Kongres zabierze pieniądze na budowę bazy w Polsce - usłyszeliśmy z dwóch źródeł. - To ma mniej wspólnego z samą tarczą, a więcej z naszym procesem budżetowym i z tym, że w USA toczy się kampania prezydencka, a każdy dolar w budżecie służy do walki wyborczej.

Następny prezydent USA, ktokolwiek nim będzie, nie zrezygnuje z budowy tarczy, a co najwyżej ją ograniczy - tego są pewni wszyscy nasi rozmówcy i republikańscy, i demokratyczni. Pentagon niemal na pewno zaproponuje nowemu prezydentowi rezygnację z budowy tarczy w Europie, a zamiast tego skoncentruje się na tańszej rozbudowie części tarczy w innych miejscach, m.in. w Wielkiej Brytanii, Izraelu i Japonii, oraz na okrętach i - jeśli prezydentem zostanie republikanin - także w kosmosie.



niedziela, 9 marca 2008

Bush zawetował ustawę przeciw torturom

tan, gazeta.pl
2008-03-08, ostatnia aktualizacja 37 minut temu

Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush zawetował ustawę, która zakazywała CIA korzystania z metod przesłuchiwania takich jak "water-boarding"; czyli tortur. Według niego "odbiera ona jedną z najcenniejszych metod w wojnie z terroryzmem".

Zobacz powiekszenie
Fot. LARRY DOWNING REUTERS Zobacz powiekszenie
Fot. AP
Szejk Mohammed, mózg ataku na WTC, został poddany waterboardingowi
Zobacz powiekszenie
Fot. Manuel Balce Ceneta AP
Inscenizacja Water-boardingu w trakcie protestu przeciw tej metodzie pod Departamentem Sprawiedliwości w Waszyngtonie. 5 listopada 2007.
Prezydent stwierdził, że CIA potrzebuje "wyspecjalizowanych metod przesłuchiwania", które wojsku nie są potrzebne. Water-boarding to symulowanie topienia więźnia poprzez wlewanie mu siłą wody do gardła, gdy jest on związany i ma opaskę na oczach. Ta metoda jest potępiana przez grupy ochrony praw człowieka i wiele państw świata, a od niedawna - także przez Senat i Kongres Stanów Zjednoczonych.

Przemawiając w cotygodniowym radiowym orędziu Bush nie wspomniał o samym water-boarding. - Ustawa, którą przesłano mi z Kongresu zakazuje nie tylko jednej, konkretnej metody, jak twierdzą niektórzy. Zamiast tego, eliminuje ona wszystkie alternatywne procedury, które stworzyliśmy do przesłuchiwania najbardziej niebezpiecznych i brutalnych terrorystów - powiedział prezydent Bush.

- To jest bardzo zły moment dla Kongresu na zakazywanie metod, które udowodniły swoją skuteczność w zapewnianiu Ameryce pokoju i bezpieczeństwa - dodał.

Minimalna przewaga z jaką udało się przegłosować ustawę uniemożliwia raczej Kongresowi (który kontrolują Demokraci) zebranie dość głosów na odrzucenie prezydenckiego weta.

George Bush wielokrotnie uprzedzał, że nawet jeśli Kongres przyjmie tę ustawę - on sam jej nie podpisze, a tym samym nie wejdzie ona w życie.

Przeciwko zawetowanej w sobotę ustawie głosował w Senacie nawet sen. John McCain, kandydat Republikanów na prezydenta, który dotychczas występował zawsze przeciw torturom. Uzasadniał swoją decyzję tym, że w pewnych sytuacjach CIA nie powinna mieć związanych rąk.

Znana oganizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch potępiła decyzję prezydenta. "Bush przejdzie do historii jako prezydent, który popiera tortury" - oświadczyła przedstawicielka HRW, Jennifer Daskal.

Water-boarding polityczną bronią

Kontrowersje wokół nie tyle samego stosowania tej metody, co kłamstw administracji Busha na ten temat, stały się w 2006 i 2007 roku jednym z najczęściej stawianych Republikanom przez Demokratów zarzutów w kampanii parlamentarnej. Wielokrotne zapewnienia administracji, a nawet samego prezydenta, że metoda ta nie jest stosowana, oraz unikanie słowa "torture" na jej określenie, budziły oburzenie w amerykańskich mediach. Mimo tego Republikanom udawało się zawsze wyjść cało z opresji, jak w przypadku kandydatury Michaela Mukaseya na ministra sprawiedliwości - ostatecznie został nim, mimo że water-boardingu za tortury nigdy nie uznał.

19 technik szoku

Ustawa zakazywałaby CIA 19 technik przesłuchiwania, które wymieniono w podręczniku amerykańskiej armii. Wśród nich jest nie tylko water-boarding, ale też między innymi deprywacja sensoryczna - czyli wprowadzenie przesłuchiwanego w stan absolutnego pozbawienia dostępu do czynników zewnętrznych poprzez założenie maski gazowej, gogli, rękawic i często stosowanie psychodelików. CIA niedawno publicznie przyznała się do zastosowania water-boarding, czemu bardzo długo zaprzeczano, na trzech osobach, w tym Chalidzie Mohammedzie, wysokiej rangi działaczu Al-Kaidy.