środa, 14 maja 2008

Stocznie na pochylni - katastrofa branży coraz bardziej realna

Andrzej Kraśnicki jr, Konrad Niklewicz, dp, mich
2008-05-13, ostatnia aktualizacja 2008-05-13 21:23

Katastrofa branży okrętowej coraz bardziej realna. Oferta zakupu zakładów w Szczecinie i Gdyni przepadła zaraz po tym, gdy Bruksela ostrzegła, że czas na prywatyzację mija

Zobacz powiekszenie
Fot. Cezary Aszkielowicz
Stocznia Szczecińska Nowa liczy, że inwestora skusi to, że potrafi budować skomplikowane jednostki, a nawet nietypowo je zwodować. Na zdjęciu wodowanie kontenerowca bez dziobu, bo pochylnia była za krótka
SERWISY
Prywatyzacja Stoczni Szczecińskiej Nowa i Stoczni Gdynia to jedyna szansa na uratowanie tych firm i właściwie całej branży okrętowej w Polsce zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób. I nie chodzi tylko o zdobycie pieniędzy modernizację zużytej infrastruktury. Jeśli prywatyzacji nie będzie Komisja Europejska zażąda od zakładów zwrotu państwowej pomocy - liczonej już w miliardach złotych - udzielonej im w poprzednich latach. A to oznacza bankructwo stoczni.

Cierpliwość komisji się kończy

Rząd od miesięcy uspokajał, że do końca czerwca obie firmy trafią w prywatne ręce. W poniedziałek okazało się jednak, że jedyny inwestor zainteresowany przejęciem stoczni w Gdyni i Szczecinie, wycofał się. Potentat na rynku stali - Przemysław Sztuczkowski - poinformował negocjatorów z Ministerstwa Skarbu, że po analizie uznał, że stocznie nawet po restrukturyzacji będą nierentowne.

- Dla mnie wyliczenia Złomreksu [spółki Sztuczkowskiego - przyp. red.] są całkowicie bezpodstawne - ripostuje minister skarbu Aleksander Grad.

Grad obawia się, że ktoś mógł podpowiadać Złomreksowi, że majątek taniej kupić od syndyka masy upadłościowej zamiast od ministra skarbu.

- Nie wpiszę się w oczekiwanie, że spółki trzeba zbankrutować żeby je potem kupić za niewielkie pieniądze - mówi Grad. - Zrobię wszystko, żeby zostały sprywatyzowane.

Według nieoficjalnych informacji "Gazety" była jeszcze jedna przeszkoda: Złomrex zażądał od Skarbu Państwa dokapitalizowania obu stoczni kwotą 1,4 mld złotych!

Do fiaska rozmów doszło w wyjątkowo fatalnym momencie, bo zaledwie kilkanaście dni po tym, gdy rząd dostał z Komisji Europejskiej list od komisarz ds. konkurencji. Neelie Kroes upominała, że negocjacje w sprawie prywatyzacji stoczni muszą przyspieszyć i że jeśli niebawem się nie zakończą, udzielona im pomoc publiczna zostanie uznana za nielegalną i trzeba będzie ją zwrócić.

Negocjacje przyspieszyły, bo ich ostateczny termin został przesunięty z 20 na 12 maja. Tyle, że zakończyły się niczym.

Jeszcze tego samego dnia Ministerstwo Skarbu oświadczyło, że resort zwrócił się do komisarz Kroes o "umożliwienie niezwłocznego spotkania", by przedstawić i uzgodnić kolejną próbę prywatyzacji obu stoczni. Grad liczy, że dojdzie do niego już w przyszłym tygodniu. - Mam nadzieję, że dostaniemy od Komisji dodatkowe kilka miesięcy na uratowanie stoczni - tłumaczy "Gazecie" minister Grad. - Komisja wie, że to jest także w interesie unijnego rynku pracy.

Jak na razie wiadomości z Brukseli są jednak kiepskie. We wtorek rzecznik komisarz ds. konkurencji Jonathan Todd, powiedział "Gazecie", że wycofanie się inwestora "nic nie zmienia". - Otworzyliśmy tę sprawę trzy lata temu - przypomina Todd. - Komisja wykazała się wyjątkową cierpliwością, ale teraz ta cierpliwość się kończy.

Właściciel optymistyczny

Jeśli Bruksela da więcej czasu resort chce znaleźć dla Szczecina i Gdyni nowego inwestora. Czy ktoś zechce zakłady obciążone nierentownymi kontraktami? Umowy z armatorami są wciąż renegocjowane, ale kwoty jakie trzeba dołożyć do budowanych statków - z powodu drożejącej stali i taniejącego dolara - wciąż są liczone w setkach milionów złotych. Minister skarbu uważa jednak, że obecna sytuacja obu stoczni jest "dużo dużo lepsza" niż kilka miesięcy temu, kiedy wśród zainteresowanych prywatyzacją był tylko Złomrex.

Optymistami są też szefowie stoczni chociaż Artur Trzeciakowski, prezes Stoczni Szczecińskiej Nowa przyznaje, że firma odetchnie dopiero w 2010 r., kiedy zrealizuje ciągnące ją na dno kontrakty.

- Decyzja spółki [Złomreksu - przyp. red] nie zasmuciła nas, bo otwiera możliwości poszukiwania innych inwestorów - deklaruje z kolei Janusz Wikowski, rzecznik Stoczni Gdynia. - Nikt nawet nie rozważa wariantu upadłości.

Może być potrzebny cud

Bardziej ostrożni są za to stoczniowi związkowcy. - Decydująca będzie zgoda Brukseli na przesunięcie prywatyzacji o kilka miesięcy - mówi Jacek Kantor z "Solidarności 80" Stoczni Szczecińskiej Nowa. - Jeśli jej zabraknie pozostanie tylko czekać na cud.

Na razie stoczniowcy nie zamierzają urządzać demonstracji i najazdów na Warszawę chociaż jeszcze wczoraj rano "S" z Gdyni ostrzegała, że pod Kancelarią Premiera powstanie "miasteczko stoczniowe". W Szczecinie zaś huczy od plotek o rychłej upadłości zakładu. W sobotę ma być wodowany tam najnowszy kontenerowiec budowany dla rosyjskiego armatora. - Jestem przekonany, że to nie jest ostatnie wodowanie - uspokajał wczoraj przez radiowęzeł prezes Trzeciakowski.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Brak komentarzy: