wtorek, 25 marca 2008

Proces za stan wojenny: Jaruzelski chce przesłuchać Gorbaczowa

Bogdan Wróblewski
2008-03-25, ostatnia aktualizacja 2008-03-24 20:30

Jutro sąd zdecyduje, czy będzie proces Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka i innych za stan wojenny. Czy też akta zwrócone zostaną śledczym z IPN.

Zobacz powiekszenie
Fot. Adam Kozak / AG
Gen. Czesław Kiszczak
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
13 grudnia 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Na ulicach pojawiły się czołgi, a trzy dni później podczas tłumienia strajku w kopalni Wujek zginęło 9 górników. Proces demokratyzacji został przerwany na wiele lat, przywódców opozycji, działaczy "Solidarności" internowano.

Spór historyków o przyczyny stanu wojennego trwa do dziś.

W 1996 r. sejm odmówił postawienia gen. Jaruzelskiego przed Trybunałem Stanu (głosami SLD i części PSL) - uznał, że działał on "w stanie wyższej konieczności" (w kontekście możliwej interwencji wojsk Układu Warszawskiego). W kwietniu 2007 r. pion śledczy IPN uznał przygotowania i wprowadzenie stanu wojennego za "zbrodnię komunistyczną". Oskarżył gen. Jaruzelskiego i osiem innych osób. Przywódca "Solidarności" Lech Wałęsa mówił wtedy, że chce, by generał miał uczciwy proces. - Walczyłem o państwo demokratyczne, które potrafi dokonać rozrachunku, ale nie porachunków z własną przeszłością - podkreślał.

Przywódcy świata na świadków?

Kolejna odsłona w warszawskim sądzie okręgowym. Na środę sędzia Ewa Jethon zwołała specjalne posiedzenie. Rozpozna wnioski o zwrot sprawy pionowi śledczemu IPN w Katowicach, by uzupełnił śledztwo. Złożyli je gen. Jaruzelski i Stanisław Kania, b. I sekretarz KC PZPR. Wcześniej uzupełnienia śledztwa domagali się także inni oskarżeni.

Gen. Jaruzelski napisał do sądu: "Stan wojenny nawet obciążony formalno-prawnymi uchybieniami, dokuczliwymi społecznie rygorami oraz powodujący krzywdy ludzkie, nadużywaną przez niektóre ogniwa władzy represyjnością - w tym tragedią w kopalni Wujek - był jednakże mniejszym złem, wyższą koniecznością".

Jaruzelski chce przesłuchania światowych przywódców tego okresu: Michaiła Gorbaczowa - sekretarza KC KPZR, późniejszego prezydenta ZSRR, Aleksandra Haiga - sekretarza stanu USA za prezydentury Ronalda Reagana, Margaret Thatcher - premiera Wielkiej Brytanii, Helmuta Schmidta - kanclerza Niemiec.

A Stanisław Kania powołać na świadków chce np. Zbigniewa Brzezińskiego - doradcę ds. bezpieczeństwa prezydenta USA Jimmy'ego Cartera, czy Anatolija Gripkowa - szefa sztabu sił zbrojnych Układu Warszawskiego.

Autorzy stanu wojennego chcą też kompleksowej oceny stanu wojennego przez IPN. Domagają się analizy setek dokumentów: od stenogramów sejmowych, przez szyfrogramy służb wywiadu, po archiwa "Solidarności" i opracowania historyczne.

Jeszcze w śledztwie prokurator IPN Piotr Piątek z lakonicznym uzasadnieniem odrzucił wszystkie ich wnioski dowodowe. Napisał, że "stanowią polemikę z ustaleniami śledztwa", a okoliczności, na jakie mieliby być przesłuchiwani świadkowie, "mają charakter całkowicie uboczny". Chce on przesłuchać tylko 21 świadków - głównie wyższych dowódców wojskowych z lat 1981-82 i urzędników Rady Państwa (pierwszy na liście był nieżyjący już Ryszard Reiff, który nie podpisał dekretów o stanie wojennym).

Zdaniem oskarżonych naruszył ich prawo do obrony.

Wojskowi i politycy w związku zbrojnym?

Pion śledczy IPN przyjął kontrowersyjną - zdaniem prawników - koncepcję. Twierdzi, że autorzy stanu wojennego założyli zbrojny związek, którego celem było popełnianie przestępstw (bezprawne internowania i wyroki, delegalizacja NSZZ "S"). Taki zarzut - związku zbrojnego - stawiano dotąd gangsterom, nie politykom.

I tak gen. Jaruzelski ma odpowiadać za kierowanie "związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym mającym na celu popełnianie przestępstw". Bo według IPN od 27 marca do 12 grudnia 1981 r. Jaruzelski miał nadzorować przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego, a 12 grudnia nakłaniać członków Rady Państwa do uchwalenia dekretów o stanie wojennym. A następnie - do 31 grudnia 1982 - egzekwować wykonanie nielegalnie wydanych dekretów.

Prof. Andrzej Gaberle tę konstrukcję prawną IPN nazwał "karkołomną" i zwracał uwagę, że trudno uznać, iż w definicji "związku zbrojnego" mieści się "posłużenie się np. siłami zbrojnymi państwa czy sądami". To także powód, dla którego oskarżeni domagają się zwrotu sprawy do śledztwa. Stanisław Kania: - To zarzut wirtualny, zmyślony. Prokurator nie przytoczył żadnych dowodów na istnienie takiego związku. Po co go było tworzyć, skoro siły zbrojne w państwie formalnie podlegały szefowi MON?

Przypomnijmy, że przed sądem stanąć mają: • Jaruzelski, ówczesny premier, szef MON i I sekretarz KC PZPR; • Tadeusz Tuczapski, wiceszef MON i sekretarz Komitetu Obrony Kraju; • Florian Siwicki, wiceszef MON i szef sztabu generalnego WP; • Czesław Kiszczak, szef MSW oraz Wojskowych Służb Wewnętrznych; • Kania, I sekretarz KC PZPR do 18 października 1981 r.

To im prokurator IPN zarzuca udział w "związku zbrojnym". Ławę oskarżonych uzupełnia dwoje żyjących członków Rady Państwa (Emil Kołodziej, Eugenia Kempara), która formalnie wprowadziła stan wojenny, choć mógł to zrobić tylko sejm. A także wiceminister sprawiedliwości Tadeusz Skóra, który zapewniał Radę o legalności dekretów stanu wojennego. Trzy ostatnie osoby odpowiadają za przekroczenie uprawnień.

W Tybecie zginęło ok. 140 osób

mar, PAP
2008-03-25, ostatnia aktualizacja 2008-03-25 08:43

Liczba ofiar śmiertelnych protestów i rozruchów trwających w Tybecie od ponad dwóch tygodni sięga już 140 osób - poinformował światowe agencje premier tybetańskiego rządu na uchodźstwie, mający swą siedzibę w indyjskim mieście Dharamśala.

Zobacz powiekszenie
Fot. Greg Baker AP
Jedna z tybetańskich wiosek na granicy
ZOBACZ TAKŻE
- Bilans wynosi około 140 zabitych. Jest to bilans na poniedziałek wieczór i obejmuje cały Tybet - powiedział premier Samdhong Rinpocze w Dharamśali, gdzie mieszka dalajlama, przywódca duchowy Tybetańczyków.

- Bardzo trudno uzyskać szczegóły odnośnie okoliczności śmierci z powodu restrykcji nałożonych przez władze chińskie. Ponieważ demonstracje nadal rozprzestrzeniają się na inne rejony w Tybecie, liczba ludzi, którzy zginęli w wyniku brutalnego stłumienia przez armię i policję podczas pokojowych demonstracji, jest zdumiewająca - czytamy w oświadczeniu tybetańskiego rządu na wygnaniu.

Chiny: Zginął policjant, jest kilku rannych

Równocześnie oficjalna chińska agencja prasowa Xinhua poinformowała, że w zamieszkach trwających w prowincji Syczuan na zachodzie Chin zabity został policjant, a kilka innych osób zostało rannych.

Według oficjalnych źródeł w Pekinie do tej pory w zamieszkach zginęło 19 osób, w tym 18 "niewinnych" cywili i policjant - podała AFP.

Associated Press, powołując się na chińskie źródła, pisze o 22 ofiarach śmiertelnych.

Tymczasem miejscowa gazeta "Dziennik Tybetański" poinformowała we wtorek, że regionalne władze tybetańskie aresztowały 13 osób za udział w akcjach protestacyjnych oraz wznoszenie "reakcyjnych" haseł i transparentów podczas akcji protestacyjnych 10 marca w stolicy Tybetu Lhasie.

W artykule podano, że aresztowana trzynastka znajdowała się w tłumie uczestniczącym w demonstracji w pobliżu położonego w Lhasie jednego z głównych tybetańskich klasztorów buddyjskich. Demonstracja ta poprzedziła o kilka dni zamieszki w Lhasie i okolicy, w trakcie których - według informacji oficjalnych władz - poniosło śmierć 19 osób.

Strachy na Lachy

Dominik Uhlig
2008-03-25, ostatnia aktualizacja 29 minut temu

Sondaż "Gazety". Nie boimy się, że traktat lizboński doprowadzi do przejęcia ziem zachodnich przez Niemców czy do legalizacji w Polsce małżeństw homoseksualnych.

Zobacz powiekszenie
Kadr z orędzia pokazujący Angelę Merkel razem z Eriką Steinbach
Zobacz powiekszenie
Zobacz powiekszenie
Kadr z orędzia prezydenta pokazujący ślub homoseksualistów. Brendan Fey stoi z lewej.
 0,05MB
0,05MB
65 proc. Polaków jest za przyjęciem traktatu lizbońskiego reformującego Unię Europejską. Przeciw - tylko 15 proc.; 19 proc. nie ma zdania.

Sondaż przeprowadziła dla "Gazety" pracownia PBS DGA. Trzy dni po wyreżyserowanym przez Jacka Kurskiego telewizyjnym wystąpieniu prezydenta zapytaliśmy też o wygłoszone przez niego tezy.

Lech Kaczyński powiedział 17 marca, że "nie wszystko w Unii musi być dobre dla Polski". - Niektóre zapisy tzw. Karty Praw Podstawowych mogą uruchomić liczne wnioski Niemców przeciwko obywatelom polskim o odzyskanie własności lub przyznanie odszkodowania za mienie pozostawione na ziemiach północnych i zachodnich, które po II wojnie światowej przypadło Polsce - mówił.

Orędzie prezydenta ilustrowały migawki filmowe niemieckiej kanclerz Angeli Merkel "w komitywie" z szefową Związku Wypędzonych Eriką Steinbach. I mapa Wielkich Niemiec obejmujących zaznaczone na czarno zachodnie ziemie Polski i dawne Prusy Wschodnie.

Polacy na ten socjotechniczny zabieg nabrać się nie dali. W naszym sondażu 64 proc. pytanych jest zdania, że ratyfikacja traktatu nie doprowadzi do przejęcia przez Niemców ziem zachodnich. Takie zagrożenie widzi 21 proc.

Prezydent przekonywał też: - Przepis Karty Praw Podstawowych poprzez brak jasnej definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety może godzić w powszechnie przyjęty w Polsce porządek moralny i zmusić nasz kraj do wprowadzenia instytucji sprzecznych z moralnymi przekonaniami zdecydowanej większości społeczeństwa.

Tu także Polacy się nie zgadzają. Tylko 19 proc. ocenia, że traktat doprowadzi w Polsce do legalizacji małżeństw homoseksualnych. Aż 69 proc. uważa, że nie.

Młodsi i lepiej wykształceni za ratyfikacją

Liczba zwolenników traktatu rośnie wraz ze wzrostem wykształcenia respondentów. Chce jej 55 proc. osób z wykształceniem podstawowym, 59 - z zawodowym, 70 - ze średnim i aż 82 proc. z wyższym.

Najmniej zwolenników ratyfikacji jest wśród Polaków po 60. roku życia (63 proc.), najwięcej w grupie 25-39 lat (67 proc.). Ale - co warto zauważyć - wśród Polaków po sześćdziesiątce jest najwięcej osób, które są "zdecydowanie za przyjęciem traktatu" (45 proc.).

Jak poparcie dla traktatu wygląda wśród zwolenników różnych partii? Za jego przyjęciem jest 93 proc. wyborców LiD; 81 proc. - PO; 78 proc. - PSL; 41 proc. - PiS. Właśnie w elektoracie PiS największa jest grupa wahających się - co czwarty zwolennik partii Jarosława Kaczyńskiego nie wie, czy poprzeć traktat.

Nie ułatwia im decyzji postawa prezydenta. Lech Kaczyński w orędziu twardo krytykował traktat. Później sugerował, że może go nie podpisać, jeśli nie spodoba mu się ustawa ratyfikacyjna Sejmu. Ale w dniu, w którym robiliśmy sondaż, zapewnił, że jest za przyjęciem wynegocjowanego przez siebie dokumentu. I "nie wyobraża sobie, żeby przez Polskę traktat upadł". Sądzi, że sprawa zostanie załatwiona do końca kwietnia.

Tylko 32 proc. badanych wierzy, że prezydent jest za traktatem; 44 proc. ocenia, że nie chce jego ratyfikacji. A 23 proc. nie potrafiło odczytać intencji prezydenta.

PBS DGA, 20 marca 2007, reprezentatywna próba losowa 500 dorosłych Polaków

Źródło: Gazeta Wyborcza