sobota, 14 marca 2009

NIE: Jerzy Urban - Oszustwo

JERZY URBAN


Oszustwo


"NIE" stała się ofiarą oszustwa. W artykułach "Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą" z 29 stycznia i "Witaj mój aresztancie" z 12 lutego 2009 opisaliśmy zmyśloną przez oszusta wizytę ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego u wypuszczonego z aresztu Henryka Stokłosy. Podaliśmy także nieprawdziwe informacje o bytności tam innych osobistości, wraz z licznymi skłamanymi szczegółami. Ogłoszenie przez "NIE" nieprawdy ciężko ugodziło w wiarygodność naszego pisma. Przy tym staliśmy się instrumentem do wyrządzenia świństwa prof. Ćwiąkalskiemu i innym wymienionym w publikacji osobom.

Oszustem jest współautor pierwszej publikacji występujący pod pseudonimem Marek Paprykarz.

Nie tłumaczę się z opublikowania kłamstw, gdyż w tym wypadku nie ma na to usprawiedliwienia. Wyjaśnię tylko czytelnikom, jak i dlaczego wydrukowaliśmy podłe zmyślenia.


Oszust jest zawodowym dziennikarzem. Poza tym lokalnym działaczem pełniącym funkcje wybieralne. Wcześniej w ciągu paru lat opublikował u nas kilka artykułów zawierających krytyczne informacje, których prawdziwość nie była podważana. Miał więc w "NIE" kredyt zaufania.


17 stycznia wieczorem, kiedy to rzekomo min. Ćwiąkalski był u H. Stokłosy, oszust przesłał 2 SMS-y, w których przedstawił się jako naoczny świadek tego wydarzenia sygnalizujący je w chwili, kiedy ono się odbywa. Zbyszek jest u Henia. Widzę go teraz na własne oczy. Witałem się z nim i stuknąłem kieliszkiem! Według prasowych standardów relacje dziennikarza oglądającego toczące się wydarzenia nie wymagają weryfikacji.

Nazajutrz 18 stycznia oszust przysłał list. Pisał, że świadkami obecności ministra u Stokłosy było około 30 osób. Opisał obraz, który rzekomo prof. Ćwiąkalski przywiózł w prezencie byłemu senatorowi. Dokładnie podał co gość pił i ile, jak przebiegał wieczór. Później relacjonował dziesiątki innych szczegółów. W tym dokładny spis wędlin (5 gatunków), jakie rzekomo załadowano do samochodu gościa. Opisywał samochody gości i relacje pomiędzy obecnymi na przyjęciu.


Oszust na potwierdzenie swojej opowieści nadesłał także odręcznie napisane i podpisane oświadczenia realnie - co sprawdziliśmy - istniejących osób:


Oświadczam, że w dniu 17.01.2009 r. w Śmiłowie w gabinecie p. Henryka Stokłosy widziałam osobiście pana Zbigniewa Ćwiąkalskiego z Warszawy plus różne szczegóły. Inne: Oświadczam, że na własne oczy widziałam w dniu 17 stycznia 2009 r. w Zakładach Fartumil Śmiłowo w rezydencji pana Henryka Stokłosy pana Zbigniewa Ćwiąkalskiego (ministra sprawiedliwości), którego twarz znana mi jest z telewizji (...) osobiście nalewałam obu panom alkohol (szkocka whisky)... itd. Mając cztery takie oświadczenia pisemne lub nagrane uznaliśmy, niestety, fakty za zweryfikowane. Sam oszust podsuwał nam inne jeszcze sposoby potwierdzenia prawdziwości jego rewelacji, czym umacniał swoją wiarygodność.

Kiedy pojawiły się zaprzeczenia osób, które miały świętować u Stokłosy, redakcja wysłała do Śmiłowa, Piły i okolic ekipę mającą sprawdzić fakty. Dwoje naszych dziennikarzy nie dostarczyło jednak ani jednoznacznych nowych potwierdzeń, ani dowodów, że zostaliśmy wrobieni. O tym, że oszust całą historię imienin u Stokłosy zmyślił dowiedziałem się więc dopiero z mojej rozmowy z pewną powszechnie znaną osobą. Stwierdziła ona, że 17 stycznia aż do późnej nocy przebywała w towarzystwie min. Ćwiąkalskiego w Zakopanem.

Po ustaleniu, że ogłosiliśmy kłamstwa odbyto w redakcji ostrą rozmowę z oszustem. Nie udało się nam dowiedzieć niczego o jego motywach. Nie wiadomo dlaczego, uparcie a umiejętnie kłamał i oszukiwał pomimo tego, że nieprawda musiała wyjść na jaw, a sprawca oszustwa jest znany. Czy oszust z kolei był instrumentem w czyimś ręku i czy motywy nieskutecznego pomówienia prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego były osobiste, czy polityczne - to być może ustali prokuratura.

Podania imienia, nazwiska i cech pozwalających zidentyfikować oszusta zabrania nam prawo prasowe chroniące tożsamość autorów piszących pod pseudonimem i informatorów, którzy nie godzą się na podanie ich personaliów. Stosujemy się do tego przepisu karnego, choć wątpię, czy świadomy kłamca może być uznany za informatora. Zresztą i bez nas tożsamość oszusta nie jest już tajemnicą dla osób zainteresowanych sprawą.

W prawie 20-letniej historii "NIE" po raz drugi padamy ofiarą oszustwa. Pierwszy raz zdarzyło się to kilkanaście lat temu, kiedy wydrukowaliśmy fałszywkę "lojalki" Kaczyńskiego fachowo spreparowaną przez służby specjalne. Sprawca fałszerstwa po dziś dzień nie został ujawniony i ukarany.

Obecna chwila jest najgorszą w dziejach tygodnika "NIE" a także najpaskudniejszą w mojej roli jego redaktora. Mając 58 lat praktyki dziennikarskiej, dałem się oszukać jak idiota z wielką krzywdą dla min. Ćwiąkalskiego i innych osób, ale też dla reputacji czasopisma i mojej jako jego szefa.

Zrobimy wszystko, co zgodnie z prawem można uczynić, aby oszust poniósł konsekwencje tego co zrobił.

Przepraszam wszystkie osoby skrzywdzone w tej sprawie za pośrednictwem "NIE", ale z naszej niewątpliwej współwiny.


JERZY URBAN

sekr@redakcja.nie.com.pl


PS Zamieszczone na stronie pierwszej przeprosiny zostaną powtórzone w tym samym miejscu w przyszłotygodniowym "NIE".

Jerzy Urban przeprasza Ćwiąkalskiego za kiełbasę

dżek
2009-03-14, ostatnia aktualizacja 2009-03-14 13:44

Tygodnik "Nie" i jego naczelny - Jerzy Urban - zapłacili ponad 100 tys. zł za wykupienie ogłoszenia, w którym dementują nieprawdziwe informacje o Zbigniewie Ćwiąkalskim i jego rzekomym udziale w imprezie imieninowej Henryka Stokłosy, a także powiązaniach finansowych z tym biznesmenem.

Jerzy Urban
Fot. Piotr Bernaś / AG
Jerzy Urban
Zbigniew Ćwiąkalski
Fot. Tomasz Wawer / AG
Zbigniew Ćwiąkalski
Przeprosiny Jerzego Urbana w
fot. za "Gazetą Wyborczą"
Przeprosiny Jerzego Urbana w "Gazecie Wyborczej"
- Jerzy Urban i tygodnik satyryczny "Nie" przepraszają Pana Zbigniewa Ćwiąkalskiego za dwa opublikowane w tygodniku teksty - tymi słowy zaczyna się ogromne ogłoszenie opublikowano dziś na trzeciej stronie "Gazety Wyborczej". Wykupienie całej kolumny w wydaniu ogólnopolskim kosztuje 120 tys.

"Nie" dostało rabat i zapłaciło "tylko" 100 tys. zł netto.

Dementi dotyczy dwóch artykułów, które ukazały się na przełomie stycznia i lutego na łamach tygodnika. Teksty "Za co naprawdę wyleciał minister sprawiedliwości. Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą" oraz "Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą. Witaj mój aresztancie" dotyczyły wizyty ówczesnego ministra sprawiedliwości (i jednocześnie Prokuratora Generalnego) 17 stycznia br. w domu Stokłosy. Minister miał się tam pojawić z bukietem róż i podarunkiem. Na pożegnanie miał otrzymać pięć kartonów wędlin.

Zbigniew Ćwiąkalski zaprzeczał, jakoby był gościem na imieninach byłego senatora, obecnie oskarżonego w korupcyjnym procesie. Ćwiąkalski poszedł do sądu. Sprawę wygrał.

Artykuły zostały określone jako "nieprawdziwe, naruszające jego godność, dobre imię oraz narażające go na utratę zaufania publicznego niezbędnego do wykonywania zawodu". Gazeta przyznała, że opisane w artykułach zdarzenia "nie miały miejsca".

Gazeta zdementowała też informacje, że Zbigniew Ćwiąkalski wystawił Stokłosie rachunek na 1,2 mln zł za "usługi adwokackie" i że żona Stokłosy zapłaciła byłemu ministrowi sprawiedliwości 200 tys. zł za zwolnienie jej męża z aresztu.

NIE: Witaj mój aresztancie (7/2009)

Autor:
Strona: 1

Witaj mój aresztancie

„Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” cd.

W wydaniu „NIE” z 29 stycznia opisaliśmy skandal niezwykły nawet jak na Europę Wschodnią. Długotrwały areszt opuszcza za 3-milionową kaucją biznesmen Henryk Stokłosa, były senator. Czeka go proces za poważne przestępstwa na szkodę państwa. Jest oskarżany m.in. o korumpowanie ministerialnych urzędników. W 23 dni po opuszczeniu aresztu Stokłosę odwiedza z pękiem róż minister sprawiedliwości – prokurator generalny, profesor prawa Zbigniew Ćwiąkalski. Świętuje z doniedawnym aresztantem jego imieniny, konferuje z nim i odjeżdża samochodem BOR prowadzonym przez oficera ochrony. Auto ma wyładowane wędlinami, które wyrabia firma Stokłosy.
W tym czasie, czyli w końcu stycznia, media, a co za tym idzie opinia publiczna, fascynują się dwoma wydarzeniami: że były premier ma kochankę i chce się rozwodzić, i że w więzieniu powiesił się skazany na dożywocie zabójca Olewnika. To drugie uchodzi za przyczynę złożenia dymisji przez ministra Ćwiąkalskiego.
1.
W artykule „Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” „NIE” wskazywało na to, że premier i politycy Platformy wykluczali dymisję ministra sprawiedliwości i bronili go, póki chodziło o jego odpowiedzialność polityczną za niedopatrzenie podległej mu służby więziennej i o zbagatelizowanie zdarzenia w publicznych wypowiedziach. Twierdziliśmy, że prof. Ćwiąkalski przestał być ministrem dopiero wówczas, gdy premier dowiedział się o jego wizycie u Stokłosy.
Telewizji ani prasy nie zainteresował w ogóle ujawniony w „NIE” skandal. Ani Ćwiąkalski, ani kancelaria Tuska nie zaprzeczyły głoszonym w „NIE” rewelacjom kompromitującym głównego strażnika sprawiedliwości w Polsce.

Ponieważ zaprzeczeń nie ogłoszono, trudno ciszę, jaką otoczono wyprawę Ćwiąkalskiego, wytłumaczyć tylko nieufnością do „NIE” jako źródła informacji. Zamiłowanie mediów do ignorowania „NIE”, a co za tym idzie ujawnianego przez nas zła, także nie mogło być dostatecznym powodem przemilczenia samego faktu i jego wymowy. Oto bowiem prokurator generalny i minister w ogóle nie rozumie swojej roli, skoro brata się niemal publicznie z osobą, którą jego podwładni – prokuratorzy – obwiniają o poważne przestępstwa. Róże dla Stokłosy są przecież sygnałem dla podporządkowanego mu aparatu ścigania, że oskarżony cieszy się wysoką protekcją. Główny w rządzie strażnik prawa bagatelizuje przestępczość.
Telewizje i prasa mogły przeprowadzić własne dziennikarskie śledztwo, a przynajmniej zapytać kancelarię premiera i samego Ćwiąkalskiego, czy to prawda, że składał wizytę z kwiatami u swego niedawnego aresztanta oczekującego na proces. Nic takiego nie odzwierciedliła żadna publikacja. Nie proszono także redakcji „NIE” o dowody, że prokurator generalny składał imieninową wizytę człowiekowi ściganemu przez prokuratorów niższej rangi. Oparliśmy się zaś na oświadczeniach dostatecznej liczby naocznych świadków szokującego wydarzenia. Są wśród nich pisemne.
Wskazuje to na znaczną dowolność w dobieraniu zdarzeń, które mają zajmować opinię publiczną i na stronniczość mediów. Nielubianych polityków postawią pod pręgierz za byle co, szanowanemu ministrowi lubianego rządu nie wywleką rzeczywistego skandalu. Niby wszystkim chodzi o jakość państwa, ale objawy gnilne dobierane bywają do krytycznych publikacji według kryteriów stronniczych, nieuczciwych. „NIE” także wolałoby nie pomagać PiS-owi w walce z Tuskiem, jednakże bardziej szkodliwe politycznie jest przemilczanie tego, że członek rządu nie rozumie swojej roli i do niej się nie nadaje. Przy tym minister wzmacnia mniemania ludowe, że świat polityki i świat przestępczy w ogóle są w czułych stosunkach towarzyskich.
2.
Wizyta w pałacu Stokłosy ministra sprawiedliwości i wywózka wędlin wywołały w Śmiłowie i okolicy dalej idące pogłoski i podejrzenia. Prof. Ćwiąkalski, zanim został ministrem, był obrońcą Henryka Stokłosy. Ktoś opowiada, że rzekomo widział rachunek, który Ćwiąkalski w trzy tygodnie po tym, jak został ministrem, wystawił Stokłosie za swoje minione adwokackie usługi dla eks-senatora.
Miał opiewać a 1 200 000 zł kwotę niebywałą jak na honorarium obrońcy, mającą więc korupcyjny posmak.

Plotkuje się także, że żona Stokłosy 13 grudnia widziała się z min. Ćwiąklaskim i dała mu 200 000 zł za wypuszczenie męża z aresztu. Dwa dni później sąd okręgowy nie zgodził się co prawda na uchylenie aresztu, ale – jak ludzie bajają – po interwencji Stokłosowej u ministra sąd apelacyjny szybko wypuścił go za kaucją. Są to oczywiście pogłoski nieprawdopodobne, a siłami naszej redakcji nie do sprawdzenia. Natomiast odwiedziny ministra z pękiem róż w domu osoby podejrzanej o korupcję są rzeczą sprawdzoną, która nadaje prawdopodobieństwo plotkom i zapewnia im rezonans. Gruntuje to społeczne przekonanie, że każdym rządem rządzi pieniądz.
Na długo przed naszą publikacją o Ćwiąkalskim ta wredna pogłoska o pieniądzach, które miał on dostać od Stokłosów (powtarzają się kwoty 1 200 000, a potem 200 000 zł), dotarła do sfer politycznych Warszawy. Przy tym plotka głosi, że źródłem plotek w Warszawie jest żona pana Stokłosy. Zapewne jednak Człowiek Roku „Wprost” ozłocony na okładce tego tygodnika nie poleci sprawdzać absurdalnych pomówień swoich ministrów o przestępstwa. W każdym razie Ćwiąkalski jako minister sprawiedliwości nie umocnił w narodzie poczucia, że żyją w praworządnym państwie, a rząd Tuska jest uczciwy.
3.
Relację ze styczniowych uroczystości u Henryka Stokłosy zawartą w artykule „Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” musimy doprecyzować. Były senator, potem aresztant 4 stycznia obchodził 60-lecie urodzin. Przyjęcie urodzinowe wydane zostało w restauracji Pasibrzuch położonej ok. 3 km od rezydencji Stokłosy. Miało więc charakter publiczny. Natomiast z okazji imienin Henryk Stokłosa podejmował gości w swoim domu. To już nie była jedna duża impreza. Przyjęcie typu bufetowego (tzw. szwedzki stół) urządzano od południa w sobotę 17 stycznia (wtedy był tam Ćwiąkalski) do poniedziałku 19 stycznia wieczorem. Goście się zmieniali.
Restauracja jest miejscem ogólnie dostępnym i dygnitarze tam się nie pokazali. Rezydencja Henryka Stokłosy, zwana przez miejscowych pałacem, leży w głębi posiadłości. Jest strzeżona przez ochronę byłego senatora. Znamy wiele szczegółów z pobytu w niej gości 17–19 stycznia. Np. wiemy, że szef powiatu przyjechał czarnym renault z kierowcą i znamy cyfrową część numeru wozu. Albo że telefony z życzeniami wpierw podejmował asystent Stokłosy Andrzej Krojec.

Autorzy artykułu „Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” niektórym z gości imieninowych u Stokłosy błędnie przypisali bytność na wcześniejszych urodzinach. Przepraszamy ich za tę nieścisłość wynikłą z pomylenia obu przyjęć.
Przedstawiciele władz powiatowych, których wymieniliśmy jako gości, nadesłali więc sprostowania podkreślając, że 4 stycznia nie byli na urodzinach, nie odwiedzali też Stokłosy w przeszłości. Imieniny odbyły się zaś później niż urodziny. Drukujemy poniżej należne sprostowania.


Redakcja
W artykule napisanym przez Bożenę Dunat oraz Marka Paprykarza znalazła się nieprawdziwa informacja o moim uczestnictwie w uroczystości 60. urodzin Stokłosy.
Uprzejmie informuję, że nie uczestniczyłem w tym spotkaniu, nie otrzymałem zaproszenia, mało tego, w tym okresie zmagałem się z dokuczliwą infekcją, która wymagała posłuszeństwa i pobytu w domowym zaciszu (leżenia w łóżku), do której się pod przymusem rodziny dostosowałem, zatem moje uczestnictwo było niemożliwe.
Znając Pana szczególną wrażliwość na rzetelność dziennikarską proszę na podstawie art. 31 pkt. 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r – Prawo prasowe (Dz.U. Nr 5 poz. 25 ze zm.) o umieszczenie stosownego sprostowania na tej samej stronie, na której zamieszczony jest w/w artykuł w najbliższym wydaniu gazety.
Z wyrazami szacunku
Poseł na Sejm RP
Stanisław Stec
Oborniki, 2009-01-27

Oświadczam, iż informacja zawarta w artykule autorstwa Bożeny Dunat i Marka Paprykarza: „Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” opublikowanym w Nr 5 (957) tygodnika „NIE” z 29 stycznia 2009 r., iż rzekomo 4 stycznia 2009 r. wziąłem udział w 60. urodzinach p. Henryka Stokłosy, jest w całości nieprawdziwa. Ani tego dnia, ani w przeszłości nie uczestniczyłem w imprezach, spotkaniach, uroczystościach, itp. organizowanych przez p. Henryka Stokłosę. Jestem szczerze zdziwiony sugerowaniem obecności mojej skromnej osoby na tak znakomitych uroczystościach i wśród ludzi tegoż autoramentu.
Starosta Pilski
Tomasz Bugajski
Piła, 27 stycznia 2009 r

Oświadczam, iż informacja zawarta w artykule autorstwa Bożeny Dunat i marka Paprykarza: „Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą” opublikowanym w Nr 5 (957) tygodnika „NIE” z 29 stycznia 2009 r., iż rzekomo 4 stycznia 2009 r. wziąłem udział w 60. urodzinach p. Henryka Stokłosy, jest w całości nieprawdziwa. Ani tego dnia, ani w przeszłości nie uczestniczyłem w imprezach, spotkaniach, uroczystościach, itp. organizowanych przez p. Henryka Stokłosę.
Przewodniczący Rady Powiatu w Pile
Mirosław Mantaj
Piła, 27 stycznia 2009 roku