wtorek, 21 kwietnia 2009

August Emil Fieldorf

24 lutego 1953

„Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,
Kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,
I morderca na nagrobkach kwiaty złoży”.

August Emil Fieldorf urodził się 20 marca 1895 roku w Krakowie. Jego dziadek, Andrzej, był zawiadowcą w Kecskemet pod Budapesztem. Ojciec Fieldorfa – rówież Andrzej - pracował jako maszynista. Domownicy, przyjaciele i bliscy nazywali go Emilem i właśnie tego imienia używał młody Fieldorf.

August Emil Fieldorf.
źr. wikipedia

Emil swym życiorysem przerwał kolejową tradycję rodziny. Był bardzo inteligentnym, lecz niezbyt pilnym uczeniem. Lubił wagary i uczestniczył w bójkach. Uczył się w III Szkole Męskiej im. św. Mikołaja, a potem w V Gimnazjum. Nie był też pupilem nauczycieli, łatwo popadał w konflikty z pedagogami, przez co przeniesiono go do III Gimnazjum. Wpływ na jego postawę wywarła znajomość z prof. Odonem Feliksem Bujwidem, który podsunął mu literaturę historyczną i zapoznał z ideami skautingu Pod jego namową Emil wstąpił do Organizacji Ćwiczebnej Uczniów Szkół Średnich, gdzie poprzez ćwiczenia i musztrę wprowadzano młodych ludzi w świat spraw paramilitarnych. Choć przesłoniło to naukę, atmosfera patriotycznych działań wpływała na młodego chłopca pozytywnie.

W grudniu 1912 roku wstąpił do krakowskiego Związku Strzeleckiego i ukończył kurs podoficerski. 6 sierpnia 1914 roku zgłosił się do oddziałów formowanych przez Piłsudskiego.

Sześć lat na froncie

Ojciec odprawił go słowami: „No cóż, idź – sam bym poszedł. Żeby nie rodzina”.
Na wojnę wyruszył pod wodzą „Ryszarda” Mieczysława Rysia-Trojanowskiego. 14 sierpnia w boju pod Brzegami przeszedł chrzest bojowy. Służył w 1 kompanii IV batalionu jako dowódca sekcji. W październiku awansowano go na sierżanta, a w listopadzie przeniesiono do III batalionu. Następnie był zastępcą dowódcy plutonu w 2 kompanii III baonu 1 pułku piechoty, dowodzonego przez mjr. Edwarda Rydza „Śmigłego”. Od marca do listopada 1915 roku był szefem w 3 oddziale karabinów maszynowych, zaś jesienią 1916 roku został starszym sierżantem, służąc kolejno w 5 i 7 pp Legionów.

Lista bitew, w których brał udział, była długa: Czarkowy, Budy Michałowskie, Chyżówki, Łowczówek, Nida, Kozinek, Konary, Ożarów (po tych walkach 5 pp nazywano „Zuchowatymi”), Jastków, Kamionka, Stochód, Hulewicze. Za udział w bitwie pod Hulewiczami w 1923 roku został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy.

W roku 1917 Fieldorf skończył niższą szkołę oficerską. Na ten moment w jego życiu nałożył się kryzys przysięgowy, kiedy jako urodzony w Galicji został wcielony do c.k. armii. W jej szeregach bił się na włoskim odcinku „Zara Nord” w Tyrolu Południowym. Po otrzymaniu urlopu wrócił do Krakowa, a pod pretekstem choroby uniknął powrotu na front i wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej. Przydzielono go do oddziału lotnego ppor. Eugeniusza Wyrwińskiego „Koguta”.

W końcu października 1918 roku Fieldorf brał udział w rozbrajaniu austriackich oddziałów w Krakowie, a w listopadzie wstąpił do Wojska Polskiego. Przerzucono go do Przemyśla, gdzie trwały walki z Ukraińcami. Mianowany na podporucznika, w marcu 1919 roku objął dowództwo 1 kompanii karabinów maszynowych w I batalionie 1 pp Legionów i wziął udział w odsieczy Lwowa.

W kwietniu 1919 roku bił się pod Wilnem, za co został wyróżniony krzyżem „Wilno”, a za czyny bojowe – Krzyżem Walecznych. Drugi Krzyż Walecznych otrzymał za odwagę w walkach pod Dyneburgiem we wrześniu 1919 roku. W styczniu 1920 roku walczył na Łotwie w składzie 1 pp Legionów, wchodzącego w skład grupy operacyjnej Śmigłego-Rydza. W kwietniu uczestniczył w walkach pościgowych za bolszewikami w końcowej fazie wyprawy kijowskiej, za co otrzymał swój 3 i 4 Krzyż Walecznych.

Podczas urlopu 18 października 1919 roku zawarł związek małżeński z Janiną Kobylińską, którą kilka miesięcy wcześniej poznał w Wilnie. W 1920 roku otrzymał awans na porucznika, a w 1921 roku na kapitana. Walkę o ukształtowanie granic Rzeczypospolitej zakończył z widniejącymi na mundurze medalami za Staworowo, Wilno, Dyneburg i Białystok. W 1932 roku otrzymał Krzyż Niepodległości.

W wolnej Polsce

W 1922 roku zaliczył przeszkolenie w Warszawie, ukończył je z wynikiem „zupełnie dobrym”. Po powrocie do Wilna, objął dowództwo 5 kompanii 1 pp Legionów. Pełnił także inne obowiązki dowódcze i sztabowe. Zaliczał egzaminy oficerskie i nabierał doświadczenia.

W maju 1926 roku w składzie 1 Dywizji Piechoty z Wilna przybył do Warszawy na pomoc oddziałom Piłsudskiego. Jego spokój i stanowczość sprawiły, że Szkoła Podchorążych złożyła broń. W Warszawie Fieldorf został ranny w ramię odłamkiem pocisku artyleryjskiego. Kawałki tego żelaza zostały w jego ciele na całe życie.

Po powrocie do Wilna krótko pełnił obowiązki dowódcy I baonu 1 pp. Przesunięto go na stanowisko oficera Przysposobienia Wojskowego. Później wyznaczono na stanowisko oficera PW w 1 pp i skierowano na kurs specjalistyczny. W 1928 roku awansował do stopnia majora, jesienią przeniesiono go do Dowództwa 1 DP, a na jego mundurze pojawiły się medale: 10-lecia Odzyskania Niepodległości, Medal Pamiątkowy Za Wojnę 1918-21, Złoty Krzyż Zasługi i Łotewski Medal pamiątkowy 1918-1928.

Pod koniec lat 20. przydzielono go na inspektora wyszkolenia WF i PW w oddziałach wileńskich. W 1930 roku na chwilę wrócił do 1 pp Legionów, na stanowisko kwatermistrza. Następnie został wysłany jako „zastępca kierownika instruktora W.F. przy Ambasadzie RP w Paryżu”. Faktycznie były to zadania specjalne o charakterze tajnym, polegające na przygotowaniu i przeszkoleniu zespołów ludzi do działań dywersyjnych na wypadek wojny. W styczniu 1932 roku otrzymał awans na podpułkownika, co było równoznaczne z uznaniem dla jego wybitnej działalności we Francji.

Po powrocie do kraju w marcu zajmował stanowisko zastępcy dowódcy 1 pp Leg. w Wilnie, a w 1934 dowódcy pułku. Listopad 1935 roku przyniósł mu przeniesienie do Korpusu Ochrony Pogranicza, gdzie pełnił obowiązki dowódcy brygady „Troki”. Wiązało się to z rezygnacją z propozycji objęcia wyższego stanowiska dowódcy brygady KOP w Czortkowie, gdyż Fieldorf nie chciał opuszczać Wileńszczyzny. Podczas służby w KOP otrzymał Krzyż Kawalerski Polonia Restituta i w końcu awans na stanowisko zastępcy dowódcy pułku KOP „Wilno”.

28 stycznia 1938 roku powierzono mu dowodzenie 51 pułkiem piechoty Strzelców Kresowych im. Giuseppe Garibaldiego w Brzeżanach.

Przeciwko okupantom

51 pułk zmobilizowany został 27 sierpnia 1939 roku i tego samego dnia osiągnął gotowość bojową. W kampanii wrześniowej jednostka Fieldorfa walczyła w składzie 12. Tarnopolskiej Dywizji Piechoty. Biła się w rejonie między Pilicą a Wisłą, gdzie koncentrowało się południowe skrzydło Armii „Prusy”. Kiedy dowódca dywizji gen. Paszkiewicz wyjechał do Naczelnego Wodza, dowództwo nad zgrupowaniem objął ppłk Fieldorf. W czasie walk w rejonie Iłży 12. DP została okrążona i zniszczona.

Fieldorf próbował przebić się do Lwowa, a gdy okazało się to niemożliwe – udało mu się przedostać do Krakowa. Stamtąd w październiku 1939 roku ruszył na Węgry, gdzie został internowany. Mimo to udało mu się przedostać do Francji. Wziął udział w organizowaniu Wojska Polskiego. Ukończył kurs dla oficerów sztabowych i wyruszył na front. 3 maja 1940 roku otrzymał stopień pułkownika. Po kapitulacji Francji trafił do Wielkiej Brytanii. Chciał jak najszybciej wrócić do okupowanego kraju, by kontynuować walkę. Został wyznaczony na pierwszego emisariusza rządu RP na uchodźstwie do kraju. Używał pseudonimów „Sylwester Lutyk”, „Maj” i nazwiska paszportowego „Emil Wielowiejski”.

Z Londynu wyruszył 17 lipca 1940 roku. Jego szlak wiódł przez Kapsztat, Kair, Stambuł, Belgrad, Budapeszt i Kraków. 6 września dotarł do Warszawy. Do kraju przywiózł m.in. Instrukcję Organizacyjną nr 5 określającą zasady działania ZWZ w kraju, wytyczne dla działań wywiadowczych i środki finansowe na działalność konspiracyjną. W okupowanej Polsce zajął się organizowaniem struktur ZWZ: w latach 1941-1942 kierował Okręgiem ZWZ Białystok. Jesienią 1942 roku mianowano go komendantem Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK – Kedyw, który prowadził akcje sabotażowe i dywersyjne, likwidował zdrajców i hitlerowskich dygnitarzy.

Generał „Nil”

Fieldorf w konspiracji przybrał swój główny pseudonim „Nil”. Współorganizował zamach na generała SS i policji Franza Kutscherę w lutym 1944 roku i osobiście decydował o tajnej produkcji pistoletów maszynowych „Sten” w Suchedniowie. W lutym 1944 roku odwołano go z kierownictwa Kedywu i mianowano komendantem konspiracyjnej organizacji „Nie” („Niepodległość”). Miała ona kontynuować prace polskiego podziemia w razie spodziewanego zajęcia terenów Polski przez sowietów. Ta nominacja świadczyła dobitnie o wielkim poważaniu jakim cieszył się „Nil”. Do „Nie” należeli najlepsi oficerowie.

Po rozwiązaniu AK dowódcą „Nie” został Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, a Fieldorf pełnił funkcję zastępcy. We wrześniu 1944 roku na rozkaz Naczelnego Wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego, Fieldorf został awansowany do stopnia generała brygady.

7 marca 1945 roku w Milanówku przypadkowo aresztowało go przez NKWD. Rosjanie sądzili, że aresztowali „spekulanta” Walentego Gdanickiego, bowiem Fieldorf miał przy sobie dokumenty na takie nazwisko i amerykańskie dolary. W ten sposób uniknął losu innych przywódców Polskiego Państwa Podziemnego aresztowanych i sądzonych w Moskwie.

Więziono go w obozie przejściowym w Rembertowie, gdzie AK-owcy przetrzymywani byli razem z jeńcami niemieckimi. Panowały tam ciężkie warunki. Często zdarzało się, że sowieccy strażnicy dla rozrywki strzelali do więźniów stojących w kolejkach do latryn. Wieści celowo rozpuszczone przez Rosjan, że w obozie są Volksdeutsche, wywoływały wrogość mieszkańców miasta.

26 marca 1945 roku „Nila” wywieziono z transportem żołnierzy AK do Związku Sowieckiego. Przebywał w kilku łagrach na Uralu, gdzie więźniowie wykonywali katorżniczą pracę przy wyrębie i załadunku drzewa na wagony. O trudach tamtejszego losu świadczą relacje towarzyszy „Nila”:

„Z nastaniem mrozów otrzymaliśmy nowe ubrania składające się z koszuli, kalesonów, watowej kurtki i spodni, filcowych butów walonek, kożucha, rękawic oraz czapki uszatki. Przydziałowe ubrania to także ściągnięte z trupów mundury (często wojskowe) i fufajki ze śladami postrzałów i krwi oraz uszatki z resztkami mózgu”.

W obozie „Nil” nie dał się złamać. Pomagał towarzyszom niewoli. Potwierdzają to liczne relacje współwięźniów, sam generał nie pisał bowiem wspomnień, a później niechętnie wracał myślami do dni niewoli.

Powrót do PRL

Do Polski wrócił w październiku 1947 roku. Zamieszkał w Łodzi. Sowiecka niewola nadszarpnęła jego zdrowie, nie mógł pracować zawodowo. Swoją prawdziwą tożsamość ujawnił w lutym 1948 roku. Najbliżsi, obawiając się reakcji komunistycznych władz, radzili mu wyjazd do Londynu. Odmówił, twierdząc, że „po pobycie w Rosji każde polskie więzienie będzie dla niego sanatorium”.

Do listopada 1950 roku wydawało się, że komuniści zapomnieli o „Nilu”. Sytuacja uległa zmianie dopiero po liście generała do dawnego zwierzchnika gen. Paszkiewicza. „Nil” nie wiedział, że Paszkiewicz stał na czele Wojewódzkiego Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego i zajmował się likwidacją struktur niepodległościowych. Wychodząc z Wojskowej Komendy rejonowej w Łodzi 10 listopada 1950 roku „Nil” został przez UB-eków siłą wsadzony do samochodu, przewieziony do Warszawy i osadzony w Areszcie Śledczym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej. Nakaz aresztowania gen. Fieldorfa wydała prokurator Helena Wolińska.

Pierwsze przesłuchanie dotyczyło jego pobytu w Rosji. Generał, pytany przez śledczych o stosunek do Związku Sowieckiego odparł, że był on„wrogi, oparty na urazie”.

Oskarżono go, że „próbował przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego” i osadzono w więzieniu mokotowskim. Od grudnia 1950 roku oficerowie śledczy przesłuchiwali generała w sprawie organizacji i struktury Kedywu. „Nilowi” zarzucano, że „jako szef Kedywu KG AK wydawał rozkazy oraz instrukcje podległym sobie oddziałom Kedywu rozpracowywania oraz likwidowania oddziałów partyzantki radzieckiej i lewicowych podziemnych organizacji niepodległościowych”. Miały to potwierdzać wymuszone zeznania byłych oficerów AK.

KS bez prawa łaski

Zarzuty nie miały nic wspólnego z prawdą, gdyż „Nil” był odpowiedzialny za ustalanie metod działania Kedywu w skali całego kraju. Mimo to 20 października 1952 roku sąd skazał go na karę śmierci. Sąd Najwyższy nie skorzystał z prawa łaski, podtrzymując opinię Sądu Wojewódzkiego dla miasta stołecznego Warszawy, że „zdaniem Sądu szef Kedywu Komendy Głównej Armii krajowej na łaskę nie zasługuje”.

Z prawa łaski nie skorzystała również Rada Państwa, choć ojciec generała Andrzej Fieldorf napisał w tej sprawie list do Bolesława Bieruta:

„(...)Zwracam się tedy, ja, zgrzybiały starzec, do Dostojnego Obywatela Prezydenta, z najgorętszą prośbą ojcowskiego serca, o skorzystanie z konstytucyjnego prawa łaski w stosunku do mego syna Augusta Emila Fieldorfa”.

Wyrok wykonano 24 lutego 1953 roku. Gen. August Emil Fieldorf został powieszony o godzinie 15 w więzieniu na Rakowieckiej. Ciało pochowano w nieznanym miejscu. Istnieje relacja, iż generała zmuszono do odsłuchania wyroku na klęcząco i zakatowano go, gdyż stawiał opór. Podobno połamano mu kości i powieszono już zwłoki.

W okresie „odwilży” w marcu 1957 roku Sąd Wojewódzki dla miasta stołecznego Warszawy podał w wątpliwość autentyczność dokumentów dowodowych, na podstawie których oskarżono szefa Kedywu. Prokuratura Generalna PRL 4 lipca 1958 roku wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa w jego sprawie „z powodu braku dowodów winy”. W 1972 roku gen. Jaruzelski - jako minister obrony narodowej - ufundował symboliczny nagrobek Fieldorfa na Powązkach.

Pełna rehabilitacja generała „Nila” miała miejsce dopiero 7 marca 1989 roku, kiedy prokurator generalny PRL wydał postanowienie stwierdzające, że Fieldorf „nie popełnił zarzucanej mu zbrodni i był całkowicie niewinny”.

Mariusz Podgórski

W oparciu, m.in. o: „Generał „Nil” - August Emil Fieldorf: Fakty, dokumenty, relacje” M. Fieldorf, L. Zachuta, Warszawa 1993; „Generał „Nil”” A. Przewoźnik, A. Strzembosz, Warszawa 1999; „Ludzie niezwyczajni...: August Emil Fieldorf” Wiesław Jan Wysocki, Warszawa 2000.

ZOBACZ PROGRAM O BOHATERACH MORDOWANYCH PRZEZ KOMUNISTÓW


Kuty, na końcu Polski

17 września 1939

„Trzeba utrzymać nasze miejsce w ramach koalicji – miejsce partnera, a nie obiektu i zerwać z ta nieszczęsną polską tradycją zaczynania za każdym razem wszystkiego od nowa”. Tymi słowami minister Józef Beck uzasadnił decyzję o ewakuacji władz polskich do Rumunii. Mostem w Kutach opuszczali Polskę politycy, dowódcy, żołnierze i cywile.

Górska miejscowość wypoczynkowa

Na skraju przedwojennej Polski, na styku Pokucia i Bukowiny, na Huculszczyźnie, znajdują się Kuty, niewielkie miasteczko położone nad rwącym Czeremoszem. Do 1939 roku Czeremosz wyznaczał linię granicy polsko-rumuńskiej (historycznie mołdawskiej). W okresie międzywojennym w Kutach mieszkało 1300 Polaków, 1900 Hucułów, 3300 Żydów i ponad 500 Ormian. Kuty były najsłynniejszą siedzibą polskich Ormian. Była to ruchliwa osada, założona w XVI wieku, rozbudowana przez hetmana ruskiego Michała Potockiego w 1716 roku. Ormianie mieli tam swój kościół, a każdego roku, 13 czerwca, organizowali słynny odpust, na który zjeżdżała się ludność ormiańska z całej Bukowiny, historycznej Besarabii i nawet z Armenii.

Na przedmieściach, w Starych Kutach, przed wojną znajdowały się wille wypoczynkowe, bardzo popularne wśród letników przyjeżdżających z całej Polski. Kuty popularność zdobyły jako górska miejscowość wypoczynkowa, przepięknie zlokalizowana, podobnie jak Kosów, Jaremcze, Delatyń, huculskie miejscowości – Żabie i Worochta oraz położony wysoko w górach, znany z mineralnych źródeł, Burkut nad Czarnym Czeremoszem. Malownicze okolice przecinał szum górskich potoków. Tam kończyła się Polska, której granice w na Pokuciu miały prawie 700 lat.

Na drugim brzegu Czeremosza, na Bukowinie, znajduje się miejscowość Wyżnica, w której przed wojną mieszkał słynny na całej Bukowinie, tajemniczy rabin cudotwórca. Właśnie w Wyżlicy we wrześniu 1939 roku znajdywali schronienie ostatni polscy żołnierze wycofujący się pod ostrzałem sowieckich czołgów.

Wybuch II wojny światowej i sowiecka agresja na Polskę z 17 września 1939 roku, zmieniły historyczną mozaikę Kut. Żydów wymordowali Niemcy. Ormian i Polaków przegnało lub wymordowało OUN - UPA. Sowieci ponownie zajęli Pokucie wraz z innymi terenami wschodniej Polski. Kuty stały się zapomnianą, podupadłą, ukraińską miejscowością na granicy województw Iwano-Frankowskiego i Czerniowieckiego, po wojnie zagarniętego Rumunii. Do dziś z przedwojennej zabudowy w dobrym stanie zachowały się budynki miejskie z końca XIX i początku XX wieku, kościół katolicki (w czasach sowieckich mieścił się w nim skład spożywczy), osiemnastowieczny kościół ormiański przerobiony na cerkiew oraz ratusz, zabudowania wokół rynku miejskiego, polska strażnica graniczna i cmentarz zlokalizowany w północnej części miasteczka, na którym spoczywa wielu polskich Ormian.

Ostatni most na końcu Polski

Na granicy z Rumunią istniał drewniany most. Zniszczono go na początku lat czterdziestych. Na polskim brzegu rzeki znajdowała się strażnica graniczna. Przetrwała czas wojny i sowieckiej aneksji. W miejscu mostu wisi dziś kładka przerzucona nad rwącą rzeką.

Po przełamaniu przez Niemców polskich linii obronnych na Sanie, 11 września, polskie naczelne dowództwo planowało utworzyć ostatnią linię obrony na rzekach Dniestr i Stryj w południowo-wschodniej Polsce oraz we Lwowie i w Przemyślu, pozostających w obronie izolowanej. Na górskim obszarze tzw. Przedmurza Rumuńskiego, chronionego przez oddziały KOP – „Podole”, miały się koncentrować polskie jednostki, cofające się z innych odcinków frontu. Zakładano, że w górzystym obszarze, w czasie jesiennych deszczy, dywizje niemieckie nie będą mogły wykorzystać przewagi uzbrojenia i sprzętu. W górskich terenach siły broniących się Polaków i atakujących Niemców mogły być bardziej wyrównane, niż na nieosłoniętych równinach. O losach ewentualnej kampanii na Pokuciu decydować mogła artyleria i piechota, której Polska wciąż miała sporo. Dowództwo polskie liczyło na pomoc Francji i Anglii, zakładając utrzymanie się na tym odcinku przez kolejne tygodnie, aż do czasu kontrofensywy na froncie zachodnim. Ta jednak, mimo ustaleń sojuszniczych, nigdy przez Francję i Anglię nie została podjęta.

Agresja sowiecka na Polskę 17.IX.1939www.wikipedia.pl

12 września los Polski był przesądzony. Sojusznicy zdecydowali się nie podejmować działań zaczepnych i zrezygnowali z udzielenia wsparcia stronie polskiej. Ostateczny cios wycofującym się polskim oddziałom zadały armie sowieckie, które uderzyły na wschodnie tereny II Rzeczpospolitej rankiem 17 września 1939 roku, łamiąc polsko-sowiecki pakt o nieagresji, który miał obowiązywać do 1945 roku. Wobec przygniatającej przewagi wroga, sowieci uderzyli w sile prawie 2 milionów żołnierzy, 4000 czołgów i 1800 samolotów, nieliczne polskie oddziały nie mogły nawiązać walki.

Ewakuacja

Już 17 września do Kut przybył prezydent Ignacy Mościcki, wraz z nim pojawili się przedstawiciele najważniejszych organów konstytucyjnych II RP, tymczasowo rozlokowanych w Śniatyniu, Kołomyi i Kosowie. Tego samego dnia przybył do Kut rząd polski, który wcześniej obradował w Kołomyi. Na wieść o sowieckiej agresji zdecydowano o ewakuacji najwyższych przedstawicieli państwowych na stronę rumuńską. Premier Felicjan Sławoj Składkowski, prezydent Ignacy Mościcki i minister spraw zagranicznych Józef Beck podjęli wówczas decyzję najtrudniejszą w trakcie kampanii wrześniowej, uzasadnioną jednak racją stanu i logiką polityczną. Pozwoliło to, mimo internowania w Rumunii, na zachowanie ciągłości władz państwowych i utworzenie armii polskiej i rządu na emigracji we Francji i później w Anglii.

W nocy z 17 na 18 września terytorium II RP opuścili prezydent, rząd i minister spraw zagranicznych, który negocjował warunki pomocy strony rumuńskiej, w zamian za odstępstwa od wcześniejszych układów o wzajemnej pomocy wojskowej w wypadku ataku sowieckiego. Wobec totalnej klęski polskich armii, Rumuni nie byli skłoni do wystawienia własnych oddziałów przeciwko Armii Czerwonej. Nad ranem 18 września na stronę rumuńską przejechał sztab główny na czele z marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym oraz marszałkowie Sejmu i Senatu. Przez cały dzień drewnianym mostem w Kutach przejeżdżali i przechodzili przedstawiciele administracji i najwyższych instytucji państwowych. Przewieziono skarbiec wawelski i wozy ze złotem przeznaczonym na prowadzenie wojny.

Mimo wcześniejszych ustaleń, długo negocjowanych ze stroną rumuńską, polskie władze nie mogły skorzystać z droit de passage (prawo przejazdu) i internowano je w Bicaz, Krajowej i w Slanicach. Rumuni nie pomogli stronie polskiej głównie w wyniku nacisków dyplomacji sowieckiej, niemieckiej oraz francuskiej, dla której lepszym rozwiązaniem było promowanie generała Władysława Sikorskiego, niż podtrzymywanie przegranej ekipy marszałka Rydza Śmigłego i Władysława Raczkiewicza.

Między 18 a 21 września drogą przez most w Kutch wycofywali się żołnierze, wśród nich generał Władysław Sikorski. Odwrót osłaniały resztki polskiego lotnictwa i oddziały KOP – „Podole”, dowodzone przez pułkownika Marcelego Kotarbę, które przez kilka dni odpierały ataki sowieckich jednostek pancernych. W walkach z sowietami pod Kutami zginął podchorąży Tadeusz Dołęga-Mostowicz, znany pisarz, autor „Kariery Nikodema Dyzmy”. Sowieci zajęli Kuty dopiero 21 września. Wówczas czołgi 12. Armii zablokowały most.

Mimo klęski wrześniowej, jeszcze w październiku i listopadzie, polscy żołnierze i cywile potajemnie przekraczali granicę na Czeremoszu. Próbowali przechodzić przez rzekę brodami. Wielu z nich dostało się do sowieckiej niewoli lub zginęło w potyczkach ze zbrojnie występującymi przeciw Polakom Ukraińcami.

Żołnierze Wojska Polskiego opuszczali Polskę również przez przełęcze w karpackich Gorganach i Czarnohorze, na pograniczu z Węgrami i Rumunią. Taką drogę przebyła m.in. grupa operacyjna „Stryj” i jedyni nie pobici w kampanii wrześniowej - żołnierze 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej, dowodzonej przez pułkownika Stanisława Maczka, którzy w połowie stanu osobowego (ponad 1500 ludzi) wycofali się jako zorganizowana jednostka wojskowa ze sprzętem.

Doliną Świcy, przez Heczkę w Gorganach, granicę polsko-węgierską przekroczył generał Kazimierz Sosnkowski. Nie wszystkim udało się opuścić Polskę. Do sowieckiej niewoli dostało się ponad pół miliona żołnierzy. Dwukrotnie więcej Polaków dotknęły masowe deportacje oraz terror komunistycznych i nazistowskich okupantów we wschodnich terenach II RP.

Mikołaj Falkowski

Drukuj | Poleć znajomemu | Dodaj do:

Przyjaciel z łóżkowym bonusem

rozmawiała Joanna Derkaczew
2009-04-19, ostatnia aktualizacja 2009-04-17 16:44

Pytani o motywy nawiązywania relacji FWB - 'friends with benefits' [dosł. 'przyjaciół z dodatkowymi świadczeniami'] odpowiadali: ''Potrzebuję seksu''. To łatwiejsze niż tradycyjna relacja lub: to modne - rozmowa z psycholożką i badaczką kultury Magdą Zeną Sadurską


ZOBACZ TAKŻE
Czy miłość jest w życiu najważniejsza?

Prywatnie wolałabym wierzyć, że tak. Tyle że tak jak nie każdy ma szczęście w kartach, tak też nie każdy ma szczęście w miłości. Większość osób w naszym społeczeństwie chciałaby wierzyć w romantyczny model 'jednej, jedynej miłości', ale co robić, gdy ten model się nie sprawdzi?

To inaczej: czy miłość jest najważniejsza w związku?

To zależy, co rozumiemy przez miłość i jaki rodzaj związku budujemy. Otaczająca nas kultura wpaja wyobrażenia o miłości ujednolicone jak krój garniturów. Niby różne odcienie, ale w sumie wszystkie do siebie podobne. A przecież tak jak ludzie są różni, tak różne związki będą tworzyć. Mówi się, że miłość niejedno ma imię. Na przestrzeni wieków w różnych rejonach kuli ziemskiej obowiązywały bardzo różne zasady dotyczące relacji między ludźmi. Ani model z komedii romantycznej, ani model macho i jego kobiety, ani coraz modniejsze w kulturze zachodniej singielowanie nie są uniwersalne. Badania pokazują, że istnieją kultury, w których nie ma pojęcia miłości romantycznej. Nie da się więc odpowiedzieć, jak ważna jest miłość, gdy za każdym razem to pojęcie coś innego znaczy, a czasem wcale nie występuje.

Inna sprawa, że od jakiegoś czasu zaczęło dominować w kulturze popularnej rozumienie miłości jako mało wyszukanego, skomercjalizowanego romantyzmu. Ten model w połączeniu z dokonującymi się zmianami obyczajowymi może okazać się mieszanką wybuchową o trudnym do skontrolowania działaniu. Schizofreniczność naszych czasów polega na tym, że próbujemy realizować dwa lub więcej modeli życia: pragniemy romantycznej miłości jak z hollywoodzkiego filmu, mamy w planie życie rodzinne, jak by tego chciała nasza babcia, i ekspansywną karierę zawodową. Te trzy scenariusze są co najmniej trudne do pogodzenia. W tym sensie w związku najważniejsza jest przestrzeń na godzenie tych różnych dążeń, bo każdy z tych scenariuszy ma w sobie coś, co nas przyciąga. Tradycyjne podejście do związków ma za sobą lata testów. Wchodząc w taki typ relacji, wiemy, że próbujemy żyć podobnie do wielu ludzi, których znamy, często wiemy też, jakie są jego minusy. Bywa jednak, że jesteśmy za bardzo 'zaprogramowani' na jego realizację, że wchodzimy w ten schemat bez krytycznego myślenia o tym, co planujemy, w jakimś odruchowym porywie, a to nie zawsze dobrze się kończy. Do tego znając minusy takiego modelu, za szybko je akceptujemy. Gdy na tym tle pojawia się model 'amerykański'...

Model 'mam prawo do samorealizacji'?

Tak. Tyle że ta 'samorealizacja' za często i za szybko mutuje w prymitywny egoizm i hołdowanie każdej swojej zachciance. Ludzie zakochują się, zakładają rodziny w nadziei, że teraz to już będzie jak w bajce albo co najmniej jak w reklamie płatków śniadaniowych. Gdy pojawiają się trudności, szukają ucieczki, bo żaba nie zamieniła się w księcia, a dzieci wrzeszczą, zamiast wcinać te płatki. Potem przychodzi czas na kolejną bajkę i tak w kółko. Rozwodów przybywa.

A druga skrajność? Związek bez romantyzmu? Tylko przyjaźń i seks na precyzyjnie wynegocjowanych zasadach?

Właśnie podałaś charakterystykę związków typu 'friends with benefits' [dosł. 'przyjaciół z dodatkowymi świadczeniami'], które są coraz bardziej popularne w Stanach. W Polsce ten temat niemal nie istnieje, ale w USA ponad połowa studentów deklaruje, że ma za sobą takie doświadczenia.

Czym to się różni od zwykłego sypiania z kim popadnie?

Jest siedem cech pozwalających odróżnić związki FWB od promiskuityzmu. Po pierwsze, tego typu relacje tworzy się na wynegocjowanych warunkach. Po drugie, seksualność pozostaje pod kontrolą wzajemnych ustaleń. Dotyczą one częstości współżycia, wierności, antykoncepcji itd. Po trzecie, jest to relacja przyjacielska, w której na pierwszym planie są szczerość, wsparcie, akceptacja, obecność. Czwarta cecha jest opcjonalna - zachowanie związku w tajemnicy. Najczęściej występuje przy pierwszym związku FWB. Przy kolejnych już rzadziej. Po piąte i najbardziej problematyczne - związek ma charakter tymczasowy i zakłada się w nim brak zazdrości! Tę cechę 56 proc. badanych deklaruje jako najważniejszą i najtrudniejszą w realizacji. Priorytetem w związku jest jednak przyjaźń.

A seks?

Jest drugoplanowy. Chodzi tu głównie o bliskość, szczerość, wsparcie, a przy okazji - zaspokojenie tych najintymniejszych potrzeb. Z tego powodu FWB zyskuje poza przeciwnikami, którzy uważają tę relację za przedmiotową i wykorzystującą, wielu obrońców. Pytani o motywy nawiązywania relacji FWB studenci odpowiadali: 'Nie chcę stałego związku', 'Potrzebuję seksu', 'To jest łatwiejsze niż tradycyjna relacja', 'Chcę pogłębić relację z przyjacielem/przyjaciółką'. Czasem pada też odpowiedź: 'Chcę związku typu FWB, bo to jest modne'.

Jak to się kończy?

10 proc. badanych wchodzi ze swoim przyjacielem w stały związek, 25 proc. zrywa zarówno układ, jak i przyjaźń, 30 proc. wraca do poziomu przyjacielskiego, 30 proc. to brak danych. Kolejna forma miłosnej ruletki.

Kto wchodzi w takie związki?

Najczęściej ludzie, którzy mają do miłości stosunek bardziej zabawowy niż romantyczny, co jest koronnym argumentem krytyków tych relacji. Szokujące jest raczej to, jaką przemianę myślenia o przyjaźni i płci przeszła kultura zachodnia w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Jeszcze w latach 70. większość badanych deklarowała, że w ogóle nie ma przyjaciół przeciwnej płci, a badacze rozprawiali, czy przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa. W latach 80. deklarowano już dwóch-trzech przyjaciół. W latach 90. średnia liczba przyjaciół przeciwnej płci wzrosła do czterech-pięciu. Dziś dyskutuje się o tym, jakie korzyści odnoszą mężczyźni i kobiety z posiadania przyjaciół przeciwnej płci.

Przyjaźń wypiera miłość?

Badania pokazują, że ludzie, którzy mają więcej przyjaciół odmiennej płci, lepiej się rozwijają. Wyjątkowo dużo wynoszą z tego mężczyźni. Poprawiają im się kompetencje werbalne i emocjonalne. Otrzymują ciepło i wsparcie, na które nie mogą liczyć ze strony kolegów. Wielu mężczyzn deklaruje nawet, że woli przyjaźnie z kobietami. Wiąże się to z przemianami ideału męskości i kobiecości.

Dzisiejszy mężczyzna ma prawo do okazywania uczuć, ma prawo się popłakać i zająć dzieckiem. Jest bardziej androginiczny, a ludzie mający dobrze rozwinięte kompetencje obu płci na wielu płaszczyznach radzą sobie po prostu lepiej: są bardziej popularni, mają więcej przyjaciół, łatwiej uzyskują wsparcie społeczne.

Ale czy taka androginiczna osoba z masą przyjaciół odmiennej płci jest jeszcze w stanie funkcjonować w monogamicznym, tradycyjnym związku?

Relacje przyjacielskie i tworzenie związku to różne sprawy, które nie powinny ze sobą konkurować ani się wykluczać. Zrywanie kontaktów społecznych z powodu wejścia w związek to błąd, który, niestety, zdarza się nie tak rzadko. Wyizolowana para ogranicza swoje możliwości rozwoju, bo opuszcza wiele stymulujących wydarzeń, traci możliwości konfrontowania swoich opinii z innymi ludźmi. A co, jeśli przyjdzie kryzys? Okaże się, że żadne nie ma się do kogo zwrócić. Takie osoby po rozstaniu stają się bardzo samotne. Bez wsparcia społecznego stajemy się łatwym łupem dla chorób fizycznych i psychicznych, zwłaszcza depresji.

Czy rezygnując z typowo kobiecych/męskich ról, upodabniając się do siebie, nie tracimy czegoś? Co z mitycznym przyciąganiem się przeciwieństw?

Podobieństwo partnerów generalnie pozwala przypuszczać, że związek będzie udany, choć oczywiście to także zależy od czasu, miejsca i typu człowieka. Dwoje podobnych do siebie ludzi potrafi się dobrze zrozumieć, dzieli swoje pasje, mówi podobnym językiem, preferuje to samo towarzystwo i ten sam sposób spędzania wolnego czasu. Różnice bywają atrakcyjne, ale na dłużej stają się irytujące i nudne, są powodem nieporozumień i kłótni. Chyba dlatego mit o szukających się dwóch połówkach mówi właśnie o jednym owocu, a nie o sałatce owocowej.

Czy to, że relacje będą się stopniowo wyrównywać, można nazwać postępem? Czy ta liberalizacja wyjdzie nam na dobre?

Nie wpadałabym ani w katastrofizm, ani w hurraoptymizm. Wszystkie przemiany mają plusy i minusy. Dla mnie jako badaczki kultury i psychologa ciekawe jest, jak wyciągnąć z tego procesu to, co korzystne, i uniknąć tego, co niebezpieczne. Zdarza się, że osoby promujące radykalne, konserwatywne wzorce same dokonują wyborów, którymi kompromitują promowane wartości. Ideały, którym hołdowali nasi dziadkowie, mogą być dla nas z wielu powodów nie do zrealizowania. Z drugiej strony liberalizacja obyczajów następuje w tempie, nad którym trudno zapanować. Nie wiadomo, jak zapobiegać kłopotom, które może mieć nasze nastoletnie dziecko, bo sami nie mieliśmy takich, a nawet nie wiemy, na czym one polegają. Wszystko jest w krytycznym momencie - świeże, niezrozumiałe, rozgrzebane.

Czyli równość i braterstwo tak, ale całkowita wolność już niekoniecznie?

Ludzie dzięki tradycji są lepiej przystosowani do tego, żeby żyć w relacji bliskości, w relacji, która jest wiążąca. Być może tę potrzebę więzi mają nawet wpisaną w siebie biologicznie. Jeśli wolność ma znaczyć kompletny brak zobowiązań i brak odpowiedzialności - staje się drogą donikąd. Normalne, zdrowe wychowanie dzieci powinno uczyć je zarówno czerpać, jak i wnosić. Inaczej będziemy cały czas sami. Będziemy walczącymi ze sobą wilkami, jak chciał pewien filozof. A przecież nikt nie chce żyć pośród wilków. Tak jak możemy przeczytać w 'Małym Księciu': 'Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś'. Do tego potrzebna jest dojrzałość.

Dlaczego związki i małżeństwa w Polsce są tak niedojrzałe i nieprzygotowane?

Trudne pytanie. Psychologia potrafi dosyć dokładnie zmierzyć to, jak jest. Gorzej z określeniem przyczyn. O jakiej dojrzałości do tworzenia związku i rodziny można mówić, gdy małżeństwo zostaje zawarte, bo dziewczyna zaszła w ciążę na dyskotece? Nie ma edukacji seksualnej w szkołach, jest za to po krzakach i w internecie. Poza tym z przyczyn kulturowych wciąż wiele par zawiera małżeństwo bez uprzedniego poznania przyszłego małżonka - w wielu środowiskach wspólne mieszkanie przed ślubem uchodzi za nieobyczajne.

Ludzie, którzy chcą wziąć ślub kościelny, nie mogą mieszkać razem przed przyjęciem sakramentu. Albo muszą skłamać na 'rozmowie kwalifikacyjnej'.

To dziwna sytuacja: żeby złożyć przysięgę na całe życie, trzeba najpierw skłamać. W Polsce nie ma usankcjonowanego zwyczaju 'bycia razem', tworzenia związku poza związkiem małżeńskim, mimo że nieformalnie ten rodzaj relacji jest dominujący. Nie ma na to nawet odpowiedniego słowa. O ukochanym można powiedzieć 'partner', ale to kojarzy się raczej z 'partnerem biznesowym'.

Ja mówiłam 'kohabitant'.

Kohabitant chyba nie występuje w polszczyźnie. Są za to słowa 'konkubent' i 'konkubina'. Tylko że te słowa kojarzą się z kontekstem sądowo-kryminalnym, a to nie jest najbardziej romantyczny kontekst. Może doczekamy się kiedyś związków partnerskich jak we Francji.

Ani język, ani społeczeństwo nie ułatwiają pracy nad związkiem.

Nie ułatwiają tworzenia związku, a jeszcze bardziej utrudniają funkcjonowanie poza nim. Szczególnym problemem jest tu seksualność. Nie każdy ma szczęście w miłości, ale każdy ma potrzeby seksualne. Tu istnieją duże różnice w tym, na co pozwala się mężczyznom i kobietom. Istnieje społeczne przyzwolenie na to, że mężczyźni realizują się seksualnie bez względu na stan życia uczuciowego. Kobiety zaś są uczone, że seksualność jest częścią miłości i gdy miłość zawiedzie, bywa problemem. Ilustracją takiego kulturowego treningu są nawet piosenki grane w polskim radiu: 'Hej, dziewczyno, nie oddawaj się na pierwszej randce, bo nie będziesz miała żadnych szans!' albo 'Bo męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać...', albo 'Kombinuj, dziewczyno, nim twe wdzięki przeminą, uśmiechaj się błogo, jeśli chcesz wyjść za mąż młodo!'. Mądrości życiowe z polskich hitów! Wiadomo więc powszechnie, że należy spotkać księcia z bajki, a potem żyć długo i szczęśliwie. Tego więc życzę wszystkim Czytelniczkom. Tym zaś, którym się to nie uda, życzę bycia człowiekiem wśród ludzi, którzy nie traktują innych przedmiotowo, i wielu prawdziwych przyjaciół, w tym jakiegoś z bonusem.

Co sądzicie o relacji FWB? Czy Waszym zdaniem miłość jest najważniejsza? A może model: mąż, żona i gromadka dzieci jest już przestarzały i trzeba go zmienić? Czekamy na maile.



Źródło: Wysokie Obcasy