wtorek, 23 października 2007

Dlaczego w Warszawie zabrakło kart do głosowania?

Dominika Olszewska
2007-10-23, ostatnia aktualizacja 2007-10-23 08:24

Zobacz powiększenie
Obwodowa komisja wyborcza nr 160 przy ul. Bernardyńskiej w Warszawie
Fot. Sławomir Kamiński / AG

Już po godz. 18 niedzielę w Warszawie nie było żadnego zapasu kart do głosowania. Ani w urzędach dzielnic, ani w drukarni. Niewiele brakowało, by z powodu rekordowej frekwencji cisza wyborcza potrwała do rana.

Zobacz powiekszenie
Fot. Anna Bedyńska / AG
Godz. 20, komisja przy ul. Bełskiej w Warszawie. Maciej Krzewski jechał tu 100 km, potem czekał półtorej godziny, bo zabrakło kart
W niedzielę już o godz. 11 jedna z komisji na Ochocie zgłosiła delegaturze Krajowego Biura Wyborczego, że może zabraknąć jej kart. Sytuacja zrobiła się dramatyczna po godz. 15, gdy kilkanaście komisji na warszawskim Ursynowie zgłosiło zapotrzebowanie na karty do głosowania.

W Warszawie uprawnionych do głosowania jest 1 mln 374 tys. osób. Decyzję o tym, ile wydrukować kart, podejmuje Okręgowa Komisja Wyborcza. Ta zdecydowała się na druk ok. 85 proc. zarejestrowanych, czyli 1100 tys. kart.

W stolicy są 833 obwodowe komisje. Do każdej z nich trafiło tyle kart, by starczyło dla 80 proc. uprawnionych. W ubiegłych wyborach parlamentarnych frekwencja w Warszawie wyniosła 56 proc. Wydawało się więc, że to wystarczy. Ale tym razem frekwencja w niektórych dzielnicach przekroczyła 78 proc. A do urn poszli też ludzie zameldowani poza Warszawą. I w niektórych obwodach 80 proc. nie wystarczyło.

Okręgowa komisja wydrukowała jak zwykle 5-proc. rezerwę na wszelki wypadek. Większość z tej puli trafiła do urzędów dzielnic. Reszta została w drukarni Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

Ale z dowożeniem rezerwy były kłopoty. Dlatego w komisji nr 621 na warszawskim Ursynowie kart zabrakło tuż po godz. 18. Nie było ich przez kwadrans. W lokalu działy się dantejskie sceny: ludzie krzyczeli na komisję, żądając kart.

- O tym, że kart może zbraknąć, alarmowałam już od godz. 13. Najpierw usłyszałam, żebym nie panikowała. Potem, że karty już jadą. Czekałam trzy godziny. To było straszne - żali się Teresa Pałyska z komisji 621.

Jak ustaliła "Gazeta", zapas kart w urzędach dzielnic skończył tuż po godz. 16. Wtedy sięgnięto po resztę rezerwy. 3,6 tys. kart z drukarni PWPW. Ale kart wciąż było mało.

- Już po godz. 18 w Warszawie nie było żadnej zapasowej karty. Byłem przerażony. Musieliśmy coś wymyślić - relacjonuje Jarosław Jóźwiak, urzędnik wyborczy warszawskiego ratusza. Jóźwiak i komendant straży miejskiej Zbigniew Leszczyński zaczęli obdzwaniać komisje, licząc, że tam zostały jakieś karty. Znaleźli 300 kart w Wesołej, 200 w Rembertowie i 1000 na Pradze-Północ.

Wtedy pojawił się następny problem. Okręgowa komisja nie miała samochodów do rozwiezienia kart. Sytuację uratował szef straży miejskiej. - Uruchomiłem 16 patroli, w niecałą godzinę przewiozły karty. Gdyby nie to, cisza wyborcza trwałaby pewnie do rana - denerwuje się Zbigniew Leszczyński.

Okręgowa Komisja Wyborcza nie ma sobie jednak nic do zarzucenia:

- Nikt nie mógł spodziewać się tak wysokiej frekwencji. A liczba kart była wystarczająca. To komisje panikowały. Prosiły o karty, chociaż miały jeszcze zapas. Zrobiliśmy wszystko dobrze - broni się Anna Lubaczewska, szefowa warszawskiej delegatury biura wyborczego.

- To ewidentny błąd okręgowej komisji. Wszystkie sondaże wskazywały wysoką frekwencję. Powinni się zabezpieczyć i wydrukować 100 proc. kart. Wtedy nic takiego nie miałoby miejsca - przekonuje Jarosław Jóźwiak.

Dorota Tyrała, komisarz wyborczy w Warszawie, do zamknięcia "Gazety" odpoczywała po niedzielnych wyborach i nie była dostępna dla dziennikarzy.

Brak komentarzy: