Jacek Pawlicki
2007-12-07, ostatnia aktualizacja 2007-12-07 00:07
Holenderskie gminy skrzyknęły się, by wspólnymi siłami poradzić sobie z problemami polskiej imigracji zarobkowej, bez której żyć się nie da, ale z którą żyć im coraz trudniej
ZOBACZ TAKŻE
- Polscy pracownicy wciąż mile widziani na Wyspach (06-12-07, 09:36)
- Niech Bóg przeklnie Amerykę (04-12-07, 01:00)
- Emigracja coraz większym problemem dla rynków pracy (28-11-07, 16:50)
- Dlaczego Niemiec nie chce Wandy? (07-11-07, 20:11)
- Unia ściągnie specjalistów za pomocą "niebieskiej karty" (23-10-07, 21:17)
- KE proponuje Niebieską Kartę, by przyciągać wysoko wykwalifikowanych imigrantów (23-10-07, 19:44)
- Unijna polityka, polskie wątpliwości (21-10-07, 19:47)
- Polacy na Wyspach są coraz bogatsi i chcą awansować (19-10-07, 14:09)
- Polacy w Irlandii tęsknią za polskimi markami (11-01-07, 19:52)
SONDAŻ
Piją, źle parkują, imprezują nocami, nie mówią po niderlandzku! Ale bez nich nie byłoby komu zrywać pomidorów, budować domów czy kopać cebulek tulipanów - tak mniej więcej przeciętny Holender patrzy na 120 tys. Polaków, którzy w ciągu ostatnich przyjechali do pracy w Niderlandach.
Choć dzięki polskiej taniej sile roboczej utrzymują się tysiące firm, to w holenderskich mediach jest coraz więcej o kłopotach z Polakami. Jacek Biegała z ambasady w Hadze przekonuje jednak, że nie można mówić o "nagonce na Polaków".
- Holandia ma kłopoty z Polakami, bo nie jest przygotowana do przyjęcia tak wielkiej liczby pracowników - tłumaczy Małgorzata Bos-Karczewska, dziennikarka, która redaguje polonijny portal Polonia.nl. Po zupełnym otwarciu tamtejszego rynku w maju br. okazało się, że ciasne i przeludnione Niderlandy zaczynają pękać w szwach.
Turek i Polen Top
Największy ciężar polskiej imigracji spadł na holenderskie gminy i aglomeracje takie jak Rotterdam, Haga czy Utrecht. Dlatego w środę 12 grudnia ponad 100 holenderskich gmin spotyka się w Rotterdamie na specjalnym szczycie poświęconym problemom z imigrantami z nowych krajów UE.
Holenderska prasa okrzyknęła tę oddolną inicjatywę "Polen Top", czyli szczyt o Polakach, bo choć będzie mowa też o Rumunach i Bułgarach, to Polaków jest najwięcej. Uczestnicy spotkania chcą spisać listę wyzwań związanych z nową imigracją i zaapelować do rządu o pomoc w sprawie szkół dla Polaków, mieszkań, kursów języka.
W krajach starej Unii to rzecz bez precedensu. Takich szczytów nie było ani w Irlandii, ani w Wielkiej Brytanii.
Jednym z inicjatorów "Polen Top" jest lewicowy radny pochodzenia tureckiego Hamit Karakus. W polskiej społeczności zasłynął zgłoszoną niedawno propozycją, by zakazać Polakom osiedlania się w "kłopotliwych" dzielnicach Rotterdamu. Z "Gazetą" nie chciał rozmawiać, ale wiemy, że przeciw jego propozycji protestowała polska ambasada w Hadze.
Szczyt nie odpowie jednak na pytanie jak zintegrować tych Polaków, którzy zostaną na stałe w Holandii. A część Holendrów obawia się, że zamkną się oni w gettach jak Marokańczycy czy Surinamczycy i będą żyli z holenderskiej opieki społecznej. Profesor Jean Tillie, szef Instytutu Migracji i Studiów Etnicznych Uniwerstetu w Amsterdamie, nie ma wątpliwości, że integracja Polaków jest wyzwaniem, którego rząd jeszcze nie dostrzega. A szkoda, bo można by np. pomyśleć o bezpłatnych kursach niderlandzkiego czy też szerzej - życia w Holandii, w wersji dla obywateli nowych krajów UE.
Niestety, zdaniem profesora, Polacy trafili na nie najlepszy klimat polityczny. Model społeczeństwa wielokulturowego właściwie się zawalił. Rosną wpływy populistycznych partii prawicowych niechętnych imigracji - opowiada Tillie.
Lepszy seksklub niż Polacy
Skąd się biorą "polskie strachy" Holendrów? Oto nagle do małego, liczącego kilkaset mieszkańców miasteczka w gminie Westland przyjeżdża nagle 100 Polaków do pracy w okolicznych szklarniach. Wystarczy, że któryś z nich źle zaparkuje auto albo zatacza się pijany na ulicy w sobotnią noc, a holenderski światek przewraca się do góry nogami.
Potem w jednej z lokalnych telewizji starsza pani z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy w domu po sąsiedzku znajdował się "cichy" seksklub. Niedawno zamieniono go na lokum dla Polaków i "nie da się już tu mieszkać".
Albo pomyślmy, co dzieje się, kiedy we wrześniu do małej szkółki we Fryzji przychodzi nagle 20 polskich dzieci. Nie znają ni w ząb niderlandzkiego, nauczycielka nie może się z nimi dogadać, podobnie zresztą jak i z rodzicami. Szkoła nie ma pieniędzy na dodatkowe kursy języka.
Takich i tym podobnych problemów jest coraz więcej.
Najbardziej nagłośniony w mediach dotyczy mieszkalnictwa. Polacy masowo wprowadzają się do tanich dzielnic, gdzie od lat żyją starzy imigranci - Marokańczycy czy Surinamczycy. Holendrzy mówią o nich "kłopotliwe", bo z powodu politycznej poprawności przez gardło nie przejdzie im słowo "getto". W miarę jak zasiedlają je Polacy, "kłopotliwe" dzielnice stają się jeszcze bardziej kłopotliwe. Zdarzają się nocne awantury i bójki.
Ale to nie wszystko. Polacy wpadają w szpony kamieniczników-spekulantów zwanych w Holandii "huisjesmelker" (czyli dosłownie ten, który doi domy). - Biorą oni od łebka po 50 euro tygodniowo i robią złoty interes - opowiada Małgorzata Bos-Karczewska. Zdarza się, że mieszkanie przystosowane dla 4 osób wynajmuje się dla 8-10.
Kiedy do "kłopotliwych" dzielnic wchodzą inspekcje mieszkalnictwa, okazuje się, że Polacy łamią holenderskie przepisy mówiące ile dokładnie metrów kwadratowych przypada na jednego mieszkańca. I jak tłumaczy Bos-Karczewska, "co tydzień w Hadze na bruk wyrzucanych jest kilku Polaków".
I tu pojawiają się kolejny problem - tzw. polscy bezdomni. Tak zwani, bo żeby w Holandii być bezdomnym, który może posilić się i ogrzać np. w Armii Zbawienia, trzeba mieć dowód dawnego meldunku. Bezdomny z Hagi musi udowodnić, że kiedyś mieszkał w Hadze. Ponieważ jednak "huisjesmelkerzy" nie rejestrują Polaków, nasi "bezdomni" mają kłopoty z uzyskaniem pomocy - opowiada Bos-Karczewska.
Choć dzięki polskiej taniej sile roboczej utrzymują się tysiące firm, to w holenderskich mediach jest coraz więcej o kłopotach z Polakami. Jacek Biegała z ambasady w Hadze przekonuje jednak, że nie można mówić o "nagonce na Polaków".
- Holandia ma kłopoty z Polakami, bo nie jest przygotowana do przyjęcia tak wielkiej liczby pracowników - tłumaczy Małgorzata Bos-Karczewska, dziennikarka, która redaguje polonijny portal Polonia.nl. Po zupełnym otwarciu tamtejszego rynku w maju br. okazało się, że ciasne i przeludnione Niderlandy zaczynają pękać w szwach.
Turek i Polen Top
Największy ciężar polskiej imigracji spadł na holenderskie gminy i aglomeracje takie jak Rotterdam, Haga czy Utrecht. Dlatego w środę 12 grudnia ponad 100 holenderskich gmin spotyka się w Rotterdamie na specjalnym szczycie poświęconym problemom z imigrantami z nowych krajów UE.
Holenderska prasa okrzyknęła tę oddolną inicjatywę "Polen Top", czyli szczyt o Polakach, bo choć będzie mowa też o Rumunach i Bułgarach, to Polaków jest najwięcej. Uczestnicy spotkania chcą spisać listę wyzwań związanych z nową imigracją i zaapelować do rządu o pomoc w sprawie szkół dla Polaków, mieszkań, kursów języka.
W krajach starej Unii to rzecz bez precedensu. Takich szczytów nie było ani w Irlandii, ani w Wielkiej Brytanii.
Jednym z inicjatorów "Polen Top" jest lewicowy radny pochodzenia tureckiego Hamit Karakus. W polskiej społeczności zasłynął zgłoszoną niedawno propozycją, by zakazać Polakom osiedlania się w "kłopotliwych" dzielnicach Rotterdamu. Z "Gazetą" nie chciał rozmawiać, ale wiemy, że przeciw jego propozycji protestowała polska ambasada w Hadze.
Szczyt nie odpowie jednak na pytanie jak zintegrować tych Polaków, którzy zostaną na stałe w Holandii. A część Holendrów obawia się, że zamkną się oni w gettach jak Marokańczycy czy Surinamczycy i będą żyli z holenderskiej opieki społecznej. Profesor Jean Tillie, szef Instytutu Migracji i Studiów Etnicznych Uniwerstetu w Amsterdamie, nie ma wątpliwości, że integracja Polaków jest wyzwaniem, którego rząd jeszcze nie dostrzega. A szkoda, bo można by np. pomyśleć o bezpłatnych kursach niderlandzkiego czy też szerzej - życia w Holandii, w wersji dla obywateli nowych krajów UE.
Niestety, zdaniem profesora, Polacy trafili na nie najlepszy klimat polityczny. Model społeczeństwa wielokulturowego właściwie się zawalił. Rosną wpływy populistycznych partii prawicowych niechętnych imigracji - opowiada Tillie.
Lepszy seksklub niż Polacy
Skąd się biorą "polskie strachy" Holendrów? Oto nagle do małego, liczącego kilkaset mieszkańców miasteczka w gminie Westland przyjeżdża nagle 100 Polaków do pracy w okolicznych szklarniach. Wystarczy, że któryś z nich źle zaparkuje auto albo zatacza się pijany na ulicy w sobotnią noc, a holenderski światek przewraca się do góry nogami.
Potem w jednej z lokalnych telewizji starsza pani z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy w domu po sąsiedzku znajdował się "cichy" seksklub. Niedawno zamieniono go na lokum dla Polaków i "nie da się już tu mieszkać".
Albo pomyślmy, co dzieje się, kiedy we wrześniu do małej szkółki we Fryzji przychodzi nagle 20 polskich dzieci. Nie znają ni w ząb niderlandzkiego, nauczycielka nie może się z nimi dogadać, podobnie zresztą jak i z rodzicami. Szkoła nie ma pieniędzy na dodatkowe kursy języka.
Takich i tym podobnych problemów jest coraz więcej.
Najbardziej nagłośniony w mediach dotyczy mieszkalnictwa. Polacy masowo wprowadzają się do tanich dzielnic, gdzie od lat żyją starzy imigranci - Marokańczycy czy Surinamczycy. Holendrzy mówią o nich "kłopotliwe", bo z powodu politycznej poprawności przez gardło nie przejdzie im słowo "getto". W miarę jak zasiedlają je Polacy, "kłopotliwe" dzielnice stają się jeszcze bardziej kłopotliwe. Zdarzają się nocne awantury i bójki.
Ale to nie wszystko. Polacy wpadają w szpony kamieniczników-spekulantów zwanych w Holandii "huisjesmelker" (czyli dosłownie ten, który doi domy). - Biorą oni od łebka po 50 euro tygodniowo i robią złoty interes - opowiada Małgorzata Bos-Karczewska. Zdarza się, że mieszkanie przystosowane dla 4 osób wynajmuje się dla 8-10.
Kiedy do "kłopotliwych" dzielnic wchodzą inspekcje mieszkalnictwa, okazuje się, że Polacy łamią holenderskie przepisy mówiące ile dokładnie metrów kwadratowych przypada na jednego mieszkańca. I jak tłumaczy Bos-Karczewska, "co tydzień w Hadze na bruk wyrzucanych jest kilku Polaków".
I tu pojawiają się kolejny problem - tzw. polscy bezdomni. Tak zwani, bo żeby w Holandii być bezdomnym, który może posilić się i ogrzać np. w Armii Zbawienia, trzeba mieć dowód dawnego meldunku. Bezdomny z Hagi musi udowodnić, że kiedyś mieszkał w Hadze. Ponieważ jednak "huisjesmelkerzy" nie rejestrują Polaków, nasi "bezdomni" mają kłopoty z uzyskaniem pomocy - opowiada Bos-Karczewska.
Polacy pijacy
Problemem jest też alkoholizm. Stereotyp Polaka pijaka coraz bardziej się rozpowszechnia w Niderlandach, a nasi rodacy nie są bez winy. We wrześniu jedna z agencji zatrudnienia kazała w poniedziałek rano dmuchać w balonik zatrudnionym przez siebie 170 Polakom. Zbyt wielu wcześniej przychodziło do pracy na rauszu.
Ksiądz Bartłomiej Małys z polskiej parafii Św. Faustyny w Meterik uważa, że to przesada. - To antypolskie fobie - mówi. - Kiedy słyszę "Polacy pijacy", odpowiadam "Holendrzy narkomani".
Holenderskie gminy chcą walczyć i z tym problemem i planują ściągnąć z Polski terapeutów od uzależnień alkoholowych. To dowód na to, że mimo wszystko zależy im na Polakach.
Problemem jest też alkoholizm. Stereotyp Polaka pijaka coraz bardziej się rozpowszechnia w Niderlandach, a nasi rodacy nie są bez winy. We wrześniu jedna z agencji zatrudnienia kazała w poniedziałek rano dmuchać w balonik zatrudnionym przez siebie 170 Polakom. Zbyt wielu wcześniej przychodziło do pracy na rauszu.
Ksiądz Bartłomiej Małys z polskiej parafii Św. Faustyny w Meterik uważa, że to przesada. - To antypolskie fobie - mówi. - Kiedy słyszę "Polacy pijacy", odpowiadam "Holendrzy narkomani".
Holenderskie gminy chcą walczyć i z tym problemem i planują ściągnąć z Polski terapeutów od uzależnień alkoholowych. To dowód na to, że mimo wszystko zależy im na Polakach.
Źródło: Gazeta Wyborcza




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz