sobota, 5 stycznia 2008

Prezydent ostatnich ambasadorów

Jacek Pawlicki,
2008-01-05, ostatnia aktualizacja 17 minut temu

Minister Anna Fotyga wprowadziła Sejm w błąd. Wnosiła o przesłuchanie przed komisją sejmową kandydatów na ambasadorów, mimo iż jeden z nich został już przez prezydenta mianowany

Zobacz powiekszenie
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
5 grudnia 2007 r., Pałac Prezydencki. Pierwsze spotkanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z nowym szefem MSZ Radosławem Sikorskim było krótkie i chłodne
Chodzi o Andrzeja Sadosia, ambasadora przy OBWE w Wiedniu. Sejmowa komisja spraw zagranicznych nie przesłuchała także dwóch innych ambasadorów: Jarosława Starzyka - ambasadora w Madrycie, Roberta Kupieckiego - w Stanach Zjednoczonych.

Według przewodniczącego komisji spraw zagranicznych Krzysztofa Liska (PO) wnioski o przesłuchanie dwóch kandydatów zostały nadesłane 15 listopada w dzień, gdy uzyskali prezydencką nominację, zaś wniosek dotyczący Andrzeja Sadosia trafił do Sejmu 16 listopada - gdy Sadoś formalnie został przez prezydenta nominowany. Według naszych informacji był już nawet wyznaczony termin wręczenia nominacji na poniedziałek 19 listopada tuż po wyborach, ale ceremonię odwołano.

- Chciałbym zwrócić uwagę na to, że w piśmie mówi się o "kandydatach" na ambasadorów. Uważam, że ówczesna szefowa MSZ Anna Fotyga wprowadziła Sejm w błąd, bo nie przypuszczam, by nie wiedziała, że prezydent nominacje podpisał - powiedział nam Lisek. Podobną opinię wyraził wczoraj marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (PO).

Nominowanie ambasadorów przez prezydenta przed przesłuchaniem w sejmowej komisji spraw zagranicznych zdarza się po raz pierwszy od 1989 r. Opinia sejmowej komisji nie obowiązuje prezydenta, np. ambasadorem w Argentynie został za rządów PiS - mimo negatywnej opinii komisji - Zdzisław Ryn popierany przez o.Tadeusza Rydzyka i słynnego z antysemickich wystąpień działacza polonijnego Jana Kobylańskiego.

- To jest jednak dobry obyczaj. Mianowanie ambasadorów bez opinii komisji można uznać za lekceważenie Sejmu - twierdzi Lisek.

Spór między prezydentem a rządem o nominacje ambasadorskie toczy się od tygodnia. Prasa szczególnie krytykuje kandydaturę Andrzeja Sadosia.

Sadoś, przez ostatnie dwa lata jeden z najbardziej cenionych przez Annę Fotygę pracowników MSZ, błyskawicznie awansował na wiceministra. Najpierw został rzecznikiem prasowym, który według sondy branżowego miesięcznika Press został uznany za antyrzecznika roku, bo nie znał nawet komunikatów, które sam wydawał. Następnie przygotowywał urząd ds. obrony dobrego wizerunku kraju. Zapewniał, że to stanowisko obejmie osoba "o dużym autorytecie i osobowości". Jak się okazało, został nim on sam. Gdy Fotyga 29 listopada została szefem Kancelarii Prezydenta, pojawił się w Pałacu Prezydenckim z potężnym bukietem burgundowych róż.

W czwartek Kancelaria Prezydenta wydała oświadczenie, w którym przypomniała, że to prezydent na podstawie art. 133 konstytucji mianuje ambasadorów, natomiast: "Zwyczajowo minister spraw zagranicznych występuje również o zaopiniowanie kandydata na ambasadora przez sejmową komisję spraw zagranicznych. Wystąpienie przez MSZ do komisji sejmowej o zaopiniowanie kandydata wynika ze zwyczaju, który nie jest usankcjonowany żadną regulacją prawną".

Komunikat sugeruje, że brak opinii komisji wynika z tego, że kadencja Sejmu została skrócona, a pierwsze posiedzenie nowej komisji spraw zagranicznych odbyło się 15 listopada i miało charakter organizacyjny.

Według nieoficjalnych informacji kierownictwo MSZ chciałoby, aby Sadoś, Starzyk i Kupiecki zostali przesłuchani przez sejmową komisję. Na początku przyszłego tygodnia o tym, jak rozwiązać tę sprawę, mają rozmawiać marszałek Komorowski, przewodniczący komisji Lisek i być może szef MSZ Radosław Sikorski.

Pomysł przesłuchiwania nie kandydata, ale już mianowanego ambasadora sceptycznie ocenia Lisek. - Przesłuchanie przed komisją wiąże się z wydaniem opinii. Co będzie, jeśli opinia posłów będzie negatywna? Nasza opinia mogłaby zostać uznana za osłabianie pozycji polskiej polityki zagranicznej.

Zamieszaniem na linii prezydent - rząd zaniepokojony jest były szef MSZ Daniel Rotfeld: - Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek kandydat na ambasadora nie otrzymał opinii sejmowej. Nie ma ona charakteru decydującego. Tym bardziej nie widzę powodu, by ten zwyczaj omijać. Można toczyć spory co do kierunków polityki zagranicznej, ale nie można podchodzić w kategorii walki politycznej do dyplomacji, bo ta jest narzędziem działania państwa polskiego. Taką sytuację mogą wykorzystywać nieprzyjaciele Polski, a jej przyjaciele patrzą na to wszystko z rosnącym zażenowaniem - powiedział "Gazecie".

Brak komentarzy: