Jacek Pawlicki
2007-09-18, ostatnia aktualizacja 2007-09-17 18:32
Belgia, której federalny model państwa miał służyć za wzór Unii Europejskiej, od stu dni pogrążona jest w politycznym kryzysie, napędzanym długo tłumionymi nacjonalizmami.
Flandria ogłosiła niepodległość, Belgia nie istnieje, król uciekł z kraju - ogłosiła w połowie grudnia ub.r. francuskojęzyczna telewizja publiczna RTBF.
Ponieważ w Belgii o aksamitnym rozwodzie mówi się od lat , niemal wszyscy uwierzyli, że skulona postać wchodząca w ciemności do samolotu to uciekający król Albert II. Pół godziny później okazało się, że to nieprawda, a RTBF tłumaczyła, że chodziło o wywołanie debaty na temat przyszłości kraju rozrywanego od lat nacjonalizmami.
Wśród polityków nie brakowało takich, którzy oglądając rzekomy rozpad Belgii, szampańsko się bawili. - Nikt nie będzie płakał po Belgii - mówił wówczas Yves Lanterne, szef flamandzkich chadeków.
Dziesięć miesięcy po tej prowokacji scenariusz rozpadu wydaje się bardziej prawdopodobny niż kiedykolwiek w 176-letniej historii Belgii. Tenże Lanterne doprowadził kraj do politycznego kryzysu, który trwa już równo sto dni. Światowe media na przemian kpią lub starszą prawdopodobnym rozpadem 10,5-mln Belgii składającej się z francuskojęzycznej Walonii, niderlandzkojęzycznej Flandrii oraz dwujęzycznego regionu stołecznego - Brukseli.
Tradycyjnie w belgijskich gabinetach zasiadają przedstawiciele różnych partii - zarówno z niderlandzko-, jak i francuskojęzycznej części kraju. Formowanie rządu przypomina tam zawsze taniec na linie i trwa długo. Tym razem niedoszły premier spadł z liny, zanim na nią wszedł, i udawał tylko, że zmierza do celu.
Lanterne był skazany na porażkę, nie tylko dlatego, że uchodzi za flamandzkiego separatystę, ale przede wszystkim dlatego, że śmiertelnie podpadł Walonom. Znienawidzili go, gdy wiele miesięcy temu obraził frankofonów, zarzucając im, że nie są w stanie nauczyć się niderlandzkiego. Potem wykazał się nieznajomością belgijskiej historii i hymnu. Nie wiedział, dlaczego belgijskie święto państwowe przypada 21 lipca. Poproszony o zaśpiewanie belgijskiego hymnu, tzw. "brabantki", zaśpiewał "Marsyliankę".
Kiedy więc pod koniec sierpnia król Belgów Albert II powierzył misję stworzenia rządu innemu flamandzkiemu chadekowi - Hermanowi van Rompuyowi - komentatorzy odetchnęli z ulgą. Po trzech tygodniach spotkań z liberałami i chadekami z obu stron językowej granicy i trzech wizytach w pałacu u króla Alberta II, van Rompuy wciąż nie ma dobrych wiadomości dla monarchy.
A król rzucił na szalę cały swój autorytet rozjemcy - monarchia jest jedną z nielicznych rzeczy łączących Flamandów i Walonów. Rzecz w tym, że król walczy nie tylko o Belgię, ale i o koronę - która przepadłaby wraz z krajem, który powstał w 1831 roku z woli światowych mocarstw.
Za niepodległością jest 38,8 proc. Flamandów i 12 proc. Walonów. Po prawie dwóch wiekach współżycia Flamandów i Walonów więcej dziś dzieli, niż łączy, ale w ostatnim sporze chodzi o to, co zawsze - władzę i pieniądze. Belgijski rząd nie może powstać, bo partie z Flandrii i Walonii mają inne wizje przyszłości kraju. Flamandzcy chadecy chcą zwiększenia kompetencji regionów kosztem rządu centralnego. Opowiadają się m.in. za tym, aby w rękach rządu w Brukseli pozostawić jedynie kilka kwestii, m.in. politykę zagraniczną i obronną. Z kolei Walonowie opowiadają się za wzmocnieniem rządu federalnego.
Obie społeczności dzieli też spojrzenie na gospodarkę, budżet i Brukselę, która choć w większości francuskojęzyczna, historycznie jest częścią Flandrii. Flamandowie, których gospodarka opiera się przede wszystkim na nowoczesnych technologiach i prężnych małych i średnich przedsiębiorstwach, woleliby sami ustalać wysokość podatków od firm, by je obniżyć i przyciągnąć jeszcze więcej kapitału. Nie chcą też pompować 10 mld euro rocznie (czyli 2 tys. euro z kieszeni każdego Flamanda) w rozbuchany system opieki socjalnej Walonii, gdzie bezrobocie sięga ponad 10 proc.
Choć niczego nie można wykluczyć, podział Belgii wydaje się mało prawdopodobny. Nie wierzą w to sami Belgowie, mówiąc, że razem żyje się wygodniej, a podział wspólnego dobytku będzie trudniejszy niż sformowanie koalicji. Chyba że, tak jak przewiduje jeden ze znanych belgijskich blogerów, do Walonów bratnią dłoń wyciągnie prezydent Francji Nicolas Sarkozy, zapraszając ich, by przyłączyli się do Francji.
Ale to już świetny temat na kolejną prowokację RFBF.
Ponieważ w Belgii o aksamitnym rozwodzie mówi się od lat , niemal wszyscy uwierzyli, że skulona postać wchodząca w ciemności do samolotu to uciekający król Albert II. Pół godziny później okazało się, że to nieprawda, a RTBF tłumaczyła, że chodziło o wywołanie debaty na temat przyszłości kraju rozrywanego od lat nacjonalizmami.
Wśród polityków nie brakowało takich, którzy oglądając rzekomy rozpad Belgii, szampańsko się bawili. - Nikt nie będzie płakał po Belgii - mówił wówczas Yves Lanterne, szef flamandzkich chadeków.
Dziesięć miesięcy po tej prowokacji scenariusz rozpadu wydaje się bardziej prawdopodobny niż kiedykolwiek w 176-letniej historii Belgii. Tenże Lanterne doprowadził kraj do politycznego kryzysu, który trwa już równo sto dni. Światowe media na przemian kpią lub starszą prawdopodobnym rozpadem 10,5-mln Belgii składającej się z francuskojęzycznej Walonii, niderlandzkojęzycznej Flandrii oraz dwujęzycznego regionu stołecznego - Brukseli.
Tradycyjnie w belgijskich gabinetach zasiadają przedstawiciele różnych partii - zarówno z niderlandzko-, jak i francuskojęzycznej części kraju. Formowanie rządu przypomina tam zawsze taniec na linie i trwa długo. Tym razem niedoszły premier spadł z liny, zanim na nią wszedł, i udawał tylko, że zmierza do celu.
Lanterne był skazany na porażkę, nie tylko dlatego, że uchodzi za flamandzkiego separatystę, ale przede wszystkim dlatego, że śmiertelnie podpadł Walonom. Znienawidzili go, gdy wiele miesięcy temu obraził frankofonów, zarzucając im, że nie są w stanie nauczyć się niderlandzkiego. Potem wykazał się nieznajomością belgijskiej historii i hymnu. Nie wiedział, dlaczego belgijskie święto państwowe przypada 21 lipca. Poproszony o zaśpiewanie belgijskiego hymnu, tzw. "brabantki", zaśpiewał "Marsyliankę".
Kiedy więc pod koniec sierpnia król Belgów Albert II powierzył misję stworzenia rządu innemu flamandzkiemu chadekowi - Hermanowi van Rompuyowi - komentatorzy odetchnęli z ulgą. Po trzech tygodniach spotkań z liberałami i chadekami z obu stron językowej granicy i trzech wizytach w pałacu u króla Alberta II, van Rompuy wciąż nie ma dobrych wiadomości dla monarchy.
A król rzucił na szalę cały swój autorytet rozjemcy - monarchia jest jedną z nielicznych rzeczy łączących Flamandów i Walonów. Rzecz w tym, że król walczy nie tylko o Belgię, ale i o koronę - która przepadłaby wraz z krajem, który powstał w 1831 roku z woli światowych mocarstw.
Za niepodległością jest 38,8 proc. Flamandów i 12 proc. Walonów. Po prawie dwóch wiekach współżycia Flamandów i Walonów więcej dziś dzieli, niż łączy, ale w ostatnim sporze chodzi o to, co zawsze - władzę i pieniądze. Belgijski rząd nie może powstać, bo partie z Flandrii i Walonii mają inne wizje przyszłości kraju. Flamandzcy chadecy chcą zwiększenia kompetencji regionów kosztem rządu centralnego. Opowiadają się m.in. za tym, aby w rękach rządu w Brukseli pozostawić jedynie kilka kwestii, m.in. politykę zagraniczną i obronną. Z kolei Walonowie opowiadają się za wzmocnieniem rządu federalnego.
Obie społeczności dzieli też spojrzenie na gospodarkę, budżet i Brukselę, która choć w większości francuskojęzyczna, historycznie jest częścią Flandrii. Flamandowie, których gospodarka opiera się przede wszystkim na nowoczesnych technologiach i prężnych małych i średnich przedsiębiorstwach, woleliby sami ustalać wysokość podatków od firm, by je obniżyć i przyciągnąć jeszcze więcej kapitału. Nie chcą też pompować 10 mld euro rocznie (czyli 2 tys. euro z kieszeni każdego Flamanda) w rozbuchany system opieki socjalnej Walonii, gdzie bezrobocie sięga ponad 10 proc.
Choć niczego nie można wykluczyć, podział Belgii wydaje się mało prawdopodobny. Nie wierzą w to sami Belgowie, mówiąc, że razem żyje się wygodniej, a podział wspólnego dobytku będzie trudniejszy niż sformowanie koalicji. Chyba że, tak jak przewiduje jeden ze znanych belgijskich blogerów, do Walonów bratnią dłoń wyciągnie prezydent Francji Nicolas Sarkozy, zapraszając ich, by przyłączyli się do Francji.
Ale to już świetny temat na kolejną prowokację RFBF.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz