Seriami z karabinów wojskowe i policyjne śmigłowce próbowały rozpędzić wczoraj tysiące bojówkarzy uczestniczących w etnicznych pogromach i grabieżach w mieście Naivasha. W nowej fali przemocy, jaka od tygodnia przetacza się przez kraj, zginęło ponad sto osób.
Zbrojne starcia między gangami Kikujusów, rodaków prezydenta Mwai Kibakiego, oraz Kalendżinami, Masajami, Luo i Luhya, zwolennikami opozycji, wybuchły przed tygodniem w Nakuru, stolicy zachodniej prowincji Rift. To główna arena etnicznych czystek, jakie wybuchły pod koniec grudnia po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. Ich zwycięzcą wbrew sondażom i wstępnym prognozom ogłoszono panującego od 2002 r. Kibakiego. Przywódca opozycji Raila Odinga uznał, że został oszukany i okradziony z wygranej.
Już nazajutrz w całej Kenii wybuchły zamieszki i pogromy. Początkowo ich ofiarą padali przede wszystkim Kikujusi - mordowani, gwałceni, rabowani i przepędzani z zachodniej Kenii. Tydzień temu kikujuscy wojownicy przeszli jednak do kontrnatarcia. Uzbrojeni w maczety i ponabijane gwoździami pałki przybyli wyruszyli z Nairobi i prowincji Centralnej do Nakuru i Naivashy, by wziąć odwet na Luo i Kalendżinach. Na czele kikujuskich bojówek stoją członkowie tajemniczego bractwa Mungiki, będącego połączeniem religijnej sekty i młodzieżowego gangu.
Kikujusi polują i napadają na Kalendżinów i Luo, palą i grabią ich domy. W Naivashy tłum kikujuskich bojówkarzy oblegających kilkuset Luo ukrytych w miejscowym Country Clubie, wołał: - Pozabijamy was, jeśli stąd nie wyjdziecie! Władze użyły śmigłowców, by rozpędzić wściekły tłum.
Zamieszki rozlały się też po stolicy kraju. W nocy z poniedziałku na wtorek w etnicznych zamieszkach zginął opozycyjny poseł Mugabe Were zastrzelony przed swoim domem na przedmieściu Nairobi. Na wieść o zabójstwie w dzielnicach biedoty Kiberze i Mathare wybuchły nowe zamieszki między Kikujusami i Luo.
Przebywający w stolicy Kenii były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan równie desperacko jak bezskutecznie próbuje zmusić walczących o władzę Kibakiego i Odingę choćby do zawieszenia broni.
Kenijscy przywódcy nawet wobec groźby wojny domowej i gospodarczego krachu ani myślą dzielić się władzą. Nie słuchają ani Unii Afrykańskiej, ani ONZ, ani USA. Wzruszeniem ramion potraktowali groźby Unii Europejskiej, która zapowiedziała, że jeśli Kibaki i Odinga się nie pogodzą, nie będzie więcej udzielać jej pomocy gospodarczej. Zagraniczna pomoc nie stanowi nawet dziesiątej części kenijskiego budżetu i rząd z Nairobi twardo zapowiada, że nie ulegnie żadnemu szantażowi. O zachowanie pokoju i rozsądku wezwał Kenijczyków nawet amerykański senator Barack Obama, który chce zostać pierwszym czarnoskórym prezydentem USA. Rodzina Obamy wywodzi się kenijskiego ludu Luo.
Ofiarą kenijskich niepokojów padli pierwsi zagraniczni turyści. W Mombasie, turystycznej stolicy kraju, w wynajętym domu zamordowanych zostało dwoje turystów z Niemiec. Napastnikami byli najpewniej zwykli przestępcy korzystający z panującego w kraju chaosu. W połowie stycznia w centralnej Kenii przestępcy zabili Brytyjczyka, właściciela miejscowego hotelu.
Już nazajutrz w całej Kenii wybuchły zamieszki i pogromy. Początkowo ich ofiarą padali przede wszystkim Kikujusi - mordowani, gwałceni, rabowani i przepędzani z zachodniej Kenii. Tydzień temu kikujuscy wojownicy przeszli jednak do kontrnatarcia. Uzbrojeni w maczety i ponabijane gwoździami pałki przybyli wyruszyli z Nairobi i prowincji Centralnej do Nakuru i Naivashy, by wziąć odwet na Luo i Kalendżinach. Na czele kikujuskich bojówek stoją członkowie tajemniczego bractwa Mungiki, będącego połączeniem religijnej sekty i młodzieżowego gangu.
Kikujusi polują i napadają na Kalendżinów i Luo, palą i grabią ich domy. W Naivashy tłum kikujuskich bojówkarzy oblegających kilkuset Luo ukrytych w miejscowym Country Clubie, wołał: - Pozabijamy was, jeśli stąd nie wyjdziecie! Władze użyły śmigłowców, by rozpędzić wściekły tłum.
Zamieszki rozlały się też po stolicy kraju. W nocy z poniedziałku na wtorek w etnicznych zamieszkach zginął opozycyjny poseł Mugabe Were zastrzelony przed swoim domem na przedmieściu Nairobi. Na wieść o zabójstwie w dzielnicach biedoty Kiberze i Mathare wybuchły nowe zamieszki między Kikujusami i Luo.
Przebywający w stolicy Kenii były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan równie desperacko jak bezskutecznie próbuje zmusić walczących o władzę Kibakiego i Odingę choćby do zawieszenia broni.
Kenijscy przywódcy nawet wobec groźby wojny domowej i gospodarczego krachu ani myślą dzielić się władzą. Nie słuchają ani Unii Afrykańskiej, ani ONZ, ani USA. Wzruszeniem ramion potraktowali groźby Unii Europejskiej, która zapowiedziała, że jeśli Kibaki i Odinga się nie pogodzą, nie będzie więcej udzielać jej pomocy gospodarczej. Zagraniczna pomoc nie stanowi nawet dziesiątej części kenijskiego budżetu i rząd z Nairobi twardo zapowiada, że nie ulegnie żadnemu szantażowi. O zachowanie pokoju i rozsądku wezwał Kenijczyków nawet amerykański senator Barack Obama, który chce zostać pierwszym czarnoskórym prezydentem USA. Rodzina Obamy wywodzi się kenijskiego ludu Luo.
Ofiarą kenijskich niepokojów padli pierwsi zagraniczni turyści. W Mombasie, turystycznej stolicy kraju, w wynajętym domu zamordowanych zostało dwoje turystów z Niemiec. Napastnikami byli najpewniej zwykli przestępcy korzystający z panującego w kraju chaosu. W połowie stycznia w centralnej Kenii przestępcy zabili Brytyjczyka, właściciela miejscowego hotelu.
Źródło: Gazeta Wyborcza








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz