wtorek, 17 lipca 2012

Wyjazdy? "Honolulu, cały świat, co chcesz" - posada w ARR według taśm PSL [TREŚĆ NAGRANIA]



mar
16.07.2012 , aktualizacja: 16.07.2012 23:19
A A A Drukuj
Władysław Łukasik rozmawia z Władysławem SerafinemFot. za Gazetą WyborcząWładysław Łukasik rozmawia z Władysławem Serafinem
Powoływanie nowych, niepotrzebnych spółek i transferowanie do nich pieniędzy, wymyślanie kosztownych przedsięwzięć (np. budowy biurowca w Warszawie), zatrudnianie "słupów", wyjazdy na koszt podatnika... - takie zarzuty stawia związanym z Markiem Sawickim działaczom PSL b. szef Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik. - Traktują ARR jak folwark - mówi w rozmowie nagranej ukrytą kamerą. Co jest na "taśmach PSL"? Podsumujmy.
Rozmowa działaczy PSL Władysława Łukasika i Władysława Serafina, szefa kółek rolniczych, której nagranie dotarło m.in. do "Gazety Wyborczej", odbyła się około 4 stycznia. Łukasik, zwolniony pod koniec grudnia z funkcji szefa Agencji Rynku Rolnego, przychodzi do Serafina, by pożalić się na układy panujące w partii. Generalizując: na to, że on, który - w swoim mniemaniu - świetnie prowadził Agencję, został niespodziewanie zastąpiony przez Andrzeja Łuszczewskiego, człowieka ministra Marka Sawickiego. Łukasik mówi, że musiał odejść, bo nie pozwalał ludowcom na wykorzystywanie Agencji i podległych jej spółek do własnych interesów.



Łukasik przychodzi do Serafina, by opowiedzieć o swojej krzywdzie - a ten drugi skrupulatnie wypytuje go o różne osoby związane z ministrem Sawickim i tzw. grupą Balazsa. Łukasik żali się, że minister nie docenił jego ciężkiej i profesjonalnej pracy w ARR: - Zaskoczył mnie, to prawda. Wszystkie rzeczy, które robiłem, idealnie wyszły, nad podziw dobrze. Ktokolwiek by nie kontrolował, czy z Brukseli, to ja mam wszędzie takie pochwały. 18 proc. funduszy na pomoce my bierzemy, konferencje jedne czy drugie. (...) Dużo robiłem dla Polski. A audyty? Ty wiesz, jakie ja mam audyty? "Nie wyznacza się terminu na usunięcie nieprawidłowości, bo żadnych nieprawidłowości nie ma".

Odwołany szef ARR skarży się też, że minister ("Byłem z nim na 'ty', ale przy obcych mówiłem 'pan'") do końca zwodził go, że jest zadowolony z jego osiągnięć i chce dalszej współpracy. Ostatniego roboczego dnia roku wezwał go jednak i powiadomił o jej zakończeniu. - Do mnie nie ma żadnych zarzutów. Nie może być. Proszę cię, jeślibyś gdzieś słyszał, że jest zarzut, daj szansę, żebym odpowiedział ja - mówi Łukasik.

Spór I: o Elewarr. "Śmietanko traktuje go jak swoją spółkę. Mecenas to słup"

Już na samym początku nagranej rozmowy Łukasik zastrzega, że powodem jego zwolnienia nie była "sprawa z Białegostoku". O co w niej chodzi? Prokuratura zarzuca Łukasikowi przekroczenie uprawnień ws. zatrudnienia osób w białostockim oddziale ARR. Chodzi m.in. o byłego ucznia ministra Sawickiego. Śledczy badają też, czy sam minister wpływał w tej sprawie na szefów ARR. - Pół milimetra tam nie zawiniłem - mówi Serafinowi Łukasik.

Wg Łukasika były dwa powody usunięcia go z ARR: konflikt z dyrektorem generalnym państwowej spółki Elewarr oraz konflikt z działaczami PSL o fundusze promocji żywności.

Pierwszy powód to spór z Andrzejem Śmietanką, kolegą ministra Sawickiego i wiceszefem - ale wg Łukasika faktycznym szefem - należącej do ARR spółki Elewarr, powołanej do skupowania i przechowywania żywności. Łukasik mówi, że Śmietanko "co chwilę wymyślał jakieś pomysły", by uzyskać z Agencji więcej pieniędzy na swoje projekty. Co na to nominalny prezes Elewarru mecenas Bronisław Tomaszewski? Wg Łukasika nie miał nic do gadania, bo prawdziwym szefem firmy jest Śmietanko (w nagraniu: 02:35 - 03:45). - Śmietanko Elewarr traktuje jako swoją spółkę. Mecenas to słup. Ja nie chciałem się na to zgodzić, wymusili to na mnie. Chciałem, by Śmietanko był prezesem, a nie słupem. A w ten sposób ten słup wszystko mu firmuje, a on za nic nie odpowiada. On zawnioskował o 50 tys. wynagrodzenia miesięcznie, ja mu tego nie podpisałem, a ten słup podpisał. Gdy się dowiedziałem, spowodowałem, że do 30 tys. mu to obniżył.

Łukasik: Śmietanko załatwił "słupa", by sam mógł zarabiać 50 tys.

Łukasik mówi też o innych działaniach Śmietanki firmowanych przez "słupa", np. zwiększaniu jego korzyści z zysku Elewarru i korzystaniu z firmowych pieniędzy (10 mln na koncie spółki: "Śmietanko mówi, że to jego"). Przypomnijmy: mówimy o firmie powołanej do istnienia za publiczne pieniądze i teoretycznie kontrolowanej przez publiczną Agencję Rynku Rolnego.

Opowiadając o tym Serafinowi, Łukasik pokazuje artykuł z maja 2011 z miesięcznika "Farmer", w którym redaktor naczelny Radosław Iwański opisał, jak Śmietanko zmienił swą funkcję: z prezesa na dyrektora generalnego Elewarru. Serafin, który podczas całej rozmowy nie przebiera w słowach, jest zaskoczony, że b. rzecznik Łukasika napisał taki artykuł: - Kto to pisał, ten tłuścioch? On by się odważył? No tak, on jest naczelnym teraz. On wszystko wie! Czas płynie, może się zmienił...

"Honolulu, wszystkie wyjazdy, cały świat, co chcesz"

Łukasik, omawiając artykuł, wyjaśnia, że Śmietanko naruszył ustawę kominową, gdyż jego wynagrodzenie w Elewarr równe było dziewięciu średnim krajowym, a do tego dochodził udział w zysku oraz "nieograniczone koszty" pełnienia funkcji. Tego ostatniego przywileju zresztą, wg Łukasika, Śmietanko nadużywał: - Od Honolulu po wszystkie wyjazdy, cały świat, co chcesz. Nie wiadomo, co wszystko. Nieograniczona liczba. Jak coś, to refakturujesz jako usługi prawnicze czy coś, bo tam są podpięte, wiesz, kilka firm, jeszcze jest Zamość podległe i te w Łodzi Atlas, czy dowolna ilość.

"Słupa" Śmietanko miał wg Łukasika wymyślić, by móc więcej zarabiać - jego zarobki jako prezesa spółki ograniczała bowiem właśnie ustawa kominowa. Jako wiceszef, czyli dyr. generalny, nie ma już tego problemu, a zarobki wyznaczać mu może jego "słup, który sam zarabia mniej". - Wymyślił, że sobie wynagrodzenie praktycznie podwoi - i to w tajemnicy przede mną. Później zmienił sobie procent korzyści od zysku z 1 do 3 proc. - mówi Łukasik. (w nagraniu: 13:50)

"Jedzie z żoną. Jedzie z synem. Jedzie z córką. Wszystko na koszt Elewarru"

Były szef ARR oskarża też prezesa Elewarru o to, że spółkę powołaną za publiczne pieniądze i należącą do podatników traktuje jak swoją własność, a nawet więcej - że planuje jej prywatyzację, która byłaby de facto przejęciem: - On chce się tam okopać i uwłaszczyć. Tam w tej chwili jest około 80 mln na koncie. Spółka jest warta, nie wiem, ok. 150-160 mln (...). On de facto tak to chce prywatyzować, żeby to było jego, żeby to było nieodwołalne i wiecznie jego. Czyli każda ich koncepcja jest dobra, w którym to się staje jego.

- A skąd on weźmie miliony, żeby to kupić? - pyta niby naiwnie Serafin. - Ale on to tak chce prywatyzować, żeby to było jego, żeby nie kupować, żeby legalizować. W tej chwili on to uważa, że to jest jego, i tak to traktuje. Czyli jak coś, to usługa, faktura... na mnie. Na usługi prawne, na coś... Jest parę firm. Piszą i wszystkie koszty są dozwolone. A i tak non stop wraca z San Francisco, jedzie do Meksyku, z Meksyku. Wszystko na koszt Elewarru. Jedzie z żoną, jedzie z synem, jedzie z córką (...). Teraz ich najbliższy wyjazd to będzie chyba z San Diego przez Kanał Panamski do Miami - dwa tygodnie czy trzy. Często był w składzie delegacji ministra, ale to nie znaczy, że uczestniczył w jakichś punktach programowych. Tylko był w składzie. A na punkcie mógł trzeźwieć, mógł coś robić, mógł coś innego. Natomiast wszystko idzie po prostu bez najmniejszego umiaru - odpowiada Łukasik.

Łukasik dodaje też, że ani NIK, ani CBA nie interesują się układami w spółkach ARR. - To jest totalnie bezkarne, to ci mówię. Ja to trochę próbowałem hamować - kończy ten wątek. - Włos mi dęba staje na głowie, Władek - odpowiada Serafin (w nagraniu: ok. 24:00-25:00).

Banda Balazsa. "Traktują ARR jak swój folwark"

Działacze PSL komentują też inny artykuł z "Farmera" - o "układzie Balazsa": o tym, że PSL, by osłabić konkurencję polityczną, przejął dawnych działaczy SKL związanych z b. ministrem rolnictwa Balazsem, z których część jeszcze w wyborach w 2011 r. startowała z list PiS i PJN.
B. szef ARR oburza się, że minister nie przekazał jego stanowiska osobom bardziej kompetentnym, np. jednemu z prawników, tylko działaczowi z "układu Balazsa" Andrzejowi Łuszczewskiemu, który nie ma wyższego wykształcenia, a pełni funkcję "p.o. prezesa ARR". - On jest z SKL, od Balazsa. Tak jak tutaj piszą: Mielniczuk, Kabaciński... Oni wszyscy awansowali i rządzą. Traktują ARR jak swój folwark (w nagraniu: ok. 07:00).

Jak mówi Łukasik, już dzień po jego odwołaniu p.o. prezes Łuszczewski zrobił w Agencji rewolucję, awansując wszystkich "balazsowców" i robiąc wielkie przemeblowanie i wymianę gabinetów. - To nie całkiem legalnie, dlatego że w ustawie nie przewidziano czegoś takiego jak "p.o.". Premier powinien albo ogłosić konkurs, albo zmienić przepis. Ale wygodnie jest dla Śmietanki i tej bandy, żeby oni rządzili - podkreśla Łukasik.

Ze spółki córki do spółki wnuczki... "Interes zepsułem"

Łukasik opowiada też, że dyrektor Śmietanko latem 2011 przedstawił mu pomysł powołania za pośrednictwem Elewarru kolejnej spółki. Celem projektu miało być - według Łukasika - wyprowadzenie pieniędzy z Agencji. Nowa spółka miała kupować zboże w Mołdawii.

Na jej powołanie potrzebna była jednak zgoda prezesa ARR, a Łukasik oponował, bo koncepcja - jego zdaniem - była bez sensu: - Ja mu tu: (...) Na spółkę za granicą trzeba mieć jakieś przemyślane działania, jakieś dokumenty, co będziemy robić, jaki będzie zysk. Po co mam tworzyć spółkę? No, bo będziemy zboże kupować. Kurde, kupno zboża za państwowe pieniądze? Spółka wyposażona po to, żeby zboże sprowadzać do kraju? Nie bardzo to pasuje.

Dalej Łukasik opowiada, że Śmietanko - by uniknąć potrzeby posiadania jego zgody - próbował powołać spółkę w Mołdawii przy pomocy Arrtrans - spółki córki Elewarru z siedzibą w Łodzi. Jednak prawnik w ARR stwierdził, że i na to potrzebna byłaby zgoda prezesa Agencji.

Łukasik podkreśla przy tym, że firma Arrtrans, która ma 12 pracowników, posiada aż siedmioosobową radę nadzorczą, w skład której wchodzą osoby z kręgu Śmietanki, w tym m.in. Andrzej Łuszczewski, obecnie p.o. szef ARR oraz członek rady Elewarru. Każda z tych osób za zasiadanie w radzie otrzymuje miesięcznie dietę. Ile?

- Trzy tysiące albo i więcej, bo w tej chwili to nawet już nie wiem. I po prostu wziął ten, wziął też w tajemnicy, ja się po tym dowiedziałem. Rada nadzorcza Elewarru, czyli Łuszczewski, Groszek i tam jeszcze Śmietanko, Szczykutowicz, o i tam jeszcze znajomi od niego są. Sąsiad do tej rady - on takich pobrał w tajemnicy - pojechali do Mołdawii, tam była rada nadzorcza. Utworzyli przedstawicielstwo. (...) Natomiast samego kapitału nie wytransferowali. (...) Nie utworzyli tej spółki. Potem, za miesiąc, Śmietanko się wygadał, jaki interes popsułem. On chciał te kilka milionów, żeby ta spółka w Mołdawii powstała i natychmiast przeniosła do innej spółki jako wkład 20 procent w spółce, gdzie byłby Polski Cukier, Pol-Mot i jeszcze ktoś... - mówi Łukasik.

Sprawa wieżowca w Warszawie

Spółka Pol-Mot [dawniej państwowa spółka obsługująca w PRL-u kontrakty zagraniczne przemysłu motoryzacyjnego, później sprywatyzowana, obecnie zajmuje się m.in. budownictwem - red.], z którą Śmietanko - wg Łukasika - chciał robić interesy w Mołdawii, miała być wciągnięta w kolejny biznes dyrektora Elewarru, na który także nie było zgody ówczesnego prezesa ARR.

Chodziło o budowę w centrum Warszawy biurowca dla Elewarru. Spółka zapisała to nawet w swojej strategii rozwoju na ten rok. Kwota: 10 mln zł. Jak dodaje Łukasik (w nagraniu: ok.18:30-22:00)byłby to zbędny wydatek, bo Elewarrowi niepotrzebny jest biurowiec, a góra 300 m kw. powierzchni biurowej, ale Śmietanko - wg Łukasika - miał nadzieję "na budowę tej siedziby i na budowę własnej siedziby" oraz " jakiegoś małego elewatora, do 15 tys. ton na zachodzie Polski".

- Ale na wszystko musi być jeden generalny wykonawca. Czytaj: on nie powiedział wyraźnie, ale sądzę, że chodziło o Pol-Mot albo którąś spółkę Pol-Motu, bo Pol-Mot ma wielką strukturę. Więc sprawa jest taka, że on sam w tej chwili buduje dom. On buduje, ten Kluza, jego sąsiad buduje, wiceprezes ARiMR... Koło siebie budują trzy domy: taki Gołąb - bardzo ważna osoba w tym układzie - też buduje dom nad Zalewem Zegrzyńskim i - wiesz - im jest potrzebny generalny wykonawca... - mówi Łukasik.

Spór II: chcieli promować kuchnię polską. Za parę milionów

Kolejnym powodem, dla którego Łukasik musiał odejść, jest - wg niego - sprawa dotacji z funduszy promocji żywności ARR. Mężczyzna opowiada, że Maciej Sikora z Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych i Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi (b. działacz SKL), wpadli na pomysł, jak wykorzystać Euro 2012, by zdobyć pieniądze z agencyjnych dotacji.

- Ten Fundusz Sikorę użył jako słupa. Sikora jako Federacja składa na 6 mln z funduszy promocji pod hasłem "Na kuchnię polską w czasie Euro". Idzie to, Szczykutowicz to firmuje, ministerstwo ten... Ale podpisać wypłatę mam ja i potwierdzić, że jest to zgodne z ustawą, prawidłowe i legalne. Spojrzałem na to i mówię, że to, co oni złożyli i co najpierw w tych hasłach gadali, i teraz to, co chcą do wypłaty, to jest kompletnie co innego. Więc albo niech to wróci na te komisje zarządzające, albo niech chociaż poprawią czy wyjaśnią (...). Na komisjach mówili tak: oni dokładają, czyli ten Zagórski dokłada tyle samo co najmniej - opowiada w nagraniu były szef ARR.

Jego zdaniem pomysłodawcy przedsięwzięcia nie tylko zmienili projekt, na który chcieli wydać dotacje (zamiast promocji żywności wpisali we wniosku urządzenia mobilne, druk informatora o hotelach i przewodnika gastronomicznego), ale i wcześniej ustaloną kwotę. Według Łukasika zamiast planowanych trzech, chcieli 4,2 mln zł. Mieli za to m.in. wydrukować milion egzemplarzy przewodnika gastronomicznego po Polsce, pięć tysięcy egzemplarzy książki kucharskiej, stworzyć aplikacje mobilne dotyczących dań...

Korzeniowski podpowiada: Ale sponsorem jest McDonalds

Łukasik uważał, że nie ma podstawy prawnej do finansowania takich działań z funduszy promocji żywności: - Jaki to ma wpływ na promocję mięsa. W ustawie jest: promocja, tam jest promocja mięsa wieprzowego, promocja mięsa wołowego, tam drobiu i owoców, warzyw i muszą być działania promujące owoce i warzywa, mięso owcze czy końskie. No, jakie jest przełożenie pomiędzy tymi? Jak ja go o to zapytałem, jaki będzie tego dobór, on na to wszystko nie umiał odpowiedzieć, to narobili szum, że ja go blokuję.

Niestety, według Łukasika pomysłodawcy przewodnika zapomnieli też o wymogach UEFA dotyczących reklamy restauracji. Szefowi ARR musiał podpowiedzieć to... Robert Korzeniowski, sportowiec: - Ja spotkałem przy innej okazji tego Korzeniowskiego, z... tego biegacza. On jest w tej spółce Euro. On mówi: Co? McDonald's jest wybrany. Żadnej nazwy. Oni nie wpuszczą. Oficjalnie mnie ostrzegł, mówi, nigdy nie możecie żadnej nazwy użyć na Euro.

Nagranie z ukrytej kamery i co dalej?

W poniedziałek po południu, po ujawnieniu przez "Gazetę Wyborczą" i Puls Biznesu" nagrania rozmowy, CBA skierowało do Prokuratury Generalnej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa ws. sprawowania nadzoru właścicielskiego przez Agencję Rynku Rolnego nad podległymi jej spółkami. Szef PSL Waldemar Pawlak ściągnął z urlopu ministra rolnictwa Marka Sawickiego, a ten zlecił kontrolę w ARR. 


















niedziela, 15 lipca 2012

Seks (nie)małżeński

13 lip, 08:30 Tomasz Borejza / Onet
Kobieta z plemienia Mosuo
Kobieta z plemienia Mosuo
fot. Getty Images/FPM

Jedna kobieta i wielu mężów? Zdarza się. Jeden mężczyzna i kilka żon? O tym wiemy wszyscy. Bywa i tak - jak choćby u ludów Amazonii - że mężczyźni... dzielą się żonami i wierzą, że ojcem dziecka jest po trochę każdy z tych, którzy mieli stosunek z jego matką. Dziwne? Nie bardziej niż zwyczaj snochactwa, który był praktykowany w Polsce.

40-tysięczny lud Mosuo żyje w Chinach, tuż przy granicy z Tybetem. Uwagę przyciąga przede wszystkim ze względu na rzadko spotykaną rolę kobiet w strukturze społecznej oraz nietypowe zwyczaje seksualne. To pierwsze przejawia się w "domowym matriarchacie". Drugie widać w "przychodnim małżeństwie", które bywa klasyfikowane jako forma poliandrii. W rzeczywistości jednak trudno mówić o wielożeństwie, bo Mosuo nie praktykują ślubów.

Przychodnie małżeństwo

Ich życie koncentruje się wokół domu matki, w którym żyją, pracują i wychowują dzieci. Na ogół nie zakładają nowego gospodarstwa i nie przenoszą się do "własnego miejsca". Niezależnie od płci pozostają tam, gdzie się urodzili. Tak jest nawet wtedy, gdy znajdą stałego partnera. Kobieta pozostaje w swoim domu rodzinnym, a mężczyzna w swoim. Między innymi z tego względu mężczyźni ponoszą niewielką odpowiedzialność za własne potomstwo. Muszą za to zajmować się swoimi siostrzeńcami i siostrzenicami.

Dzieje się tak między innymi dlatego, że Mosuo zwykle nie tworzą nowych rodzin. Od tej zasady istnieją oczywiście wyjątki - jednym z nich jest przeludnienie. Gdy w ich rodzinnych domach pojawia się zbyt wiele dzieci muszą znaleźć dla siebie nowe miejsce. Podobnie jest, gdy w którymś z nich brakuje osób jednej płci. Wówczas partner lub partnerka (zależnie od istniejącej potrzeby) przenosi się do innego domu i staje członkiem tej drugiej rodziny. Są to jednak sytuacje wyjątkowe, a normą jest pozostawanie w domu, w którym się urodziło.

Ma to ogromny wpływ na damsko-męskie relacje, które opierają się na swobodnym wyborze partnerów i - co ważne - niewielkiej liczbie ograniczeń. "Standardowy" romans Mosuo przebiega mniej więcej tak, że chłopak zakochuje się w dziewczynie (lub ona w nim), zaczyna okazywać jej swoje zainteresowanie i adorować potencjalną partnerkę. W zamian - o ile ta odwzajemni uczucia - może liczyć na zaproszenie do domu. Tam zostanie przyjęty w prywatnej sypialni, którą otrzymują wszystkie dorastające dziewczęta. Na początku wybranek zjawia się w nocy i stara się wejść do partnerki po kryjomu. Zwykle też opuszcza jej dom nad ranem lub jeszcze przed świtem, tak by nie wzbudzić niepotrzebnej sensacji. Z czasem - o ile związek przemieni się w coś poważniejszego - zaczyna zjawiać się bardziej otwarcie. Przychodzi tuż po kolacji, jest witany przez rodzinę i kończy wieczór w łóżku partnerki. Zwykle nie chodzi o jednorazowe seksualne przygody. Związki tego rodzaju trwają latami i dostarczają satysfakcji obojgu zaangażowanym w nie ludziom.

Ciekawe jest i to, że kobiety Mosuo nie są ograniczone do jednego partnera. Jeszcze dziś starsze z nich wspominają, że w ciągu swojego życia miały nawet 40-50 partnerów seksualnych. Jednak obecnie ze względu na wpływy kultury Hanów, odchodzi się od tego zwyczaju. Wprawdzie wciąż Mosuo mogą utrzymywać tyle "przychodnich małżeństw", ile chcą, to jednak częściej praktykują tzw. seryjną monogamię. Raczej zmieniają partnerów, niż utrzymując wiele seksualnych relacji jednocześnie.

40-tysięczny lud jest wyjątkowy także ze względu na to, że w języku Mosuo nie ma słowa oznaczającego "zazdrość". Mężczyźni nie pilnują swoich partnerek, pojęcie zdrady pozostaje czymś nie do końca zrozumiałym. A w każdym razie jest rozumiane zupełnie inaczej niż w świecie zachodu. Jest to możliwe, ponieważ dzieci pozostają z ich matkami, a ojcowie uczestniczą w ich wychowaniu jedynie w ograniczonym stopniu. Psychologowie ewolucyjni uważają, że oczekiwanie monogamii - zwłaszcza w odniesieniu do kobiet - jest związane z męską obawą przed ponoszeniem kosztów wychowania nieswojego potomstwa. Przy granicy z Tybetem powstał system, który pozwala zapomnieć o zazdrości, ponieważ takie ryzyko nie istnieje. Koszty wychowania dzieci ponosi rodzina matki.

Wielu partnerów, wielu ojców?

Robert Walker, Mark Flinn i Kim R. Hillb badali zwyczaje małżeńskie plemion zamieszkujących Amazonię. Odkryli, że u większości z nich występuje przekonanie o istnieniu "częściowego ojcostwa". Na czym to polega? Otóż ludzie są przekonani, że ojcem dziecka jest po części każdy mężczyzna, który odbył stosunek z matką. To ogranicza zazdrość i powoduje, że seks pozamałżeński staje się czymś normalnym, a niekiedy jest nawet rodzajem "waluty" lub raczej "dobra" wymienianego w barterze.

Monogamia jest tam uważano za niesmaczną. Tak mąż, jak i żona, mają wręcz obowiązek odpowiadać na seksualne awanse rodziny partnera i partnerki. Do tego teść bierze aktywny udział w edukacji seksualnej przyszłej synowej, która niekiedy wprowadza się do niego jeszcze przed ślubem. To, w jaki sposób współdzieli się żony zależy od plemienia. W niektórych jest to dar budujący przyjaźń. W innych kobiety utrzymują stosunki seksualne z braćmi swojego stałego partnera lub właśnie z jego ojcem.

W społecznościach, które wierzą w częściowe ojcostwo, seks nie jest tabu. To powszechny temat rozmów i żartów. Ale także, jak wspomniano, rodzaj dobra. Mężczyźni wykorzystują żony, jako narzędzie do zawierania przyjaźni. Dla kobiet seks pozamałżeński staje się natomiast metodą na uzyskanie pewnych przywilejów, dóbr, ale także znalezienie partnera atrakcyjniejszego niż "ten jedyny". Podarki, które zwyczajowo przekazują kobietom kochankowie, skłoniły niektórych antropologów do uznania, że plemiona Amazonii praktykują prostytucję. Nazwano to postawą "seksu za zasoby" i uznano sprawę za zamkniętą. Dokładniejsze badania pokazały jednak, że relacja jest dwustronna. Owszem, kobiety mogą liczyć na ryby, mięso i ozdoby od swoich seksualnych partnerów. Jednak same również ich obdarowują.

Dlaczego zatem w Amazonii wykształcił się tak nietypowy system relacji małżeńskich? Głos znów trzeba oddać psychologom ewolucyjnym, którzy sformułowali kilka możliwych wyjaśnień. U podstawy wszystkich z nich stoi oczywiście przekonanie o jego opłacalności dla jednostek, a przynajmniej szansy przekazania przez nie swoich genów. Częściowe ojcostwo jest swego rodzaju przeciwieństwem monogamii znanej z kultur zachodu.

Na zachodzie - mówiąc językiem ewolucjonistów - mężczyzna stara się zmonopolizować partnerkę. W ten sposób uzyskuje pewność, że potomstwo, w które będzie inwestować przez kolejne lata, jest jego. W systemie częściowego ojcostwa dzieci (na ogół) wychowuje rodzina żony. Do tego, dzięki wierze w to, iż każdy z mężczyzn jest po części ojcem, matka uzyskuje wsparcie od wielu z nich. Znika też pokusa dzieciobójstwa. W kulturach monogamicznych w zdecydowanej większości wypadków tego rodzaju, zabójcą jest ojczym ofiary. Niezwykle rzadko taką zbrodnię popełniają biologiczni rodzice. W Amazonii nie ma ojczymów i dzieci są stosunkowo bezpieczne.

Zdecydowana większość plemion to grupy matrylokalne - po ślubie małżonkowie zamieszkują w rodzinnym domu kobiety. To jeden z głównych czynników pozytywnie wpływających na wolność seksualną amazońskich indianek i ważny element, który pozwolił na wykształcenie się kultury, w której zazdrość nie odgrywa wielkiej roli lub jest czymś niepożądanym i ocenianym negatywnie.

W takiej sytuacji ojcowie dzielą inwestycje w dziecko z innymi kochankami matki, więc ryzyko, które ponoszą, jest stosunkowo niewielkie. Dlatego nie muszą pilnować swoich partnerek przed zalotami innych. Do tego dzięki temu, że utrzymują kontakty seksualne z wieloma kobietami i nie ponoszą pełnych kosztów wychowania potomstwa, mogą zwiększać swoją szansę na przekazanie genów inaczej, niż tylko dbając o monogamiczność ich podstawowego związku. Z ewolucyjnego punktu widzenia kobiety także odnoszą korzyść. Mogą liczyć na znalezienie atrakcyjniejszego - pod względem genetycznym - partnera niż mąż.

Wszystko w rodzinie

Jedną z częstszych form wielomęstwa jest tzw. poliandria braterska. Ostatnio pojawia się coraz więcej doniesień o tej formie małżeństwa, która funkcjonuje w niektórych regionach Indii. Z jednej strony istnieje tam długa tradycja tego rodzaju związków, która była odpowiedzią na problem nadmiernego podziału ziemi przy dziedziczeniu. W Europie wprowadzono zasadę primogenitury. W Indiach - przynajmniej gdzieniegdzie - bracia mieli wspólną żonę. Dziś bieda oraz oczekiwania dotyczące męskiego potomka, skłaniają rodziców do mordowania nowonarodzonych dziewczynek. To z kolei prowadzi do zaburzenia równowagi demograficznej, a brak kobiet wymusza powrót do tego rodzaju rozwiązań i pojawienia się nowego modelu rodziny.

Warto jednak pamiętać, że poliandria nie jest czymś tak powszechnym, jak wielożeństwo. Najbardziej znane przykłady poligamii to oczywiście ta praktykowana przez fundamentalnych mormonów oraz w krajach islamu. Niekiedy do mediów przedostają się historie wyjątkowo spektakularnych poligamistów, takich jak na przykład Kenijczyk Akuku Danger, który w ciągu 50 lat poślubił 100 kobiet. I choć z 85 z nich rozwiódł się z powodu niewierności, to i tak pozostawił po sobie... ponad 160 dzieci.

Jednak małżeństwa mormońskie i islamskie, to nie jedyny model poligamii. Choć zapewne najłatwiejszy do zrozumienia dla nas, ponieważ w gruncie rzeczy (pomijając liczbę żon) nieco przypomina to, co znamy z własnego podwórka. W wielu miejscach sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, a zwyczaje potrafią zadziwiać. Tak jest na przykład w wypadku tzw. sororatu, który przyznaje mężczyznom prawo do współżycia z siostrami własnej żony. W niektórych społecznościach - wspomina o tym choćby Anna Zadrożyńska w "Seksuologii kulturowej" - człowiek żeniący się z wdową lub rozwódką mógł uznać za żony także jej córki. Wiele społeczności praktykuje również tzw. lewirat. Tam mężczyzna jest zobowiązany do poślubienia wdowy po swoim bracie. Pierwsze dziecko, które urodzi się w takim związku, jest uznawane za potomstwo zmarłego.

Dziwne? No cóż. Z naszej perspektywy z pewnością tak. Warto jednak pamiętać, że i w Polsce - a przynajmniej w niektórych jej regionach - też istniało tzw. snochactwo. - Dawało ono prawo ojcu mężczyzny do seksualnego współżycia z synową w czasie nieobecności syna. Wszystkie narodzone z tego związku dzieci były społecznie uznawane za dzieci nieobecnego małżonka - pisała Zadrożyńska.

Autor: Tomasz Borejza Źródło: Onet




Kolejny rywal Lecha Poznań to 100 proc. Azji, czyli za co Kazachstan kocha Irlandię

Radosław Nawrot
15.07.2012 , aktualizacja: 15.07.2012 16:53
A A A Drukuj

19.07.2012, godzina 14:00

Chazar Lenkoran

Droga z Ałmaty do Tałdykorganu wiedzie przez bezkresny step i trudno ją nazwać autostradą Radosław Nawrot Droga z Ałmaty do Tałdykorganu wiedzie przez bezkresny step i trudno ją nazwać autostradą
Kiedy Kazachstan próbował dołączyć do UEFA, europejska federacja zleciła badania ... geografom, aby ustalić ile tego kraju leży w Europie. Azerbejdżan, do którego teraz jedzie poznański Lech na mecz w europejskich pucharach, nie miał tego typu problemów, choć nie ma w Europie nawet skrawka terytorium.
Piłkarze i władze Lecha Poznań narzekały po losowaniu, że muszą na pierwsze starcie w tegorocznych europejskich pucharach jechać bardzo daleko, aż do serca Azji i na granicę z Chinami, do Tałdykorganu w Kazachstanie. To pokłosie dopuszczenia Kazachstanu do rozgrywek UEFA, co miało miejsce w 2001 roku - wtedy Kazachowie przenieśli się do Europy z federacji azjatyckiej (tylko w tym jednym sporcie) i dziś uważają, że była to jedna z lepszych decyzji, jakie podjęli . UEFA swoimi ostrymi przepisami podnosi nie tylko poziom samego futbolu, ale i infrastruktury sportowej w tym odległym kraju. Wymaga nowych stadionów, z krzesełkami, dachem i zapleczem. W Azji nie było tego rodzaju obostrzeń.

Azerbejdżan, do którego teraz wybiera się Lech Poznań na czwartkowy mecz z Chazarem Lenkoran, leży znacznie bliżej Polski niż Kazachstan, a jednak - w odróżnieniu od poprzedniej lokalizacji - jest państwem położonym w 100 procentach w Azji. Od 1992 roku jednak, podobnie jak kilka innych całkowicie azjatyckich krajów (Gruzja, Izrael, Cypr), gra w rozgrywkach europejskich UEFA. Do federacji azjatyckiej nigdy nie należał i nie zamierzał.

Jak to się stało? Otóż po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1992 roku UEFA - uznając prawa do spuścizny po nim - postanowiła zapytać należące do niego federacje, czy pragną grać w rozgrywkach europejskich czy azjatyckich. Zapytała także te z Azji. Wszystkie kraje kaukaskie - Azerbejdżan, Armenia i Gruzja - opowiedziały się za Europę. Takie prawo miały także Kazachstan, Uzbekistan, Kirgizja, Tadżykistan czy Turkmenia, I one mogły grać w Europie, ale wybrały Azję.

Turkmenia, Uzbekistan i pozostałe kraje Azji Środkowej tego nie żałują, ale Kazachstan wkrótce pożałował. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od pozostałych wspomnianych państw poradzieckich, w tym Azerbejdżanu, ma część terytorium położoną w Europie. To północno-zachodnia część kraju, do rzeki Emba, spływającej z gór Uralu do Morza (właściwie Jeziora) Kaspijskiego. Na tej europejskiej części znajduje się chociażby jeden z najsilniejszych kazachskich klubów, Aktobe Lento z Aktiubińska. Pod koniec lat 90. Kazachstan rozpoczął zatem starania o włączenie do UEFA. Powoływał się na geografię i przypadek m.in. Azerbejdżanu. Teraz jednak nie było to już takie proste...

Rozpatrująca wniosek UEFA postanowiła zlecić badania ... geografom. Ci mieli zbadać mapy, dotyczące umownych przecież granic Europy i Azji teorie i złożyć raport. Wynikało z niego, że w Europie leży 13,8 procent terytorium Kazachstanu.

- Sorry - powiedziała UEFA. - To jednak zbyt mało.

- Mało? No ale ten kawałek ma wielkość Francji! - zwrócili uprzejmie uwagę przedstawiciele Kazachstanu.

- Mimo wszystko. Jesteście z Azji.

- A Azerbejdżan? Nie ma nawet procenta terytorium w Europie?! - lamentowali Kazachowie.

- To co innego. Oni grają z nami od początku. Wy mieliście swoją szansę - odrzekła centrala w Nyonie.

Kazachstan jednak się nie podawał. Złożył protest. Nowe badania geografów zakończyły się nowym raportem, który zwiększał terytorium kraju w Europie do niemal 15 procent. Europejska federacja doceniła zabiegi azjatyckich gości i zmiękła.

- Jeżeli zgodzi się większość członków UEFA, przyjmiemy was - orzekła.

Kazachstan rozpoczął więc zabiegi dyplomatyczne zakrojone na wielką skalę. Nie było problemów z krajami postradzieckimi. Rosja i Ukraina - wielkie przyjaciółki Kazachstanu - bardzo go wsparły. Azerbejdżan również, udzielił kolegom z kontynentu azjatyckiego ogromnego wsparcia. Co ciekawe, wsparcia udzieliła także Polska.

- Polska od razu się zgodziła. Pomogła nam także w negocjacjach z innymi krajami. Nie widziała przeszkód, by Kazachstan grał tam, gdzie chce. Ponadto w naszym kraju mieszka wiele ludzi polskiego pochodzenia. Jesteśmy jej za tę pomoc bardzo wdzięczni - powiedziano mi w kazachskiej federacji piłki nożnej w Ałmaty.

Zgodzili się też Niemcy, co było pokłosiem historii. Kazachstan pomógł niegdyś, w czasie wojny i po niej licznej grupie tzw. Niemców wołżańskich, którzy mieszkali na terytorium ZSRR.

- Kazachstan zrobił kiedyś dla nas tak wiele. Zróbmy dla niego dziś i my choć tak niewiele - argumentowali Niemcy, których osobiście odwiedził prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew i negocjował sprawę przyjęcia kraju do UEFA z niemieckim kanclerzem Gerhardem Schröderem. Prezydent Nazarbajew odwiedził też we Włoszech Silvio Berlusconiego i uzyskał jego zgodę.

Problem był z Francją i Anglią. Francuzi kategorycznie odmawiali, Anglicy też nie chcieli słyszeć o UEFA aż po Chiny. Kiedy przedstawiciele kazachskiej federacji zjawili się z kolei w Dublinie w Irlandii i zaczęli wyłuszczać argumenty, usłyszeli od Irlandczyków:

- Stop, stop, stop, to bez sensu. My i tak nie do końca nawet wiemy, gdzie leży wasz kraj. Powiedzcie nam tylko, jak w tej sprawie zamierzają głosować Anglicy?

- Otóż są niestety przeciw - odrzekli Kazachowie.

- W takim razie sprawa jest prosta. My bezdyskusyjnie jesteśmy za!

Dziś Kazachowie pamiętają tych, którzy ich wsparli. Irlandia zasłużyła na ich wdzięczność tak jak Polska, Rosja, Ukraina czy Azerbejdżan. A UEFA poszerzyła swe granice aż po ponad 5000 km od swej siedziby w Szwajcarii.

Kazachowie mówią: - Rozumiemy, że co jakiś czas ktoś, kto wylosuje nas w rozgrywkach, musi pokonać tysiące kilometrów. Ale my musimy taką trasę pokonywać za każdym razem!

By Lech Poznań mógł jesienią powalczyć znów w wielkich meczach z czołowymi europejskimi klubami pokroju Manchesteru City i Juventusem Turyn, musi przedzierać się do nich aż dwukrotnie przez Azję. To czyni całą operację bardzo trudną i powoduje, że puchary można nazwać euroazjatyckimi, a nie europejskimi. Jednakże tegoroczna droga Lecha do Europy, wiodąca przez Azję, jest najbardziej bodaj ciekawa w dziejach