sobota, 9 sierpnia 2008

GIM: Blanik szykuje się do skoku po medal - "Musiałem na siebie pokrzyczeć"

Jakub Ciastoń, Pekin
2008-08-09, ostatnia aktualizacja 2008-08-09 18:03
Zobacz powiększenie
Fot. MICHAEL PROBST AP

Leszek Blanik zakasował rywali podwójną "tsukuharą" i swoim firmowym "blanikiem". - Jestem w finale. Walczę o medal - powiedział zadowolony jeszcze na długo przed końcem kwalifikacji. Ostatecznie zajął w nich trzecie miejsce.

Świetne skoki Blanika w kwalifikacjach »

Jeśli ktoś myśli, że skok, czyli gimnastyczna konkurencja, w której Leszek Blanik jest mistrzem świata i Europy, polega głównie na skakaniu, to jest w błędzie. Najważniejsze jest czekanie i anielska cierpliwość.

Blanik, brązowy medalista igrzysk z Sydney w 2000 r., czekał na swoją kolejną olimpijską szansę osiem lat. W 2004 r. w Atenach w ogóle nie wystartował, bo przez dziwaczny system eliminacji, który preferował wieloboistów, nie uzyskał kwalifikacji. I choć wciąż był jednym z najlepszych skoczków na świecie, to walkę o medale obejrzał w telewizji.

W sobotę w wypełnionej po brzegi chińskimi fanami hali National Indoor Stadium w Pekinie, 31-letni Blanik też głównie czekał. Kwalifikacje są bowiem wspólne dla wieloboistów i zawodników startujących tylko na jednym przyrządzie. Zanim przyszła więc kolej na Polaka, ten musiał cierpliwe obserwować jak kilkudziesięciu innych gimnastyków wygina się na kółkach, poręczach, drążku i koniu z łękami. W tym czasie nie mógł opuścić hali, tylko nerwowo przestępował z nogi na nogę, rozciągał się i wymieniał uwagi z Ukraińskim trenerem Adriejem Lewitem.

Sam start Blanika trwał w sumie może dwie minuty, a w powietrzu spędził ledwie cztery sekundy. Najpierw pieczołowicie przygotował stół gimnastyczny, potem krzyknął jeszcze coś do siebie i rozpędzony niczym wyścigówka wystrzelił do przodu i w górę. Gdy wylądował po drugim skoku, na jego twarzy natychmiast pojawił się uśmiech. Polak zaczął się cieszyć, jakby właśnie zdobył olimpijski medal. Momentalnie utonął w objęciach trenera.

Potem chwycił za telefon, żeby zadzwonić do Gdańska, do żony Magdy. - Była transmisja w telewizji. Wszystko widziała - powiedział dumnie.

Skoki bliskie ideału

- Dlaczego tak się cieszyłem? Bo jestem w finale. Po tej grupie gimnastyków, startują jeszcze dwie kolejne, do końca kwalifikacji kilka godzin, ale nie mam wątpliwości, że dostałem się do czołowej ósemki i będę walczył o medal - mówił "Gazecie" Blanik. Za skoki dostał noty 16.700 i 16.475. - Niezwykle wysokie. Myślę, że w kwalifikacjach na koniec dnia zajmę miejsce w pierwszej czwórce - stwierdził. Na zeszłorocznych MŚ w Stuttgarcie do złota Blanikowi wystarczyły niższe oceny - 16.450 i 16.575.

Pierwszą nokautującą rywali ewolucją był "blanik", czyli znak firmowy Polaka. Nazwa skoku pochodzi od jego nazwiska, bo to on wykonał go jako pierwszy. - To dwa i pół salta w przód w pozycji łamanej, czyli na wyprostowanych nogach - cierpliwie tłumaczył dziennikarzom. - Tym razem był bliski ideału. Czy dużo osób z czołówki skacze "blanika"? - Chyba tylko jeden Francuz, ale nie sądzę, żeby zrobił to w Pekinie, bo to jest bardzo trudny skok, na granicy ryzyka - podkreślił trener Lewit.

Drugi cios Blanika to była tzw. podwójna łamana "tsukuhara", którą jako pierwszy wykonał w 1972 r. Japończyk Mitsuo Tsukuhara. - Naskok na stół gimnastyczny z ćwierćobrotem, odbicie z ramion, drugie ćwierćobrotu, dwa i pół sala w tył w pozycji łamanej. Jeden z najtrudniejszych skoków na świecie, tak samo jak "blanik" bardzo trudny do ustania po wylądowaniu - uśmiechnął się mistrz świata.

Najgorsze są nerwy

- Leszek wytrzymał nerwówkę. To jest najważniejsze. Chcemy skończyć ten rok efektownie, ale spokojnie, do medalu jeszcze daleka droga. W finale trzeba pokonać mocnych Rumunów, Rosjanina, Białorusina - zaznaczył trener Lewit.

Miejsce w kwalifikacjach nie ma znaczenia w finale - wyniki się nie sumują - każdy oddaje od nowa po dwa skoki. W Sydney, gdy Blanik wywalczył brązowy medal, wszedł do finału jako ósmy i to bardzo szczęśliwie, bo w ostatnim rzucie (grupie zawodników), nikomu nie udało się go wyprzedzić. Polak czekał wówczas na to co zrobią rywale z głową schowaną pod stołem. Teraz taka nerwówka go ominęła.

- Na razie jestem w finale, medalu jeszcze nie zdobyłem, ale pierwszy bardzo ważny krok jest. W finale będzie trudno, ale mam poczucie, że moim najgroźniejszym rywalem jestem ja sam. Muszę opanować nerwy i wykonać perfekcyjne skoki - powiedział Blanik.

I znów trzeba czekać

Finał skoku odbędzie się dopiero 18 sierpnia w poniedziałek. Blanik znów musi więc czekać. - Tak to już jest w tej naszej konkurencji, że trzeba być cierpliwym - wzdycha trener Lewit. - Przez te dziewięć dni Leszek będzie oczywiście trenował, odda pewnie w sumie kilkadziesiąt skoków. Ale nie można przesadzić, bo każdy skok, to ryzyko kontuzji. Jedno minimalnie gorsze lądowanie może na treningu kosztować bardzo wiele, utratę nie tylko szansy na medal, ale w ogóle występu w nim. Trzeba uważać. Nie ma prostego przełożenia, że im więcej skaczesz, tym lepiej jesteś przygotowany. Skoczek lądując, uderza z takim impetem, jak sprinter w materac po halowym biegu na 100 m. To jest potężna siła. Ale najbardziej obciążone i tak nie są kolana, tylko dusza. Tu trzeba mieć nerwy ze stali - kończy trener Blanika.



Jakub Ciastoń: Dwa dobre skoki niczym Adam Małysz, i jest pan w finale. Zeszło ciśnienie?

Leszek Blanik: - Oj tak. Dla mnie kwalifikacje są dużo trudniejsze i bardziej stresujące niż sam finał. Zawsze jestem w nerwach przed zawodami, ale to u nas normalne. Trzeba umieć to zwalczyć. Ale z drugiej strony nie można się za bardzo rozluźnić, należy skumulować w sobie dużo energii i nagle ją wyzwolić oddając perfekcyjny skok.

To co pan robi, kiedy dookoła takie zamieszanie, a tu trzeba czekać godzinę, a nawet więcej?

- Czasem obserwuję, jak radzą sobie zawodnicy na innych przyrządach i wieloboiści. Jakoś zabijam czas. Cieszę się, że w Pekinie startowałem od razu w pierwszej grupie. Gdybym był np. w trzeciej, która występowała o 20, to musiałbym się stresować cały dzień i jeszcze dodatkowo obserwować co robią moi rywale w skoku.

Cieszył się pan, jakby zdobył medal, więc chyba skoki były bliskie perfekcji?

- Były super. "Blanika" muszę sobie jeszcze obejrzeć na wideo w powtórce, ale lądowanie było niemal idealne. Cieszę się, tym bardziej, że moje samopoczucie przed startem nie było najlepsze. Wiedziałem, że jestem perfekcyjnie przygotowany, ale stres był ogromny. Uff, udało się. Będę walczył o medal.

W finale zaprezentuje pan te same skoki co w eliminacjach?

- Tak, bo to są skoki o najwyższej skali trudności. Jeśli w finale wykonam je dobrze, jest spora szansa na medal. Poza mną na świecie może je wykonać tylko jeden zawodnik z Korei Północnej, ale jego nie ma na igrzyskach.

Dlaczego go nie ma?

- Bo nie uzyskał kwalifikacji w wieloboju i przegrał ze mną na MŚ w Stuttgarcie w zeszłym roku (śmiech).

Teraz znów trzeba czekać. Jak spędzi pan te dziewięć dni do finału?

- Dwa dni odpoczynku, a potem znów zacznę trenować. Ale nie zamknę się w hali, być może pojadę też na jakąś małą wycieczkę. Na razie nie widziałem w Pekinie nic poza wioską olimpijską i naszymi obiektami. Na pewno postaram się pójść na jakieś zawody z udziałem Polaków i pokibicować. Dziewięć dni do finału, to dużo czekania, może nawet za dużo. Ale jestem przyzwyczajony, w Sydney też tyle czekałem.

Przed skokiem widać, że coś pan do siebie mówi. Co takiego?

- To taka automotywacja. Czasem są to słowa... nie nadające się do powtórzenia. Chodzi o to, że stres jest tak duży, że nogi odmawiają posłuszeństwa. Wtedy trzeba na siebie pokrzyczeć.

Podobno w Pekinie rozprasza pana kamera, która na szynie przesuwa się wzdłuż rozbiegu.

- Trochę tak. Nie jesteśmy do niej przyzwyczajeni. Na Pucharach Świata, czy innych zawodach, nie ma takich telewizyjnych wynalazków jak na igrzyskach. Początkowo trudno było się przyzwyczaić, że kątem oka widzisz jakiś ścigający cię obiekt. Ale już się przyzwyczaiłem, dziś nic mnie nie rozpraszało.

Startował pan w sobotę i nie mógł pójść w piątek na ceremonię otwarcia igrzysk. Żałuje pan?

- Obejrzałem w telewizji. Robiła wrażenie, ale bez przesady, nie przyjechałem tu po to, żeby chodzić na ceremonie, tylko dobrze wykonać swoją pracę.

Jak astmatyk i uczuleniowiec znosi pekińską pogodę - z ogromną wilgotnością powietrza, a czasem także smogiem?

- Jest w porządku, nic mi nie dolega. Byliśmy m.in. na zgrupowaniu w Grecji, gdzie też było parno i duszno. Mam też ze sobą leki, które w miarę potrzeby biorę. Pod każdym względem do igrzysk jestem przygotowany perfekcyjnie.

Czym gimnastycy smarują stół przed skokiem?

- Stół gimnastyczny smarujemy miodem, na to nakładamy magnezję [puder], dla lepszej przyczepności.

Jakim miodem?

- Zwyczajnym, z Polski. Żona kupiła.

Rozmawiał w Pekinie Jakub Ciastoń

Finaliści turnieju gimnastycznego:

1.Marian Dragulescu (Rumunia)16,762
2.Thomas Bouhail (Francja)16,662
3.Leszek Blanik (Polska)16,587
4.Dmitrij Kasperowicz (Białoruś)16,587
5.Flavius Koczi (Rumunia)16,587
6.Anton Gołocuckow (Rosja)16,575
7.Benoit Caranobe (Francja)16,437
8.Isaac Botella (Hiszpania)16,075

Brak komentarzy: