niedziela, 7 lipca 2013

Wierzyli, że jak wyrzucą dzieci z pociągu, to choć one przeżyją. Wyrzutki


Monika Żmijewska
 
22.06.2013 , aktualizacja: 22.06.2013 17:06
A A A Drukuj
Rysunki Stanisława Żywolewskiego wykorzystane w filmie 'Wyrzutki' Tomasza Wiśniewskiego i Sławomira Grunberga

Rysunki Stanisława Żywolewskiego wykorzystane w filmie 'Wyrzutki' Tomasza Wiśniewskiego i Sławomira Grunberga (Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta)

Ten chłopiec miał jakieś 6 lat. Był starannie przygotowany do wyrzucenia - owinięty w męską jesionkę, jakieś szmaty. Wypadł na pobocze. Ale potem już słychać było tylko strzały... - wspomina jeden z mieszkańców Łap, pamiętający wstrząsające historie z czasów wojny, gdy z jadących przez miasteczko pociągów z Białegostoku do Treblinki Żydzi wyrzucali swoje dzieci. Dramatyczne wydarzenia sprzed 70 lat przypomina dokument "Wyrzutki" w reż. Tomasza Wiśniewskiego i Sławomira Grunberga.
Kilkunastominutowy film - choć zebrał już kilka nagród na międzynarodowych festiwalach - w Białymstoku wcześniej nie był pokazywany. Premierowy pokaz miał w piątkową noc (21.06) w operowym amfiteatrze, w ramach trwającego tam Kina Letniego. Ów nocny pokaz był szczególny w atmosferze - najpierw wyświetlono film o dramacie w Łapach, potem - "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego, inspirowane zbrodnią w Jedwabnem.

"Wyrzutki" w kilkunastu minutach opowiadają o jednym z wątków deportacji Żydów w 1943 roku z okręgu białostockiego do obozu zagłady w Treblince. Droga transportu prowadziła przez miasteczko Łapy, kilkanaście kilometrów od Białegostoku. Zrozpaczeni rodzice wyrzucali swoje dzieci przez niewielkie okienka w wagonach, chcąc w ten sposób ocalić je przed śmiercią. Film to relacja naocznych świadków, pamiętających wciąż wstrząsające obrazy. Na dokumentalną narrację składają się też archiwalne zdjęcia i przejmujące rysunki Stanisława Żywolewskiego z Hajnówki, który w prostej, ale wymownej formie zilustrował opowieści mieszkańców o tamtych wydarzeniach (rysunki można cały czas oglądać w gmachu opery).

Wyrzucono kilkadziesiąt dzieci

Dziś blisko 90-letni świadkowie mówią do kamery, co udało się im zapamiętać. Każdy w głowie ma nieco inny obraz, głosy się przeplatają. Ktoś zapamiętał owinięte grubo dziecko wyrzucane przez szyber z pociągu na peron, ktoś inny: "najpierw wypadło dziecko, potem wyskoczył starszy syn i ojciec". Ktoś kojarzył dziewczynkę, ktoś inny chłopca. Niemal zawsze to obraz, który się zlewał z hukiem wystrzałów.

- Ci Żydzi liczyli, że to dziecko przeżyje.

- Czasami jak leżę, to widzę to jak teraz. Wtedy deszcz był przykry, dzieciaczek w tej jesionce... Płacz i strzały.

- Ten mały Żydek to był blondynek, łatwo byłoby go przechować. Ale ludzie bali się brać. Ci Niemcy zaraz strzelali.

- Od strony Łap nadjechał bryczką Niemiec. Miał ksywę "Sześcionogi", bo sam chodził na własnych nogach i zawsze ze sobą miał psa. Żydówka wyskoczyła, a on siedem razy do niej strzelił. Stale mi się to przypomina, młoda dziewucha była.

- Był w Łapach taki Dzierżko. Jak leżał na peronie ranny czy zabity Żyd, czy Żydówka, to on je zasypywał do dołu. Nie wiem, czy mu płacili, on to ze strachu chyba robił.

- Raz wyrzucili dziewczynkę to ludzie wzięli i wychowali...

Na końcu filmu pojawiają się napisy: "Przypuszczalnie kilkadziesiąt dzieci wyrzuconych zostało w ten sposób z pociągów. Jedna dziewczynka ocalała, mieszka do dziś w Łapach i nadal nie decyduje się na ujawnienie swej żydowskiej tożsamości".

Zbierałem te okruchy

- Temat tej historii jest bardzo bolesny i przejmujący. Usłyszałem ją kiedyś, postanowiłem zebrać okruch do okrucha, nakręcić film. Cały czas myślę: jaka to musiała być determinacja - kobieta wyrzuca dziecko w nadziei, że choć ono się uratuje - mówił po pokazie dokumentu jego współtwórca - Tomasz Wiśniewski, filmowiec, dziennikarz, twórca stowarzyszenia Szukamy Polski. - Zbierałem więc te okruchy, jeździłem do Łap, wracałem, jeździłem, wracałem. 15 minut zapisu zabrało dwa lata takiego jeżdżenia i składania puzzle'a. Świadkowie tamtych wydarzeń mają dziś po ok. 90 lat, to był ostatni moment na rozmowę. Wydobyć z nich parę zdań było trudne. Ale ja jeździłem tam wiele razy, cierpliwie słuchałem. Kiedy już udawało mi się wzbudzić zaufanie u jakiejś osoby, szedłem dalej.

Wiśniewski chodził po torach w Łapach, pukał do przedwojennych domów, gdzie mieszkali kolejarze (jak mówi - warto pojechać do Łap i przejść się tamtędy, by zobaczyć wspaniałą międzywojenną architekturę dworkową).

- Zdarzały się takie sytuacje, że ktoś już coś zaczynał mówić, pierwsze zdanie, a tu z boku wychodzi sąsiad i mówi: "nie mów, bo jeszcze to zostanie wykorzystane przeciw tobie". A to przecież nie było moim celem. Oczywiście łatwo byłoby tę historię zmanipulować. Gdyby ktoś chciał, to mógłby to nakręcić w taki właśnie sposób. Ale chodziło wyłącznie o to, by tę historię opowiedzieć. Nie osądzać. Bo czy wiemy, co my byśmy zrobili w takiej sytuacji? Czy podjęlibyśmy decyzję o wyrzuceniu dziecka, licząc, że się uratuje? Czy zabralibyśmy takie dziecko z peronu? - mówił Wiśniewski. - To nie jest film historyczny. To nawet nie jest film o Żydach. To film o wielkiej determinacji, o dylemacie, przed którym człowiek staje w ekstremalnej sytuacji. Bo znalazły się w niej i te matki, które się zdecydowały, i mieszkańcy, którzy tak naprawdę byli bezsilni. Ci świadkowie - w tamtych czasach w sumie dzieci albo bardzo młodzi ludzi - opowiadali mi o tym horrorze, który wtedy w Łapach się dział. Miasteczko było strategiczną stacją kolejową, a do pilnowania jej delegowani byli okrutni żandarmi. Mieszkańcy żyli z dylematem - czy mogli podnieść to dziecko z peronu i je uratować? A gdy to się czasem zdarzało, to często kończyło się to katastrofą - ktoś dziecko brał, ale przyjeżdżała żandarmeria i rozstrzeliwała. Wiadomo o jednym przypadku ocalenia, ta pani do dziś mieszka w Łapach, udało mi się z nią porozmawiać, nie zdecydowała się jednak na ujawnienie.

Oni byli białostoczanami

Wiśniewski odniósł się też do wątku antysemityzmu i kwestii edukacji.

- Spotkałem kiedyś rabina z Izraela, który mówi mi tak: "Fajnie - wy w Polsce organizujecie stowarzyszenia, projekty promujące wielokulturowość, przypominające tradycję Żydów i tak dalej. Ale powiedz mi, skąd się wziął u was ten antysemityzm"? No i jak odpowiedzieć na to pytanie, które od razu jest wyrokiem? Myślałem długo i w końcu tak mu odpowiedziałem: Skoro my wszyscy jesteśmy takimi antysemitami, to jak to się stało, że od XVI wieku do końca XIX wieku na obszarze Polski mieszkało 75 procent żydowskiej społeczności świata? Problem w tym, że polska historiografia jakoś o tym zapomina. My dziś na każdym kroku musimy się tłumaczyć z wypadków antysemityzmu, wyjaśniać. A nikt nie pamięta o właśnie takich kwestiach. Bo swego czasu historycy tę sprawę zaprzepaścili, na to się jeszcze nakłada polityka. Dlaczego Żydzi mieszkali w Polsce, gdy wypędzano ich z innych krajów? Bo mieli tu pewne prawa. A mieli je, bo mieli zdolności. Żydzi w Polsce zbudowali wiele miast, opracowali strukturę podatkową. O tym historycy nie mówią. Popełniamy grzech zaniechania, niewyjaśniania.

- Na koniec opowiem o czymś, co jest, moim zdaniem, kluczem do edukacji i rozumienia problematyki żydowskiej - mówił Wiśniewski. - W latach 20. ksiądz Piotr Śledziewski podjął decyzję, by w podbiałostockim Zabłudowie przykryć gontem dach drewnianej synagogi, choć gmina żydowska chciała dach obić blachą. On jednak podjął decyzję, że na swój sposób państwo polskie sfinansuje rewitalizację synagogi, wedle tradycyjnego wzorca. To zdecydował polski ksiądz, katolik. Dlaczego? Otóż dlatego, że dla tego przedwojennego duchownego synagoga w Zabłudowie nie była obiektem żydowskim, a historycznym obiektem spuścizny Polski wielokulturowej. I to zupełnie zmienia optykę. Ten ksiądz uważał, że Żydzi są nasi, nie obcy, są tak jak my mieszkańcami wielokulturowej Polski. I tak się powinno o tym myśleć. Tak myślano kiedyś. Teraz te myślenie zaprzepaszczono. Kiedyś widziałem, jak ktoś 1 listopada zapala lampki na białostockim cmentarzu żydowskim. Zapytałem: - Dlaczego pan to robi? Czy jest pan Żydem? A on mi na to: "Nie, nie jestem. Ale oni byli białostoczanami". Właśnie: to coś więcej niż bycie Żydem, katolikiem, prawosławnym. To nasi ludzie. Tak trzeba o tym myśleć, a nie załatwiać sprawy pojedynczymi koncertami dla tolerancji, a w gruncie rzeczy nadal myśleć o nich jak o obcych.

***

W sobotę (22 czerwca) już po zapadnięciu zmroku w operowym amfiteatrze - zmiana klimatu - pokaz komedii Billy'ego Wildera "Pół żartem, pół serio". W niedzielę zaś - "Ostrożnie, pożądanie", w reż. Anga Lee (dla dorosłych). Pokazy zaczynają się o godz. 22, bilety na każdy pokaz - 12 zł - w kasie opery i w amfiteatrze (wejście od Kalinowskiego). 


Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,14149821,Wierzyli__ze_jak_wyrzuca_dzieci_z_pociagu__to_choc.html#Cuk#ixzz2YNXFWidk

Oddajcienaszezloto.pl - wrocławska firma chce polskiego złota nad Wisłą


Ireneusz Sudak
 
03.07.2013 , aktualizacja: 03.07.2013 17:33
A A A Drukuj
Strona internetowa oddajcienaszezloto.pl

Strona internetowa oddajcienaszezloto.pl

Wraca temat sprowadzenia polskiego złota z Anglii do Polski. NBP odpowiada inicjatorom akcji Oddajcienaszezloto.pl, że złoto trzymane w Londynie ułatwia zawieranie transakcji i handel złotem.
Kilka metrów pod ulicami Londynu kryje się jeden z najbezpieczniejszych skarbców na świecie, którego nie otworzyłby sam Henryk Kwinto.

To właśnie tam, w sejfie Banku Anglii zdeponowana jest większość z ponad 100 ton polskiego złota. Jedna z firm zajmująca się komercyjnym handlem kruszcem wystosowała list do prezesa NBP, w którym wyraża swoje "zatroskanie ryzykiem, jakie niesie ze sobą przechowywanie polskich rezerw złota poza granicami kraju. (...) w ramach wzmacniania własnej waluty dąży się do przechowywania złota w krajowych skarbcach, tak by było zawsze dostępne".


Logo akcji Oddajcie Nasze Złoto

Pomysł przyszedł z Niemiec

Inicjatorów akcji Oddajcienaszezloto.pl zainspirowali nasi zachodni sąsiedzi. Klika miesięcy temu media obiegła informacja, że "Niemcy idą po swoje złoto". Rzeczywiście urzędnicy Bundesbanku po raz pierwszy w historii zjechali do skarbców banków Federal Reserve w Nowym Jorku, Banku Anglii oraz paryskiego Banku Francji, by doliczyć się prawie 2 tys. ton złota (to 70 proc. tego, co posiadają Niemcy).

W maju ubiegłego roku po kilkudziesięciu latach niemiecki odpowiednik Najwyższej Izby Kontroli (Federalna Izba Obrachunkowa) nakazała nie tylko przeliczenie złota, ale też zarekomendowała sprowadzenie go do kraju. Reparacyjne nastroje podsycała bulwarowa prasa i w styczniu Niemcy ostatecznie stwierdzili, że wolą je trzymać u siebie. Do 2020 r. chcą połowę swoich rezerw trzymać we Frankfurcie, a resztę w Nowym Jorku i Londynie. Żadnej sztabki nie zostawią za to we Francji. Powód? - Od czasu wprowadzenia strefy euro nie ma takiej potrzeby. Nie dokonujemy tak dużej liczby operacji wymiany walut, a sami rozbudowaliśmy swoje skarbce - głosi komunikat Bundesbanku. Niemcy przemilczają za to fakt, że trzymali złoto za oceanem na wypadek inwazji Związku Radzieckiego.

Złoto - idealne na czas kryzysu

Choć teraz niebezpieczeństwa już nie ma, ale faktem jest, że w czasach niepokojów na rynkach finansowych złoto jest w centrum uwagi. Od 2010 roku po raz pierwszy od 50 lat banki centralnezaczęły zwiększać zapasy złota. Przodowały jednak w tym kraje rozwijające się, które maję niewiele rezerw, m.in. Chiny, Rosja, Meksyk, Indie czy Turcja. Niemcy mają największe rezerwy złota, bo przez lata Amerykanie płacili nim za eksportowane do nich towary. - Rzeczywiście fizycznie złoto byłoby potrzebne właściwie, tylko gdyby Bundesbank chciał zacząć produkować złote zegarki - ironizował wtedy dziennikarz John Carney z CNBC.

Czy Polska powinna zatroszczyć się o swoje złoto? - Londyn jest głównym centrum finansowym, w którym odbywa się hurtowy obrót złotem, dlatego stało się powszechne przechowywanie złota wbanku centralnym Wielkiej Brytanii. Ułatwia to rozliczanie transakcji związanych z fizyczną dostawą złota. Przechowywanie złota w Polsce praktycznie wykluczałoby jego szybkie wykorzystanie - odpowiada NBP. Obecnie wartość polskiego złota to prawie 5 mld dol. Większość sztab trzymana jest w Londynie w skarbcach Banku Anglii. Reszta w skarbcu NBP przy ulicy Świętokrzyskiej.

Jak wyglądają polskie sztaby?

Jak podaje NBP, sztaba złota w standardzie "Good Delivery" (czyli taka, jaką najczęściej można zobaczyć na filmach) waży od 350 do 430 uncji, czyli w przeliczeniu średnio niecałe 12,5 kg. Każda sztabka ma numer seryjny i znak rafinerii, która ją wyprodukowała.



Ile Polska ma takich sztabek? Można to policzyć. Jeśli założymy, że średnia waga sztabki to 12,5 kg, a rezerwy złota wynoszą 100 ton, to oznaczałoby to, że Polska posiada 8 tys. sztabek.

Czy ktoś je kiedykolwiek przeliczył? NBP informuje Bank Anglii regularnie, przekazuje raport dotyczący zasobów złota NBP. Na życzenie Anglicy przedstawiają także szczegółową listę wszystkich sztab złota będących w posiadaniu NBP wraz z ich numerami oraz po każdej transakcji potwierdza zmianę zasobów złota NBP. Dodatkowo stan wszystkich aktywów finansowych NBP, w tym zasobów złota, podlega audytowi. Ile Bank Anglii liczy sobie za przechowywanie złota? Tajemnica.

W 2007 roku NBP chciał zbudować nowy skarbiec nazwany przez media polskim Fortem Knox po wojskowych terenach nad Zalewem Zegrzyńskim. Z planów wyszły nici, bo okazało się, że koszt budowy znacznie przewyższa kosztorys i wynosi pół miliarda złotych.

A skąd właściwie polskie złoto znalazło się w Londynie? Trafiło tam po wybuchu wojny, ale pomysły, by przenieść je na Wyspy, pojawiały się jeszcze przed wrześniem 1939 r. Ale wtedy ówczesne władze m.in. premier Felicjan Składkowski nie chciały o wywiezieniu złota słyszeć. Uważali, że to zbyt niebezpieczne, bo gdyby w razie wojny Polska wstrzymała spłatę swoich długów, to złoto mogłoby przepaść na rzecz wierzycieli. W praktyce w kraju złoto było jeszcze bardziej narażone na grabież ze strony Niemców czy Rosjan. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Dlaczego banki nie wierzą elektronicznym księgom wieczystym?


Maciej Samcik
 
24.06.2013 , aktualizacja: 24.06.2013 15:27
A A A Drukuj
Księgę wieczystą można przyrównać do... aktu urodzenia. Znajdziemy w niej wszystkie niezbędne informacje o kupowanej bądź sprzedawanej nieruchomości

Księgę wieczystą można przyrównać do... aktu urodzenia. Znajdziemy w niej wszystkie niezbędne informacje o kupowanej bądź sprzedawanej nieruchomości (Rys. Małgorzata Ślińska)

Dlaczego banki nie korzystają z elektronicznego rejestru ksiąg wieczystych prowadzonego przez sąd, tylko każą sobie dostarczyć papierowy kwitek, którego uzyskanie kosztuje klienta czas i pieniądze?
Wypis z księgi wieczystej jest dla każdego banku dowodem, że udzielony kredyt mieszkaniowy został właściwie zabezpieczony. Tyle że księgi wieczyste są dziś zinformatyzowane - żeby do nich zajrzeć, nie trzeba iść do sądu, wystarczy wejść na stronę www.ekw.ms.gov.pl. Już nawet notariusze do przygotowania aktu kupna lub sprzedaży nieruchomości zaglądają do bazy internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości. A bankowcy? Niektóre banki wciąż domagają się papierowych wypisów z ksiąg wieczystych.

Ceną jest strata czasu klienta, a także kilkadziesiąt złotych, które musi on zapłacić za dokument z pieczątką sądową. Taki sam, który bankowiec mógłby wydrukować z bazy online. Poza tym korzystanie wyłącznie z bazy komputerowej byłoby dla banku bezpieczniejsze niż żądanie od klienta, by przyniósł podstemplowany papierek. Ten teoretycznie można sfałszować, a zawarte w nim dane mogą być nieaktualne (przynajmniej w chwili dostarczenia go do banku).

Czytaj też: Kłopotliwy wpis hipoteki. Tracimy czas i pieniądze

Czytaj też: Ubezpieczenie pomostowe kredytu hipotecznego przeżytkiem? Jeden bank już je zniósł!

Czytelniczka blogu "Subiektywnie o finansach", pani Aleksandra, zwraca uwagę na nielogiczność oporów bankowców przed elektronicznymi wyciągami. "Gdy przedstawiłam w imieniu klienta elektroniczny wydruk z zaznaczoną godziną wygenerowania, w banku zasłaniali się wytycznymi centrali i nie chcieli przyjąć dokumentów! Na pytanie, jaką wagę będzie miał dokument sporządzony dwa miesiące temu - bo ważność odpisu to trzy miesiące - ale z pieczątką, a jaką będzie miał ten sprzed godziny pobrany przez bank online, odpowiedzieli, że dla nich tylko papier jest ważny".

Również pan Konrad przedstawia historię, w której księga elektroniczna okazała się znacznie bardziej aktualnym nośnikiem informacji niż tradycyjny wypis. "Wypis z ksiąg związany z prawem własności pewnych mieszkań otrzymałem 9 września. A 20 września kupowałem te mieszkania. Notariusz oczywiście dostał odpis z 9 września, ale okazuje się, że... to nie wystarczyło. Po 20 września pani z banku zadzwoniła do mnie i zawiadomiła, że w księdze wieczystej mieszkania "wisi" hipoteka przymusowa. Okazało się, że poprzedni właściciel wisiał ZUS-owi niemałe pieniądze. Wpis hipoteki przymusowej pojawił się na wniosek ZUS-u... 15 września".

Czytaj też: Bank ubezpieczył klienta, a ubezpieczyciel nie chce wypłacić pieniędzy. Co robić?

Czytaj też: Oddaj prawo do mieszkania, a dostaniesz rentę do końca życia. Prześwietliłem ten biznes i...

Czas na wyjaśnienie tajemnicy korzystania przez jedne banki i niekorzystania przez inne z elektronicznych ksiąg wieczystych. Pan Łukasz, który jest radcą prawnym w jednym z banków notowanych na GPW, wyjaśnia, dlaczego jedne banki honorują odpis z eKW, a niektóre wymagają odpisów papierowych. "Wszystko rozbija się o to, że bank powinien mieć pewność, że wpis hipoteki na jego rzecz jest prawomocny. O ile na etapie analizy wniosku kredytowego banki nie mają problemu z korzystaniem z eKW, o tyle już po wpisie hipoteki bank musi mieć pewność, że wpis jest prawomocny. Z tym jest, niestety, problem, bo o tym, czy wpis hipoteki się uprawomocnił (to znaczy: czy właściciel nieruchomości mógłby go jeszcze zaskarżyć, czy nie ma już takiej opcji), wie tylko sąd. Sąd wie też, od kiedy liczy się termin wniesienia zażalenia lub skargi" - pisze pan Łukasz.

Informacji o tym, czy wpis hipoteki jest prawomocny, nie ma ani w papierowym odpisie, ani w elektronicznym. Dlaczego więc niektórym bankom zależy na tym, żeby mieć w ręku papier? "Część banków (tych liberalnych) wychodzi z założenia, że zaskarżenia wpisów hipotek są na tyle rzadkie (mnie zdarzyło się to raz na osiem lat), że po tym jak bank dostanie z sądu papierowe zawiadomienie o wpisie hipoteki, wystarczy by pracownik banku po upływie 30-45 dni od otrzymania zawiadomienia z sądu zajrzał do elektronicznych ksiąg wieczystych. Jeśli nie znajdzie tam żadnej podejrzanej wzmianki (która może dotyczyć np. złożonej skargi albo zażalenia na wpis), to zmienia status ekspozycji kredytowej na zabezpieczoną. Banki bardziej konserwatywne chcą mieć papierowy odpis przyniesiony przez klienta, bo wychodzą z założenia, że skoro klient sam dostarczył dokument, to znaczy, że wie o hipotece i jej nie zaskarżył. Proszę zwrócić uwagę, że banki wymagają tego odpisu nie bezpośrednio po wpisie, ale na ogół po upływie pewnego czasu".

Czytaj też: Płaciłeś wyższą marżę kredytu? Zażądaj zwrotu składek!

A więc, jak pisze pan Łukasz, tu nie chodzi o papier lub brak papieru, ale o to, że klient sam przychodzi i potwierdza całym swym jestestwem, że nie ma nic przeciwko wpisowi hipoteki na rzecz banku. Sprytne. "Problem zapewne by nie istniał, gdyby w eKW była widoczna wzmianka o tym, czy wpis się uprawomocnił, czy też nie. Ale do tego konieczna byłaby zmiana kilku rozporządzeń, a ktoś w wydziale wieczysto-księgowym musiałby wprowadzać taką informację do systemu informatycznego" - kończy swój wywód pan Łukasz. I wszystko jasne.

Wdrożono za ciężkie pieniądze system elektronicznych ksiąg wieczystych, który w zasadzie jest felerny. Co bankowi po wiedzy, że w danej księdze wieczystej jest jakiś wpis hipoteki, skoro nie może mieć absolutnej pewności, że ów wpis jest prawomocny? I z powodu tej małej luki, czyli braku informacji o prawomocności wpisu w wydrukach z eKW, banki każą klientom przynosić w zębach papierowe wypisy. Nie dlatego, że tak lubią papier.


Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,14156428,Dlaczego_banki_nie_wierza_elektronicznym_ksiegom_wieczystym_.html#BoxBizTxt#ixzz2X9augXh4