środa, 12 września 2007

Premier Japonii podał się do dymisji

Premier Japonii rezygnuje z urzędu

cheko, PAP
2007-09-12, ostatnia aktualizacja 2007-09-12 09:13

Premier Japonii Shinzo Abe, który w środę ogłosił, iż poda się do dymisji, wyjaśnił, że "Japonia potrzebuje nowego lidera w walce z terroryzmem, a także przywódcy, którego naród popiera i któremu ufa".

Zobacz powiekszenie
Fot. ISSEI KATO REUTERS
Shinzo Abe
Zamiar rezygnacji z urzędu Abe przedstawił na konferencji prasowej w Tokio po południu miejscowego czasu (rano czasu polskiego), w dzień po rozpoczęciu nadzwyczajnej sesji japońskiego parlamentu. Na sesji ma zapaść decyzja w sprawie przedłużenia wygasającej 1 listopada misji japońskich zbiornikowców na Oceanie Indyjskim, stanowiącej logistyczne wsparcie dla walki z terroryzmem w Afganistanie i Iraku.

Opozycja, która w wyborach w lipcu przejęła kontrolę w izbie wyższej japońskiego parlamentu, zapowiedziała iż nie dopuści do przedłużenia misji, zastrzegając iż mogłaby wziąć to pod uwagę jedynie w sytuacji gdyby operacja ta odbywała się pod auspicjami ONZ.

Na środowej konferencji prasowej Abe powiedział m.in. iż nie udało mu się uzyskać zgody lidera opozycji Ichiro Ozawy na spotkanie i przedyskutowanie kwestii przyszłości misji przed sesją parlamentu. Abe zasugerował, iż być może innemu premierowi będzie łatwiej doprowadzić do takiego dialogu.

Układ sił w japońskim parlamencie oznacza, że nowego premiera desygnuje ze swego grona i przedstawia parlamentowi do akceptacji rządząca partia Liberalno-Demokratyczna (PLD). Japońska telewizja NHK podała w środę, że posiedzenie kierownictwa PLD w tej sprawie odbędzie się prawdopodobnie na początku przyszłego tygodnia. Sądzi się, że miejsce Abego zajmie także znany z konserwatywnych poglądów były szef dyplomacji Taro Aso.

Abe apelował do swej partii o jak najszybszy wybór następcy.

Ustępujący premier powiedział, iż bierze na siebie odpowiedzialność za "doprowadzenie do zamieszania na scenie politycznej" i za to, że utracił "zdolność jednoczenia szeregów" w realizacji zadań politycznych.

Rezygnacja premiera nastąpiła w trudnym dla rządzącej PLD momencie - po serii skandali korupcyjnych w rządzie oraz porażce w wyborach do izby wyższej parlamentu, po której mimo nacisków w samej partii Abe odmówił podania się do dymisji. Dokonał natomiast przetasowań w gabinecie, jednak już po tygodniu z urzędu zrezygnował kolejny minister - rolnictwa - oskarżony o korupcję i wyłudzenia państwowych funduszy. Pojawiły się wówczas ponownie żądania ustąpienia Abego, a popularność szefa rządu dramatycznie spadła. Według ostatnich sondaży, połowa Japończyków życzyła sobie dymisji premiera, a poparcie dla niego wyrażała tylko jedna trzecia społeczeństwa.

Taro Aso, który zdaniem kół tokijskich ma największe szanse na objęcie urzędu premiera po Shinzo Abe, w końcu sierpnia odszedł ze stanowiska szefa dyplomacji i został mianowany sekretarzem generalnym rządzącej PLD.

Abe - znany z elegancji, a także skrajnie konserwatywnych poglądów - był najmłodszym szefem rządu Japonii i pierwszym premierem tego kraju, urodzonym już po II wojnie światowej.

Nowego premiera wybierać będą obie izby japońskiego parlamentu. Jeśli okaże się, że izba wyższa i niższa wybrały innego kandydata, wówczas zwycięży ten z nich, na którego głosować będzie większość deputowanych w kluczowej niższej izbie japońskiego parlamentu, gdzie PLD nadal dysponuje większością głosów.
2007-09-13, ostatnia aktualizacja 2007-09-12 20:19
Po serii skandali, gaf i wyborczej porażce swej partii Shinzo Abe, premier, który zamierzał zmienić Japonię, dał za wygraną i ogłosił wczoraj dymisję.
Zobacz powiekszenie
Fot. David Guttenfelder AP
Premier Japonii Shinzo Abe
Uznałem, że kraj potrzebuje zmiany - oświadczył 54-letni Shinzo Abe w telewizji. Premier, który chciał zmienić pacyfistyczną konstytucję z 1947 r., sprawował urząd tylko rok. Jego porażka może oznaczać powrót do sytuacji z poprzedniej dekady - od początku lat 90 Japonia miała aż 11 premierów.

Wszyscy wywodzili się z tej samej konserwatywnej Partii Liberalno-Demokratycznej, która od pół wieku prawie bez przerwy rządzi krajem i od lat nie potrafi wyrwać go z marazmu.

Sześć lat temu wydawało się, że się uda. Na czele rządu stanął tryskający energią, nieco ekscentryczny Junichiro Koizumi. Na kilka lat zaraził Japonię optymizmem, do tego poprawiła się koniunktura gospodarcza. Koizumi zabrał się m.in. za reformę partii rządzącej, usuwając zbuntowanych partyjnych baronów przyzwyczajonych do kupowania wyborców za pieniądze poczty japońskiej, największej kasy oszczędnościowej świata. Żeby to ukrócić, Koizumi przeforsował prywatyzację poczty, co zakończy się w 2017 r.

Abe zabrakło energii Koizumiego - lojalny wobec partyjnej hierarchii pozwolił na powrót baronów.

- Pokładałam w nim tyle nadziei i tak się rozczarowałam. Okazało się, że nie jest przywódcą - mówi Kumiko Eno, 60-letnia gospodyni domowa.

Ministrowie niszczą premiera

Rządy Abe były ciągiem afer i gaf, a premier znalazł się na równi pochyłej właściwie w chwili objęcia stanowiska.

W grudniu w aurze skandalu musiał odejść minister administracji Genichiro Sata - jako deputowany bezprawnie brał pieniądze z firmy ojca.

Potem odszedł minister obrony Fumio Kuyma, ponieważ pochwalił zrzucenie bomby na Hiroszimę. Potem w pokoju sejmowym powiesił się minister rolnictwa Toshikatsu Matsuoka. Czekał na przesłuchania w aferze korupcyjnej. Jego następca Takehiko Endo urzędował tylko tydzień.

Odchodzący premier ma sprawować obowiązki do chwili mianowania następcy. Zastąpi go konserwatysta z tej samej partii. Największe szanse ma były minister spraw zagranicznych 66-letni Taro Aso. Tak jak Abe pochodzi on z rodziny polityków (jest wnukiem premiera), był rywalem Abe i Junichiro Koizumiego w walce o fotel premiera.

Obserwatorów zaskoczyła nie dymisja, ale czas jej ogłoszenia - w trzeci dzień po rozpoczęciu nadzwyczajnej sesji parlamentu. - Nie można było gorzej wybrać - uważa deputowany Partii Liberalno-Demokratycznej Gen Nakatani.

Rzeczywiście moment jest zły, bo parlament ma m.in. zdecydować o losach misji marynarki na Oceanie Indyjskim - Japończycy zaopatrują w paliwo tankowce wojsk koalicji walczącej w Afganistanie. Opozycja zrobiła z tej sprawy test dla rządu i zapowiada, że doprowadzi do zwinięcia tej misji.

Jeszcze w sobotę Abe wiązał los z przedłużeniem misji - groził odejściem, jeśli głosowanie nie pójdzie po jego myśli.

Wczoraj ustąpił, tłumacząc, że robi to właśnie z troski o dalsze zaangażowanie Japonii w walkę z terroryzmem. Ale zdaniem znawcy Japonii Johna Tkacika z waszyngtońskiej Fundacji Heritage premier był pod silnym naciskiem kolegów i tracił oparcie w partii.

Bush też nie pomaga

O odejściu Abe zaczęto mówić, gdy dwa miesiące temu Partia Liberalno-Demokratyczna poniosła sromotną klęskę w wyborach do senatu.

Abe postanowił trwać, by kontynuować reformy, i uważał, że opinia publiczna zadowoli się przebudowaniem gabinetu. Tak się nie stało - w ostatnim sondażu poparcie dla Abe spadło poniżej 30 proc.

- Pozycję premiera osłabił też George Bush - uważa Tkacik. Prezydent USA nie potraktował z wystarczającą atencją przywódcy jednego z głównych sojuszników Ameryki w czasie kwietniowej wizyty Abe w Waszyngtonie. Japończycy - czuli na prestiż - obwinili za to premiera.

- Ameryka skupia się na wrogach a zaniedbuje sojuszników - mówi Tkacik.

Rok temu Abe, pierwszy japoński premier urodzony po II wojnie światowej, mówił o "pięknej Japonii", która przestanie przepraszać za historię. Rodaków bardziej interesowała reforma emerytur.

Za premierostwa Abe miał miejsce największy powojenny skandal emerytalny - zawieruszyły się gdzieś dokumenty 50 milionów ludzi.

Abe, miłośnik armii cesarskiej, wprowadził lekcje patriotyzmu w szkole, ale Japończyków bardziej martwi sytuacja na rynku pracy - coraz rzadziej ma się posadę na całe życie w koncernach, coraz więcej pracuje się na czasowych kontraktach.

Dymisji Abe najbardziej chyba żałuje Pekin. Zaraz po wyborze Abe odwiedził Chiny i Koreę Południową - obydwie wizyty były udane. Zaniechał też wizyt w świątyni Jasukuni, gdzie czci się m.in. japońskich przywódców z czasów wojny, którzy zostali straceni jako zbrodniarze wojenni. Zrobiło to dobre wrażenie na Koreańczykach i Chińczykach.

Co oznacza dymisja premiera dla Japonii? Zaczyna się okres niepewności, który potrwa do wyborów parlamentarnych w 2008 r. Możliwe jest zwycięstwo opozycyjnej Demokratycznej Partii Japonii.

W Tokio giełda przyjęła dymisję obojętnie. Jednak na rynku drugiej gospodarki świata nastroje są pesymistyczne i w pierwszym kwartale roku PKB skurczył się o 0,3 proc.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Brak komentarzy: