środa, 9 maja 2012

Kto użył telefonu prezydenta? "To był archaiczny model, zwykła komórka. Rosjanie spokojnie mogli podsłuchiwać"


Michał Protaziuk, mig
08.05.2012 , aktualizacja: 09.05.2012 07:36
A A A Drukuj
Lech KaczyńskiFot. Sławomir Kamiński / AGLech Kaczyński
Dwa lata po katastrofie smoleńskiej pojawił się nowy wątek - dokonano trzech połączeń z pocztą głosową z telefonu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie wiadomo, kto używał telefonu, dlaczego i co mógł usłyszeć. Polska prokuratura badała jednak tę sprawę pod zupełnie innym kątem i ją umorzyła. Dziś okazuje się, że być może zbyt wcześnie, choć eksperci wątpią, by poczta głosowa prezydenta zawierała tajne informacje.
O tym, że już po tragedii dokonano połączeń z pocztą głosową z telefonu prezydenta najpierw napisał "Nasz Dziennik". Później informację potwierdziła Naczelna ProkuraturaWojskowa. - Ustalono, że w dniu 10 kwietnia 2010 roku miały miejsce dwa połączenia wychodzące: pierwsze o godz. 12.46, drugie o godz. 16.24 czasu polskiego; a w dniu 11 kwietnia 2010 roku jedno połączenie wychodzące o godz. 12.18 czasu polskiego - powiedział rzecznik prokuratury płk Zbigniew Rzepa.

W prawicowej prasie pojawiły się sugestie, że telefon był specjalnie sprawdzany przez Rosjan. - Myślę, że nie szukali tam danych związanych z przyczynami katastrofy, tylko szukali tam zupełnie innych danych - mówił "Naszemu Dziennikowi" mecenas Piotr Pszczółkowski, reprezentujący w śledztwie smoleńskim Jarosława Kaczyńskiego. 

Czy rzeczywiście mogło tak być? Pytamy Jana Osieckiego, dziennikarza i współautora książki o katastrofie smoleńskiej "Ostatni lot. Raport o przyczynach katastrofy".

"Nie sądzę, by było tam coś tajnego"

- Jest mało prawdopodobne, że Rosjanie dostali rozkaz i funkcjonariusze wszystkich obecnych na miejscu służb - czyli FSB, OMON oraz wojskowych formacji - chodzili i szukali telefonu prezydenta. Nie sądzę też, że mając kilkanaście znalezionych na miejscu tragedii telefonów mogli od razu zgadnąć, który jest czyj - mówi portalowi Gazeta.pl Osiecki.

Osiecki wątpi, że Rosjanie specjalnie przesłuchali pocztę głosową telefonu prezydenta, by znaleźć jakieś tajne informacje. - To był archaiczny model telefonu. Gdyby chcieli, to mogliby go spokojnie podsłuchiwać - dodaje. - To była zwykła komórka, w żaden sposób niezabezpieczona przed podsłuchem. Choćby ze względu na to, nie sądzę, żeby było tam coś tajnego - podkreśla.

"To mogły być przypadkowe połączenia"

Dziennikarz stawia również kilka hipotez dotyczących tego, jak mogło dojść do połączeń z pocztą głosową. - Być może ktoś miał w ręku telefon i przypadkowo połączył. W tym modelu telefonu wystarczy nacisnąć klawisz "1" i "zieloną słuchawkę" i łączy z pocztą głosową. W niektórych sieciach poczta głosowa również sama oddzwania - spekuluje Osiecki. 

Uważa, że gdyby ktoś chciał specjalnie dzwonić z tego telefonu lub korzystać z karty SIM, to najpewniej po to, żeby sprawdzić, do kogo on należał. - Może robił to pierwszy lepszy wojskowy? - zastanawia się. 

Telefon mógł też sam połączyć się z pocztą głosową. - Był uszkodzony, sam mógł zadzwonić, wybrać ostatnie połączenie. To możliwe, ale mało prawdopodobne - twierdzi Osiecki. - Przy okazji pojawia się pytanie, dlaczego prezydent nie zastosował się do polecenia personelu pokładowego i przed startem nie wyłączył komórki. Ta zasada dotycząca bezpieczeństwa lotu obowiązuje nawet w samolotach prezydenckich - dodaje.

Kto i po co łączył się z pocztą głosową telefonu prezydenta?

Śledztwo ws. telefonu prezydenta prowadziła warszawska prokuratura okręgowa. Z braku znamion przestępstwa odmówiła wszczęcia śledztwa. Tymczasem pytań w sprawie telefonu jest sporo, a na wiele nie ma odpowiedzi. Kto i gdzie znalazł ten telefon? Wojskowa Prokuratura Okręgowa wWarszawie nie posiada informacji w tym zakresie.

Po odpowiedź na najważniejsze pytanie - kto i po co próbował połączyć się z pocztą głosową telefonu prezydenta - rzecznik prasowy NPW płk Zbigniew Rzepa odsyła jednak do rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Dlaczego prokuratura umorzyła śledztwo?

Nie badano, kto dokonywał połączeń z telefonu prezydenta. Postępowanie prowadzono bowiem w trybie art. 285 par. 1 Kodeksu karnego, który przewiduje do lat 3 więzienia dla kogoś, kto "włączając się do urządzenia telekomunikacyjnego, uruchamia na cudzy rachunek impulsy telefoniczne" - powiedział portalowi Gazeta.pl rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura.

- Warunkiem tego przestępstwa jest "włączenie się do urządzenia", o czym nie można mówić w niniejszej sprawie - wyjaśnia prok. Ślepokura. W rozmowie z nami podkreśla, że sprawę badano tylko zgodnie z trybem art. 285 par. 1, ponieważ prokuratura wojskowa wyłączyła ten wątek ze śledztwa właśnie pod taką kwalifikacją (7 listopada 2011 r. Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie wydała postanowienie o wyłączeniu materiałów dotyczących tej sprawy do odrębnego postępowania oraz przekazaniu ich według właściwości Prokuraturze Okręgowej w Warszawie).

Prokuratura Generalna zleciła jednak Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie "analizę umorzenia sprawy i rozważenie jej kontynuowania". - Chodzi o kwestię kwalifikacji prawnej, przedwczesności tej decyzji - mówi portalowi Gazeta.pl rzecznik Prokuratury Generalnej Mateusz Martyniuk.

Dlaczego ktoś sprawdził tylko telefon prezydenta?

Na kolejne nasze pytania śledczy nie znają odpowiedzi. Wiadomo, że telefon został przekazany stronie polskiej - Żandarmerii Wojskowej - 13 kwietnia 2010 r. Był uszkodzony i nadpalony. Ogółem w polskie ręce trafiło ok. 100 telefonów komórkowych, zabezpieczonych na miejscu zdarzenia. Tożsamość ich właścicieli ustalały Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie i ABW, która obecnie je przechowuje.

Ale, czy telefon był badany przez stronę rosyjską po katastrofie? Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie ma wiedzy w tym zakresie. Skąd było wiadomo, że konkretny telefon należy właśnie do prezydenta oraz kto i w jaki sposób to ustalił? To kolejne ważne pytanie, tym bardziej, że według polskiej prokuratury wojskowej telefony komórkowe należące do ofiar katastrofy logowały się do sieci komórkowej Federacji Rosyjskiej (to znaczy, że mogły nie zostać wyłączone na czas lotu), ale właśnie tylko z prezydenckiego telefonu dokonano po katastrofie trzech prób połączenia z pocztą głosową.

poniedziałek, 7 maja 2012

Jak się nie płaci podatków. Opłaca się już od 100 tys. zł?


Witold Gadomski
30.04.2012 , aktualizacja: 04.05.2012 17:24
A A A Drukuj
- Każdy kraj może być rajem podatkowym. Mówimy oczywiście o legalnych operacjach, a nie o praniu brudnych pieniędzy - mówi mi prezes firmy zajmującej się "optymalizacją" podatków i zachęca: - To opłaca się już nawet przy rocznych dochodach rzędu 100 tys. zł
Rejestracja firmy w raju podatkowym jest prosta i niedroga. Nie trzeba nigdzie jechać. Formalności załatwiają firmy takie jak np. zarejestrowana w Nikozji ECDDP Cyprus Ltd. Na stronie internetowej pisze: - Proponowane rozwiązania systemowe bazują na instrumentach prawnych oferowanych przez systemy prawne państw obcych i są konstruowane indywidualnie pod potrzeby konkretnego przedsiębiorstwa lub osoby fizycznej.

Łukasz Mazur, prezes zarządu ECDDP, nazywa to "optymalizacją" podatków. Optymalizacja to eufemizm, chodzi rzecz jasna o to, by zapłacić jak najmniej. Do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia moralna. - Wyrzuciłem za drzwi faceta, który proponował mi doradztwo podatkowe i obiecywał, że zapłacę o połowę mniej - powiedział mi kolega dziennikarz. - Uważam taką propozycję za nieprzyzwoitą.

Czy legalne zaniżanie podatków jest godne potępienia? Czy jest naturalną strategią przedsiębiorcy, który dąży do minimalizowania kosztów?

Moralna czy niemoralna propozycja?

Przykład: Polska firma kupuje w Chinach towary i sprzedaje w Polsce, zwykle pięcio-dziesięciokrotnie drożej. Musi uwzględnić koszty transportu, ubezpieczenia, magazynowania itd. Ale i tak interes jest opłacalny. Spółka może mieć 30-50 proc. zysku od obrotu. Jeśli zgłosi to do urzędu skarbowego, zapłaci 19-procentowy CIT. To i tak znacznie mniej niż w wielu krajach Europy Zachodniej, ale niektórym jednak żal. Co wtedy robią? Zakładają spółkę w Liechtensteinie i to tam odkładają zysk z handlu. Zarejestrowana w maleńkim księstwie firma sprzedaje dalej towary do swej polskiej spółki-matki. Sprzedaje drogo, więc spółka nad Wisłą zysku nie ma lub ma niewielki. Polski fiskus na niej nie zarobi. A Liechtenstein? Teoretycznie pobiera 12,5 proc. podatku CIT. Ale wykorzystując wszystkie obowiązujące ulgi, płaci się tylko niewielką jego część. Problem może być z transferem pieniędzy do Polski. Ale da się go łatwo rozwiązać. Na przykład zarejestrowana w Liechtensteinie spółka podpisuje z polską centralą umowę i daje jej pożyczkę.

Polska zawarła z wieloma krajami umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Jeśli spółka zostanie opodatkowana w kraju, gdzie podatki są niskie, nie będzie musiała płacić wyższego podatku w Polsce lub zapłaci tylko różnicę. Same stawki nie przesądzają jeszcze o wielkości podatku dochodowego. Ważne jest, w jaki sposób liczy się jego podstawę, jakie wydatki można wpisać w koszty, kiedy podatek jest płacony, czy istnieją ulgi i od jakich rodzajów działalności. Duże różnice dotyczą opodatkowania dywidend i zysków kapitałowych.

Niemcy wykorzystują do optymalizacji podatkowej spółki zakładane w Polsce - mówi Łukasz Mazur. Wygodną formą prawną jest dla nich spółka akcyjno-komandytowa, dzięki której płacą 19 proc., a nie ponad 30 proc., które obowiązuje w ich kraju.

Nawet Szwecja z jednymi z najwyższych stawek podatkowych w Europie może być wykorzystywana do "optymalizacji". W umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania oba państwa zrezygnowały z poboru podatku u źródła przy umowach pożyczek zawieranych pomiędzy podmiotami polskimi i szwedzkimi. Daje to sposobność do rozwoju działalności pożyczkowej i kredytowej pomiędzy Polską a Szwecją oraz tzw. cash poolingu. To umowa o wspólnym zarządzaniu płynnością finansową lub konsolidacji rachunków bankowych w ramach jednej grupy kapitałowej. Dzięki temu można oszczędzać na kosztach pożyczek, gdy jedna firma w ramach grupy pożycza innej. Ale rozwiązanie to daje też możliwość uniknięcia obowiązku zapłaty podatku dochodowego w Polsce, o ile powiązane ze sobą spółki zawrą odpowiednio skonstruowaną umowę.

Fiskus: raj to szkodliwa konkurencja

Dla Ministerstwa Finansów podatkowa optymalizacja oznacza uszczuplenie wpływów podatkowych. Jak wielkie? Niestety, fachowcy z ministerstwa na to pytanie nie byli mi w stanie odpowiedzieć. - Ministerstwo nie prowadzi takich szacunków - odpowiedział rzecznik prasowy resortu. - "Raj podatkowy" jest terminem języka potocznego i publicystyki używanym dla określenia państw i terytoriów stosujących szkodliwą konkurencję podatkową - wyjaśnia rzecznik.

W 2005 roku Ministerstwo Finansów opublikowało w postaci dwu rozporządzeń listę krajów stosujących nieuczciwą konkurencję podatkową w zakresie CIT i PIT. Na liście (a właściwie na dwu osobnych) jest czterdzieści krajów i terytoriów będących formalnie częścią określonego państwa, w których obowiązują osobne przepisy podatkowe. Są między innymi: księstwo Andory, Antigua i Barbuda, Aruba (terytorium Królestwa Niderlandów), Wspólnota Bahamów, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Gibraltar (należy do Wielkiej Brytanii), Hongkong (część Chin), należące do Wielkiej Brytanii wyspy Jersey i Man, Kajmany, a także Księstwo Monako, Wyspy Dziewicze (należą doUSA), księstwo Liechtenstein. Bynajmniej nie są to "kraje upadłe". Wielka Brytania lub Stany Zjednoczone, których terytoria są na czarnej liście, mogłyby bez trudu zaostrzyć przepisy podatkowe. Jeśli tego nie robią, to uznają, że opłaca się utrzymywać status rajów podatkowych.

To, czy kraj lub terytorium stosuje szkodliwą konkurencję podatkową, ocenia się - zgodnie ze standardami OECD - po możliwości uzyskiwania informacji. Nie chodzi zatem o kraje mające niskie podatki, tylko takie, które nie informują o polskich firmach lub obywatelach mających zarejestrowaną w "raju" działalność. Jeśli Polska zawiera z danym krajem umowę o wymianie informacji podatkowych, kraj jest skreślany z czarnej listy. Niedawno Polska podpisała tego typu umowy z wyspą Man, Jersey, Guernsey i San Marino. Negocjuje kilkanaście kolejnych, głównie z krajami obszaru Karaibów.

Polskie Ministerstwo Finansów traktuje podejrzliwie podatników, którzy prowadzą transakcje za pośrednictwem rajów. Muszą oni precyzyjnie dokumentować transakcje i przedstawić je inspektorom skarbowym, jeśli wartość przekracza 20 tys. euro. Ministerstwo sprawdza, czy w ramach operacji nie następuje nielegalny transfer zysków za pomocą tzw. cen transferowych. Na przykład: spółka należąca do międzynarodowego koncernu produkuje w Polsce telewizory. Tak naprawdę nie tyle produkuje, ile montuje z części sprowadzonych z innych krajów. Następnie telewizory sprzedaje za pośrednictwem innych firm należących do korporacji. W gruncie rzeczy chodzi o rozliczenia w ramach jednej grupy, coś jak przekładanie pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Ale każda spółka będąca częścią korporacji ma osobowość prawną i z punktu widzenia fiskusa jest samodzielnym bytem. W ramach grupy tak ustala się ceny części i gotowych wyrobów, by zyski wędrowały tam, gdzie podatki są najniższe.

Nasz fiskus przygląda się takim transakcjom. Jeśli ich warunki budzą wątpliwość i polska firma wykazuje dochody wyraźnie zaniżone, polski fiskus sam dokonuje szacunku i od tak wyliczonego dochodu nakłada podatek.

Nie uzyskałem informacji, jak wielkie są uszczuplenia podatkowe z tytułu stosowania cen transakcyjnych i jak liczne przypadki zostały przez inspektorów skarbowych zakwestionowane.

Reklamy Businessclick
Program Volvo Selekt
Wybierz Volvo Selekt, bo wiesz, że życie to coś więcej. Sprawdź ofertę
Serwis Klimatyzacji Volvo
Pozwól nam sprawdzić system klimatyzacji w Twoim samochodzie
Qashqai - Absolutny Crossover
Wyposażony w system kamer z widokiem 360 stopni i nowoczesną nawigację
Nissan.pl
 
Skąd na Cyprze tysiąc polskich spółek

Na czarnej liście Ministerstwa Finansów nie ma Cypru. To poważny członek Unii Europejskiej i strefy euro, który podlega unijnym regulacjom. Dlaczego zarejestrowanych tam jest blisko 1000 polskich spółek?

Pakiet kontrolny Cyfrowego Polsatu posiadają dwie cypryjskie spółki - Pola Investments Ltd. i Heronim Ruta Sensor Overseas Ltd. Podobnie właścicielem Avans International zarządzającego największą siecią sklepów ze sprzętem AGD i RTV w Polsce jest zarejestrowana na wyspie Lautum Fund Holding Limited. Perła Browary Lubelskie kontrolowana jest przez zarejestrowaną na Cyprze firmę Marconia Enterprises Limited. Spółki założyło tam wiele osób z listy 100 najbogatszych Polaków - na przykład Andrzej Hass, prezes ESL Hass Holding Cypr. Na wyspie zarejestrowane spółki mieli dwaj piłkarze Górnika Zabrze (prezesem Górnika był wówczas Łukasz Mazur) Słowacy Robert Jeż i Michal Gasparik. Podpisali z klubem umowy o "świadczeniu swego wizerunku".

Posiadanie spółki zarejestrowanej na Cyprze przynosi wiele korzyści. Polska spółka zawiera z cypryjską "córką" umowę, na podstawie której płaci jej za usługi. Na przykład za korzystanie z wartości niematerialnych - patentów, zastrzeżonej nazwy itd. Spółka cypryjska ma przychody, a zarejestrowana w Polsce koszty. Zyski są na Cyprze opodatkowane stawką 10-procentową. To już jedna korzyść, ale nie największa. Umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania między Polską i Cyprem przewiduje, że członkowie zarządów spółek cypryjskich płacą od swoich dochodów podatek na Cyprze. Górna stawka to 30 proc., czyli nieco niżej niż w Polsce. Nie ma jednak podatku od zysków kapitałowych. A zatem jeśli członek zarządu sprzeda akcje, które są częścią jego wynagrodzenia, nie płaci od nich podatku. A na koniec "wisienka na torcie". Cypryjski fiskus w ogóle nie obciąża podatkami nierezydentów. A polski biznesmen mający spółkę zarejestrowaną na Cyprze rezydentem cypryjskim nie jest. Zgodnie z polsko-cypryjską umową w Polsce od dywidendy z cypryjskiej spółki przedsiębiorca płaci 9 proc. podatku, a więc dwukrotnie mniej niż nisko zarabiający pracownicy. Ta niska stawka wynika z tego, że 10 proc. zapłacił na Cyprze. Ale w związku z wewnętrznymi przepisami cypryjskimi nie musi płacić. To tzw tax sparing czyli zaliczenia fikcyjne będące solą w oku polskiego fiskusa.

Polska, piekło czy raj?

22 marca 2012 r. Polska i Cypr podpisały protokół zmieniający umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania. Strona cypryjska nadspodziewanie szybko umowę ratyfikowała. Polska, której powinno bardziej zależeć na zmianie umowy, dopiero zakończyła konsultacje międzyresortowe. Jeżeli umowa zostanie ratyfikowana odpowiednio wcześnie i obie strony wymienią dokumenty jeszcze w tym roku, w cypryjskim raju pojawi się od stycznia 2013 roku więcej chmurek.

Pogarsza się też klimat w innych rajach. 27 kwietnia Sejm uchwalił ustawy dotyczące umów między Polską a wyspą Jersey oraz baliwatem Guernsey. Umowy dotyczą m.in. wymiany informacji w sprawach podatkowych i unikania podwójnego opodatkowania. Według wiceministra finansów Macieja Grabowskiego chodzi o to, by zyski firm były opodatkowane w miejscu, gdzie faktycznie zarządza się przedsiębiorstwem.

- Jeśli przedsiębiorstwo polskie wyłącznie zarejestrowałoby się na wyspie Jersey, a zarząd miałoby w Polsce, to byłoby opodatkowane w Polsce - tłumaczył na posiedzeniu Sejmu.

Jeśli Ministerstwo Finansów zamknie niektóre furtki, którymi wypływają potencjalne podatki, to część i tak pozostanie. W zglobalizowanej gospodarce nie da się precyzyjnie określić, czy grupa spółek rozlicza się "uczciwie" z podatków, czy też je zaniża.

Do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia moralna i pytania postawione na początku tekstu. Czy legalne zaniżanie podatków jest godne potępienia, czy jest naturalną strategią przedsiębiorcy, który dąży do minimalizowania kosztów?

Nie spotkałem przedsiębiorcy, który wyrzuciłby za drzwi faceta proponującego mu doradztwo podatkowe i obiecującego, że zapłaci o połowę mniej. Dość powszechny jest pogląd, że jak na mizerne usługi świadczone przez państwo przedsiębiorcy płacą i tak duże podatki. Płacą między innymi na rosnącą armię urzędników, którzy stawiają sobie za cel utrudnianie życia przedsiębiorcom.

- Unikanie podatków jest obecnie jedynym rodzajem działalności, który przynosi jeszcze jakiekolwiek dochody - mawiał John Maynard Keynes.

Może warto tak zmieniać podatki, by nie niszczyły firm i by nie opłacało się uciekać do raju?

Odmowa śledztwa ws. połączeń z telefonu L. Kaczyńskiego z 2010 r. jest prawomocna


Pra­wo­moc­na jest już de­cy­zja sto­łecz­nej pro­ku­ra­tu­ry o od­mo­wie wsz­czę­cia śledz­twa ws. do­mnie­ma­nej kra­dzie­ży im­pul­sów na szko­dę Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta RP. Pro­ku­ra­tu­ra Ge­ne­ral­na po­in­for­mo­wa­ła w po­nie­dzia­łek, że chce, aby ta de­cy­zja zo­sta­ła jesz­cze prze­ana­li­zo­wa­na.

Wrak prezydenckiego Tu-154, fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
Wrak prezydenckiego Tu-154, fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

O "ma­ni­pu­la­cjach" przy te­le­fo­nie Lecha Ka­czyń­skie­go 10 i 11 kwiet­nia 2010 r. w Rosji na­pi­sał w so­bo­tę "Nasz Dzien­nik". Ga­ze­ta po­da­ła, że po ka­ta­stro­fie na Sie­wier­nym ktoś na te­re­nie Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej ma­ni­pu­lo­wał przy te­le­fo­nie pre­zy­den­ta Lecha Ka­czyń­skie­go. Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go usta­li­ła, że od­słu­chi­wa­no pocz­tę gło­so­wą.

Na­wią­zu­jąc do in­for­ma­cji "NDz", rzecz­nik Na­czel­nej Pro­ku­ra­tu­ry Woj­sko­wej płk Zbi­gniew Rzepa po­in­for­mo­wał w po­nie­dzia­łek, że w lipcu 2011 r. do pro­wa­dzą­cej śledz­two w spra­wie ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej Woj­sko­wej Pro­ku­ra­tu­ry Okrę­go­wej w War­sza­wie wpły­nę­ła opi­nia bie­głe­go z de­par­ta­men­tu bez­pie­czeń­stwa te­le­in­for­ma­tycz­ne­go ABW za­wie­ra­ją­ca wy­ni­ki badań te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, no­śni­ków pa­mię­ci i in­ne­go sprzę­tu elek­tro­nicz­ne­go na­le­żą­ce­go do ofiar ka­ta­stro­fy.

Sprzęt ten był za­bez­pie­czo­ny na miej­scu zda­rze­nia i 13 kwiet­nia 2010 r. prze­ka­za­ny stro­nie pol­skiej. - Z tre­ści opi­nii wy­ni­ka­ło m.​in., że okre­ślo­na karta SIM dzia­ła­ją­ca w jed­nym z te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, lo­go­wa­ła się po raz ostat­ni do sieci Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej - za­zna­czył płk Rzepa.

W związ­ku z tym - jak po­da­ła NPW - pro­ku­ra­tu­ra woj­sko­wa zwró­ci­ła się do ope­ra­to­ra sieci, w któ­rej ta karta dzia­ła­ła, o wykaz po­łą­czeń z 10 kwiet­nia. - W wy­ni­ku prze­pro­wa­dzo­nych czyn­no­ści pro­ce­so­wych usta­lo­no, że w dniu 10 kwiet­nia 2010 r., po ka­ta­stro­fie, miały miej­sca dwa po­łą­cze­nia wy­cho­dzą­ce: pierw­sze o godz. 12.46, a dru­gie o godz. 16.24 czasu pol­skie­go; a w dniu 11 kwiet­nia 2010 r. jedno po­łą­cze­nie wy­cho­dzą­ce o godz. 12.18 czasu pol­skie­go z te­le­fo­nu użyt­ko­wa­ne­go przez pre­zy­den­ta Lecha Ka­czyń­skie­go, któ­re­go wła­ści­cie­lem była Kan­ce­la­ria Pre­zy­den­ta, i były to po­łą­cze­nia z pocz­tą gło­so­wą - po­in­for­mo­wa­ła pro­ku­ra­tu­ra woj­sko­wa.

Rzecz­nik NPW wy­ja­śnił, że śledz­two pro­wa­dzo­ne przez WPO do­ty­czy oko­licz­no­ści ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej, zaś po­łą­cze­nia od­by­ły się już po ka­ta­stro­fie, wobec czego kwe­stia ta nie ma bez­po­śred­nie­go związ­ku z przed­mio­tem śledz­twa pro­wa­dzo­ne­go przez pro­ku­ra­tu­rę woj­sko­wą.

- Mając na uwa­dze, że oko­licz­no­ści to­wa­rzy­szą­ce wy­ko­na­niu tych trzech po­łą­czeń z pocz­tą gło­so­wą, za wy­ko­na­nie któ­rych ob­cią­żo­na zo­sta­ła Kan­ce­la­ria Pre­zy­den­ta, nie miały związ­ku ze śledz­twem do­ty­czą­cym ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej i wy­ma­ga­ły dal­szych czyn­no­ści pro­ce­so­wych oraz fakt, że czynu tego nie mogła do­pu­ścić się osoba pod­le­ga­ją­ca orzecz­nic­twu pol­skich sądów woj­sko­wych, w li­sto­pa­dzie ze­szłe­go roku WPO zde­cy­do­wa­ła o wy­łą­cze­niu ma­te­ria­łów do­ty­czą­cych tej spra­wy do od­ręb­ne­go po­stę­po­wa­nia i prze­ka­za­niu ich Pro­ku­ra­tu­rze Okrę­go­wej w War­sza­wie - dodał.

Płk Rzepa wy­ja­śnił też, że pro­ku­ra­tu­ra woj­sko­wa uzna­ła wów­czas, że pod wzglę­dem kwa­li­fi­ka­cji praw­nej spra­wa do­ty­czy po­dej­rze­nia nie­le­gal­ne­go pod­łą­cze­nie się do urzą­dze­nia te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go, jed­nak ta kwa­li­fi­ka­cja "w żaden spo­sób nie była wią­żą­ca dla pro­ku­ra­tu­ry, do któ­rej prze­sła­no wy­łą­czo­ne ma­te­ria­ły".

W grud­niu 2011 r., z braku cech prze­stęp­stwa, Pro­ku­ra­tu­ra Okrę­go­wa w War­sza­wie od­mó­wi­ła śledz­twa ws. do­mnie­ma­nej kra­dzie­ży im­pul­sów na szko­dę Kan­ce­la­rii Pre­zy­den­ta RP.

- Z de­cy­zją za­po­znał się de­par­ta­ment po­stę­po­wa­nia przy­go­to­waw­cze­go Pro­ku­ra­tu­ry Ge­ne­ral­nej; w po­nie­dzia­łek PG wy­stą­pi­ła do Pro­ku­ra­tu­ry Ape­la­cyj­nej w War­sza­wie o prze­ana­li­zo­wa­nie tej de­cy­zji m.​in. pod kątem ewen­tu­al­ne­go dal­sze­go kon­ty­nu­owa­nia po­stę­po­wa­nia - po­wie­dział PAP rzecz­nik pra­so­wy PG prok. Ma­te­usz Mar­ty­niuk.

Jak wy­ja­śnił PAP w po­nie­dzia­łek rzecz­nik war­szaw­skiej pro­ku­ra­tu­ry okrę­go­wej prok. Da­riusz Śle­po­ku­ra, po­stę­po­wa­nie było pro­wa­dzo­ne pod kątem art. 285 par. 1 Ko­dek­su kar­ne­go, który prze­wi­du­je do lat 3 wię­zie­nia dla kogoś, kto "włą­cza­jąc się do urzą­dze­nia te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go, uru­cha­mia na cudzy ra­chu­nek im­pul­sy te­le­fo­nicz­ne". - Wa­run­kiem tego prze­stęp­stwa jest "włą­cze­nie się do urzą­dze­nia", o czym nie można mówić w ni­niej­szej spra­wie - dodał pro­ku­ra­tor.

De­cy­zja jest pra­wo­moc­na, bo Kan­ce­la­ria Pre­zy­den­ta RP - uzna­na za po­krzyw­dzo­ną w spra­wie - nie od­wo­ła­ła się od od­mo­wy śledz­twa. Prawa do od­wo­ła­nia nie miała ro­dzi­na Lecha Ka­czyń­skie­go, bo wła­ści­cie­lem te­le­fo­nu była Kan­ce­la­ria. Śle­po­ku­ra dodał, że pro­ku­ra­tu­ra nie ma wie­dzy, by ten te­le­fon był użyt­ko­wa­ny przez Lecha Ka­czyń­skie­go.