W Lhasie panuje strach, przez miasto przejechały ciężarówki z więźniami, a sekretarz partii komunistycznej w Tybecie pisze na stronie internetowej o "walce na śmierć i życie"
ZOBACZ TAKŻE
- Czemu milczycie w sprawie Tybetu (18-03-08, 00:21)
- Solidarni z Tybetem w Warszawie (17-03-08, 01:00)
- Tybet odcięty od świata (17-03-08, 01:00)
- Tybet powstał przeciw Chinom (15-03-08, 00:00)
- Krzyk rozpaczy Tybetu (15-03-08, 00:00)
- Tybet burzy się przeciwko Chinom (14-03-08, 01:00)
- Björk broni Tybetu (13-03-08, 20:20)
- Protest Tybetańczyków w Olimpii (10-03-08, 14:20)
W trzy dni po największych od 20 lat antychińskich protestach, w stolicy Tybetu atmosfera jest napięta. Wczoraj o północy czasu chińskiego upłynęło ultimatum władz nakazujące osobom, które wzięły udział w proteście, oddać się w ręce policji. Tym, którzy się zgłoszą, władze obiecały wybaczyć nieposłuszeństwo, ale złapanym po ultimatum zagroziły surowymi karami. Nie wiadomo, czy ktoś sam przyszedł na policję (w połowie dnia nikt nie odpowiedział na wezwanie), ale więzienia już pękają w szwach.
Rano ulicami stolicy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego Lhasy, gdzie sterczą zgliszcza spalonych chińskich sklepów, przejechał bardzo powoli konwój z więźniami. W czterech otwartych ciężarówkach stali mężczyźni i kobiety skuci kajdankami i z ogolonymi głowami. Zgodnie z chińską praktyką za każdym więźniem stał żołnierz, pilnując, by nie podnosił głowy.
Policja przeszukuje dom po domu, a podejrzany jest każdy młody Tybetańczyk. BBC poinformowało wczoraj, że funkcjonariusze zabierają też byłych więźniów politycznych.
- Nikt jednak w piątek do tłumu nie strzelał - zapewnił wczoraj gubernator Tybetu Champa Phuntsok, Tybetańczyk robiący karierę w chińskiej administracji. Mówił, że w Lhasie panował chaos, kryminaliści uzbrojeni w noże i pałki palili, plądrowali i zabijali. Były ofiary, ale tylko 16. To "niewinni cywile" zamordowani - jak sugerował Phuntsok - przez tybetańską tłuszczę. Według niego trzy osoby zginęły skacząc z dachu płonącego budynku.
Z życiem uszedł policjant - podkreślał Phuntsok - którego manifestanci dopadli i "wykroili kawał pośladka wielkości pięści". - Żaden kraj nie pozwala kryminalistom uciec sprawiedliwości. Chiny nie są tu wyjątkiem - tłumaczył Phuntsok.
Zdaniem rządu Tybetu na uchodźstwie i świadków ofiar jest co najmniej kilkadziesiąt, a policja strzelała do tłumu.
Teraz region został odcięty od świata. Z Lhasy wyjechali turyści, wstępu nie mają też dziennikarze, których się do Tybetu nie zaprasza nawet w spokojniejszym czasie. Chińska telewizja pokazuje tylko spalone sklepy i rozrzucony na ulicach dobytek, którego plądrujący nie zdołali zabrać.
Władze starają się przywrócić pozory normalności, m.in. otwierając szkoły. "Ale ludzie boją się wychodzić z domów i prowadzić normalne życie. Boją się, że natkną się na chińskie patrole albo że zostaną zastrzeleni" - pisze James Miles z "The Economist" z Lhasy.
To jedyny dziennikarz zagraniczny w tybetańskim mieście. Inni korespondenci zachodni w Pekinie, którzy w zeszłym tygodniu pojechali do sąsiednich prowincji, wczoraj zostali stamtąd wyproszeni. Z Lhasy wygoniono w poniedziałek też dziesięciu chińskich reporterów telewizji z Hongkongu. Jednemu z nich kazano zniszczyć film.
Ale poza Lhasą tybetańskie powstanie przeciwko chińskim rządom nie wygasa. Nawet w Pekinie małą manifestację urządzili wczoraj studenci tybetańscy. W powiecie Maqu w prowincji Gansu tłum Tybetańczyków pomaszerował z portretami Dalajlamy w kierunku siedziby lokalnych władz, wybijając okna i podpalając chińskie sklepy. Na uniwersytecie w Lanzhou, stolicy Gansu, protestowało 500 studentów tybetańskich. W Hongyuan w prowincji Syczuan policja brutalnie pobiła i zatrzymała ok. 40 uczniów szkoły średniej, którzy domagali się powrotu Dalajlamy do Tybetu. 700 innych dzieci manifestowało solidarność z kolegami przed okręgowym biurem bezpieczeństwa publicznego.
Świadkowie mówią o posiłkach wojskowych, które jadą w stronę zbuntowanych regionów Chin.
O tym, co Pekin szykuje Tybetańczykom, można dowiedzieć się ze strony internetowej rządu prowincji. "Ohydne czyny uświadomiły nam, że [w Lhasie] toczy się walka na śmierć i życie" - napisał sekretarz partii Zhang Qingli, znany z twardej ręki wielkorządca Tybetu.
Przebywający na wygnaniu duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama mówił w niedzielę o "kulturowym ludobójstwie", ale nie wezwał do bojkotu sierpniowych igrzysk w Pekinie. I za to wczoraj skrytykowali go radykałowie na uchodźstwie. Młodzi Tybetańczycy niecierpliwią się, widząc, że walka Dalajlamy bez przemocy do niczego nie prowadzi.
Bojkotu igrzysk nie ogłosi też Zachód, o czym jasno powiedzieli wczoraj ministrowie sportu UE oraz rzecznik niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Zachód nie pójdzie na razie dalej niż amerykańska szefowa dyplomacji Condoleezza Rice, która w drodze do Moskwy wezwała wczoraj Pekin, by podjął rozmowy z Dalajlamą.
Rano ulicami stolicy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego Lhasy, gdzie sterczą zgliszcza spalonych chińskich sklepów, przejechał bardzo powoli konwój z więźniami. W czterech otwartych ciężarówkach stali mężczyźni i kobiety skuci kajdankami i z ogolonymi głowami. Zgodnie z chińską praktyką za każdym więźniem stał żołnierz, pilnując, by nie podnosił głowy.
Policja przeszukuje dom po domu, a podejrzany jest każdy młody Tybetańczyk. BBC poinformowało wczoraj, że funkcjonariusze zabierają też byłych więźniów politycznych.
- Nikt jednak w piątek do tłumu nie strzelał - zapewnił wczoraj gubernator Tybetu Champa Phuntsok, Tybetańczyk robiący karierę w chińskiej administracji. Mówił, że w Lhasie panował chaos, kryminaliści uzbrojeni w noże i pałki palili, plądrowali i zabijali. Były ofiary, ale tylko 16. To "niewinni cywile" zamordowani - jak sugerował Phuntsok - przez tybetańską tłuszczę. Według niego trzy osoby zginęły skacząc z dachu płonącego budynku.
Z życiem uszedł policjant - podkreślał Phuntsok - którego manifestanci dopadli i "wykroili kawał pośladka wielkości pięści". - Żaden kraj nie pozwala kryminalistom uciec sprawiedliwości. Chiny nie są tu wyjątkiem - tłumaczył Phuntsok.
Zdaniem rządu Tybetu na uchodźstwie i świadków ofiar jest co najmniej kilkadziesiąt, a policja strzelała do tłumu.
Teraz region został odcięty od świata. Z Lhasy wyjechali turyści, wstępu nie mają też dziennikarze, których się do Tybetu nie zaprasza nawet w spokojniejszym czasie. Chińska telewizja pokazuje tylko spalone sklepy i rozrzucony na ulicach dobytek, którego plądrujący nie zdołali zabrać.
Władze starają się przywrócić pozory normalności, m.in. otwierając szkoły. "Ale ludzie boją się wychodzić z domów i prowadzić normalne życie. Boją się, że natkną się na chińskie patrole albo że zostaną zastrzeleni" - pisze James Miles z "The Economist" z Lhasy.
To jedyny dziennikarz zagraniczny w tybetańskim mieście. Inni korespondenci zachodni w Pekinie, którzy w zeszłym tygodniu pojechali do sąsiednich prowincji, wczoraj zostali stamtąd wyproszeni. Z Lhasy wygoniono w poniedziałek też dziesięciu chińskich reporterów telewizji z Hongkongu. Jednemu z nich kazano zniszczyć film.
Ale poza Lhasą tybetańskie powstanie przeciwko chińskim rządom nie wygasa. Nawet w Pekinie małą manifestację urządzili wczoraj studenci tybetańscy. W powiecie Maqu w prowincji Gansu tłum Tybetańczyków pomaszerował z portretami Dalajlamy w kierunku siedziby lokalnych władz, wybijając okna i podpalając chińskie sklepy. Na uniwersytecie w Lanzhou, stolicy Gansu, protestowało 500 studentów tybetańskich. W Hongyuan w prowincji Syczuan policja brutalnie pobiła i zatrzymała ok. 40 uczniów szkoły średniej, którzy domagali się powrotu Dalajlamy do Tybetu. 700 innych dzieci manifestowało solidarność z kolegami przed okręgowym biurem bezpieczeństwa publicznego.
Świadkowie mówią o posiłkach wojskowych, które jadą w stronę zbuntowanych regionów Chin.
O tym, co Pekin szykuje Tybetańczykom, można dowiedzieć się ze strony internetowej rządu prowincji. "Ohydne czyny uświadomiły nam, że [w Lhasie] toczy się walka na śmierć i życie" - napisał sekretarz partii Zhang Qingli, znany z twardej ręki wielkorządca Tybetu.
Przebywający na wygnaniu duchowy przywódca Tybetańczyków Dalajlama mówił w niedzielę o "kulturowym ludobójstwie", ale nie wezwał do bojkotu sierpniowych igrzysk w Pekinie. I za to wczoraj skrytykowali go radykałowie na uchodźstwie. Młodzi Tybetańczycy niecierpliwią się, widząc, że walka Dalajlamy bez przemocy do niczego nie prowadzi.
Bojkotu igrzysk nie ogłosi też Zachód, o czym jasno powiedzieli wczoraj ministrowie sportu UE oraz rzecznik niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. Zachód nie pójdzie na razie dalej niż amerykańska szefowa dyplomacji Condoleezza Rice, która w drodze do Moskwy wezwała wczoraj Pekin, by podjął rozmowy z Dalajlamą.
Źródło: Gazeta Wyborcza





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz