Już po godz. 18 niedzielę w Warszawie nie było żadnego zapasu kart do głosowania. Ani w urzędach dzielnic, ani w drukarni. Niewiele brakowało, by z powodu rekordowej frekwencji cisza wyborcza potrwała do rana.
W Warszawie uprawnionych do głosowania jest 1 mln 374 tys. osób. Decyzję o tym, ile wydrukować kart, podejmuje Okręgowa Komisja Wyborcza. Ta zdecydowała się na druk ok. 85 proc. zarejestrowanych, czyli 1100 tys. kart.
W stolicy są 833 obwodowe komisje. Do każdej z nich trafiło tyle kart, by starczyło dla 80 proc. uprawnionych. W ubiegłych wyborach parlamentarnych frekwencja w Warszawie wyniosła 56 proc. Wydawało się więc, że to wystarczy. Ale tym razem frekwencja w niektórych dzielnicach przekroczyła 78 proc. A do urn poszli też ludzie zameldowani poza Warszawą. I w niektórych obwodach 80 proc. nie wystarczyło.
Okręgowa komisja wydrukowała jak zwykle 5-proc. rezerwę na wszelki wypadek. Większość z tej puli trafiła do urzędów dzielnic. Reszta została w drukarni Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.
Ale z dowożeniem rezerwy były kłopoty. Dlatego w komisji nr 621 na warszawskim Ursynowie kart zabrakło tuż po godz. 18. Nie było ich przez kwadrans. W lokalu działy się dantejskie sceny: ludzie krzyczeli na komisję, żądając kart.
- O tym, że kart może zbraknąć, alarmowałam już od godz. 13. Najpierw usłyszałam, żebym nie panikowała. Potem, że karty już jadą. Czekałam trzy godziny. To było straszne - żali się Teresa Pałyska z komisji 621.
Jak ustaliła "Gazeta", zapas kart w urzędach dzielnic skończył tuż po godz. 16. Wtedy sięgnięto po resztę rezerwy. 3,6 tys. kart z drukarni PWPW. Ale kart wciąż było mało.
- Już po godz. 18 w Warszawie nie było żadnej zapasowej karty. Byłem przerażony. Musieliśmy coś wymyślić - relacjonuje Jarosław Jóźwiak, urzędnik wyborczy warszawskiego ratusza. Jóźwiak i komendant straży miejskiej Zbigniew Leszczyński zaczęli obdzwaniać komisje, licząc, że tam zostały jakieś karty. Znaleźli 300 kart w Wesołej, 200 w Rembertowie i 1000 na Pradze-Północ.
Wtedy pojawił się następny problem. Okręgowa komisja nie miała samochodów do rozwiezienia kart. Sytuację uratował szef straży miejskiej. - Uruchomiłem 16 patroli, w niecałą godzinę przewiozły karty. Gdyby nie to, cisza wyborcza trwałaby pewnie do rana - denerwuje się Zbigniew Leszczyński.
Okręgowa Komisja Wyborcza nie ma sobie jednak nic do zarzucenia:
- Nikt nie mógł spodziewać się tak wysokiej frekwencji. A liczba kart była wystarczająca. To komisje panikowały. Prosiły o karty, chociaż miały jeszcze zapas. Zrobiliśmy wszystko dobrze - broni się Anna Lubaczewska, szefowa warszawskiej delegatury biura wyborczego.
- To ewidentny błąd okręgowej komisji. Wszystkie sondaże wskazywały wysoką frekwencję. Powinni się zabezpieczyć i wydrukować 100 proc. kart. Wtedy nic takiego nie miałoby miejsca - przekonuje Jarosław Jóźwiak.
Dorota Tyrała, komisarz wyborczy w Warszawie, do zamknięcia "Gazety" odpoczywała po niedzielnych wyborach i nie była dostępna dla dziennikarzy.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz