Ciemno, zimno, bez wody, szkół, banków, z wojskiem na ulicach. To była największa awaria elektryczna w Polsce od II wojny światowej
ZOBACZ TAKŻE
- Lekcje odwołano, sprawdzian nie wszędzie (09-04-08, 01:00)
- Ludzie brali po pięć bochenków (09-04-08, 01:00)
- Nie mogliśmy temu zapobiec (09-04-08, 01:00)
- Komunikacja - totalne zamieszanie (09-04-08, 01:00)
- Ponad 97 procent mieszkańców Szczecina ma już prąd (09-04-08, 07:47)
Wtorkowy, nareszcie pogodny wieczór, zmrok. Szczere pole na zachód od Goleniowa, 15 km od Szczecina. Asfaltową ścieżkę przecina sześć kabli grubych jak ręka dziecka. Prowadzą w głąb pola, do tego, co zostało z gigantycznych słupów. Część leży na ziemi, inne są jakby ukręcone, dolna część jeszcze sterczy, górna zwisa bezładnie.
To tutaj doszło do nieszczęścia. Dziewięć megasłupów runęło dwie minuty po północy z poniedziałku na wtorek pod naporem lepkiego śniegu, który sypał od wieczora non stop przez kilkanaście godzin. Osiadał na kablach, zamieniał się w lód. Na to spadały kolejne porcje płatków.
Odbudowa zachodniej linii potrwa tygodnie, może miesiące. Na szczęście druga główna linia doprowadzająca prąd od południa ucierpiała mniej. Śnieg zerwał tylko kable. To się udało naprawić i wczorajszej nocy większość miasta miała już to, czego brakowało przez dobę - prąd.
Szczęście w nieszczęściu, że do katastrofy doszło w nocy. Nikt nie został uwięziony w windzie, nie stanęły kolejki czy tramwaje.
Szczecinianie budzili się w chłodnych mieszkaniach. Nie działał telewizor, telefon, komórka, nie było wody w kranie. Dopiero z samochodowego radia dowiadywali się, że awaria jest tak potężna.
Większość firm, w tym największe - stocznia i port - ogłosiły dzień wolny od pracy. Centra handlowe były zamknięte, za to małe sklepiki przeżywały wielkie chwile.
Przez cały dzień miasto wyglądało jak opuszczone. Mały ruch, martwe światła sygnalizacyjne. Sporo policji i żandarmerii.
Ludzie spokojni. Wielu nawet rozbawionych z powodu dnia wolnego od pracy i - zwłaszcza - szkoły.
Tylko raz widziałem prawdziwą złość - kobiety, która wdrapała się na XVII piętro, by dowiedzieć się, że jej biuro nie pracuje.
Pojawił się problem, co jeść. - Ludzie kupują chleb, mleko i wodę. Załatwiłam dodatkową dostawę chleba - mówiła w południe Joanna Pałyga, kierowniczka sklepu w centrum. - Woda się kończy, innych napojów wystarczy.
20-metrowa kolejka ustawiła się przy punkcie sprzedaży hot dogów na pl. Rodła. - Nie nadążam! - krzyczał sprzedawca Tomasz Rogulski. - Stoję po hot doga, to może być jedyny ciepły posiłek - mówiła Katarzyna Piórkowska.
Inny problem - martwe kasy fiskalne. Ale dyrektor Izby Skarbowej zdecydował, że towary pierwszej potrzeby, napoje można sprzedawać bez kas.
Po południu sytuacja zaczęła się powolutku poprawiać. Najpierw światła zapaliły się w okolicach Dworca Głównego PKP.
Powrót prądu oznaczał spadek napięcia w szczecińskim oddziale Enea Operator.
- Z niczym takim się jeszcze nie spotkaliśmy - mówi Jarosław Dobrzyński, doradca dyrektora. Byliśmy bezsilni.
- Ile osób zostało bez prądu?
- Kilkaset tysięcy.
Według szacunków urzędu prezydenta ok. godz. 20 prąd wrócił do 80 proc. mieszkań.
To tutaj doszło do nieszczęścia. Dziewięć megasłupów runęło dwie minuty po północy z poniedziałku na wtorek pod naporem lepkiego śniegu, który sypał od wieczora non stop przez kilkanaście godzin. Osiadał na kablach, zamieniał się w lód. Na to spadały kolejne porcje płatków.
Odbudowa zachodniej linii potrwa tygodnie, może miesiące. Na szczęście druga główna linia doprowadzająca prąd od południa ucierpiała mniej. Śnieg zerwał tylko kable. To się udało naprawić i wczorajszej nocy większość miasta miała już to, czego brakowało przez dobę - prąd.
Szczęście w nieszczęściu, że do katastrofy doszło w nocy. Nikt nie został uwięziony w windzie, nie stanęły kolejki czy tramwaje.
Szczecinianie budzili się w chłodnych mieszkaniach. Nie działał telewizor, telefon, komórka, nie było wody w kranie. Dopiero z samochodowego radia dowiadywali się, że awaria jest tak potężna.
Większość firm, w tym największe - stocznia i port - ogłosiły dzień wolny od pracy. Centra handlowe były zamknięte, za to małe sklepiki przeżywały wielkie chwile.
Przez cały dzień miasto wyglądało jak opuszczone. Mały ruch, martwe światła sygnalizacyjne. Sporo policji i żandarmerii.
Ludzie spokojni. Wielu nawet rozbawionych z powodu dnia wolnego od pracy i - zwłaszcza - szkoły.
Tylko raz widziałem prawdziwą złość - kobiety, która wdrapała się na XVII piętro, by dowiedzieć się, że jej biuro nie pracuje.
Pojawił się problem, co jeść. - Ludzie kupują chleb, mleko i wodę. Załatwiłam dodatkową dostawę chleba - mówiła w południe Joanna Pałyga, kierowniczka sklepu w centrum. - Woda się kończy, innych napojów wystarczy.
20-metrowa kolejka ustawiła się przy punkcie sprzedaży hot dogów na pl. Rodła. - Nie nadążam! - krzyczał sprzedawca Tomasz Rogulski. - Stoję po hot doga, to może być jedyny ciepły posiłek - mówiła Katarzyna Piórkowska.
Inny problem - martwe kasy fiskalne. Ale dyrektor Izby Skarbowej zdecydował, że towary pierwszej potrzeby, napoje można sprzedawać bez kas.
Po południu sytuacja zaczęła się powolutku poprawiać. Najpierw światła zapaliły się w okolicach Dworca Głównego PKP.
Powrót prądu oznaczał spadek napięcia w szczecińskim oddziale Enea Operator.
- Z niczym takim się jeszcze nie spotkaliśmy - mówi Jarosław Dobrzyński, doradca dyrektora. Byliśmy bezsilni.
- Ile osób zostało bez prądu?
- Kilkaset tysięcy.
Według szacunków urzędu prezydenta ok. godz. 20 prąd wrócił do 80 proc. mieszkań.
Źródło: Gazeta Wyborcza










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz