"Gustloff", telewizyjna opowieść o tragicznej ucieczce z okrążonego przez Armię Czerwoną Gdańska, to słabe widowisko. Mimo to film obejrzało 10 mln Niemców.
ZOBACZ TAKŻE
- Tragedia Gustloffa na małym ekranie (01-02-08, 17:44)
- Zagadkowy dzwon z Gustloffa (03-03-06, 00:00)
Rekonstrukcja ostatniego rejsu "Wilhelma Gustloffa", wycieczkowca pływającego pod banderą III Rzeszy, ma trzy godziny. Dwie części pokazano w niedzielę i poniedziałek. Telewizja ZDF wydała na nie 10 mln euro. Film Josepha Vilsmaiera (twórca m.in. "Stalingradu") reklamowano jako niemiecką odpowiedź na "Titanica".
30 stycznia 1945 r. "Gustloff" odbił od portu w Gdyni, wioząc 10 tys. uciekinierów przed Armią Czerwoną (w tym wiele dzieci). W nocy, gdy wycieczkowiec znajdował się w pobliżu Łeby, storpedowała go radziecka łódź podwodna. "Gustloff" tonął ponad godzinę, na jego pokładzie rozgrywały się dantejskie sceny - ludzie tratowali się, walcząc o miejsce w szalupie. Z katastrofy udało się uratować jedynie tysiąc pasażerów, reszta zamarzła w lodowatym Bałtyku.
Zatopienie "Gustloffa" stało się symbolem tragedii niemieckich uciekinierów kultywowanym nie tylko przez organizacje wypędzonych. Günter Grass poświęcił katastrofie książkę "Pełzając rakiem", gdzie tonący statek stał się metaforą upadku nazizmu.
Od dobrych kilku lat niemieckie telewizje regularnie przedstawiają dwuczęściowe produkcje poświęcone najnowszej niemieckiej historii. ZDF pokazał film o bombardowaniu Drezna, SAT 1 o moście powietrznym do podzielonego Berlina, kiedy w 1948 r. Rosjanie zablokowali zachodnie sektory. Rok temu państwowa ARD zaprezentowała "Ucieczkę" - film o arystokratycznej rodzinie z Prus Wschodnich, która ucieka przed nadchodzącymi Sowietami.
Wszystkie filmy nakręcono według podobnego schematu. Są w nich konflikt rodzinny, miłość i zdrada. A wielka historia służy tylko za tło dla losów bohaterów.
W przypadku "Gustloffa" śledzimy losy dobrodusznego kapitana Hellmutha Kehdinga (granego przez Kaia Wiesingera), którego zadaniem jest przeprowadzenie statku z Gdyni do Kilonii.
Kapitan walczy z oficerami niemieckiej Kriegsmarine, by na statek wpuszczono jak najwięcej uciekinierów, by dostarczono nań łodzie ratunkowe, aby mogła nim też uciec jego narzeczona. A jednocześnie musi się zmierzyć z własnym bratem, zagorzałym nazistą, który mimo że III Rzesza przestaje istnieć, wciąż poluje na sabotażystów. Zresztą przykładów bezsensownej wiary w Führera jest w filmie więcej. Partyjni bonzowie organizują na statku imprezę z okazji 12. rocznicy przejęcia władzy przez Hitlera - przypadła dokładnie 30 stycznia. W tym właśnie momencie wojska Żukowa docierały do Odry, a generała Pattona zbliżały się do Renu.
Sama niemiecka historia opowiedziana jest w "Gustloffie" tak jak na to pozwala niemiecka polityczna poprawność. Pokazuje się ją z perspektywy jednostki, a nie narodu. Nikt wyraźnie nie mówi, że to Niemcy są sprawcami, choć całość nie pozostawia wątpliwości, że Niemcy swój los zawdzięczają nazistom.
Przez "Gustloffa" nie przewijają się gestapowcy ani esesmani. Film pokazuje za to, jak brutalni wobec własnych obywateli potrafili być oficerowie marynarki wojennej polujący na szpiegów czy wojskowa żandarmeria. "Gustloff" obala więc mit rycerskich sił zbrojnych, które nie popełniały na wojnie zbrodni.
Z drugiej strony niemiecka prasa oburza się, że rolę szwarccharakteru gra radiotelegrafista z "Gustloffa", który zdradził załodze łodzi podwodnej położenie okrętu. Postać wymyślono na użytek filmu, ale dla komentatorów odżywa w niej lansowany przez nazistów "mit ciosu w plecy", który Niemcom mieli zadać bolszewicy.
Polskiego widza drażni powtarzana nazwa Gotenhafen. Twórcy słowem nie wyjaśnili widzom, że chodzi o Gdynię.
Film w Niemczech zebrał kiepskie recenzje. „To zmarnowana szansa” - pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. I wytyka reżyserowi, że dał się ponieść iluzji nakręcenia filmu o morskiej katastrofie, który byłby opowieścią o społeczeństwie i jednocześnie love story. „Nie udało się zrobić tego, co dokonał Cameron w »Titanicu «” - pisze „FAZ”.
30 stycznia 1945 r. "Gustloff" odbił od portu w Gdyni, wioząc 10 tys. uciekinierów przed Armią Czerwoną (w tym wiele dzieci). W nocy, gdy wycieczkowiec znajdował się w pobliżu Łeby, storpedowała go radziecka łódź podwodna. "Gustloff" tonął ponad godzinę, na jego pokładzie rozgrywały się dantejskie sceny - ludzie tratowali się, walcząc o miejsce w szalupie. Z katastrofy udało się uratować jedynie tysiąc pasażerów, reszta zamarzła w lodowatym Bałtyku.
Zatopienie "Gustloffa" stało się symbolem tragedii niemieckich uciekinierów kultywowanym nie tylko przez organizacje wypędzonych. Günter Grass poświęcił katastrofie książkę "Pełzając rakiem", gdzie tonący statek stał się metaforą upadku nazizmu.
Od dobrych kilku lat niemieckie telewizje regularnie przedstawiają dwuczęściowe produkcje poświęcone najnowszej niemieckiej historii. ZDF pokazał film o bombardowaniu Drezna, SAT 1 o moście powietrznym do podzielonego Berlina, kiedy w 1948 r. Rosjanie zablokowali zachodnie sektory. Rok temu państwowa ARD zaprezentowała "Ucieczkę" - film o arystokratycznej rodzinie z Prus Wschodnich, która ucieka przed nadchodzącymi Sowietami.
Wszystkie filmy nakręcono według podobnego schematu. Są w nich konflikt rodzinny, miłość i zdrada. A wielka historia służy tylko za tło dla losów bohaterów.
W przypadku "Gustloffa" śledzimy losy dobrodusznego kapitana Hellmutha Kehdinga (granego przez Kaia Wiesingera), którego zadaniem jest przeprowadzenie statku z Gdyni do Kilonii.
Kapitan walczy z oficerami niemieckiej Kriegsmarine, by na statek wpuszczono jak najwięcej uciekinierów, by dostarczono nań łodzie ratunkowe, aby mogła nim też uciec jego narzeczona. A jednocześnie musi się zmierzyć z własnym bratem, zagorzałym nazistą, który mimo że III Rzesza przestaje istnieć, wciąż poluje na sabotażystów. Zresztą przykładów bezsensownej wiary w Führera jest w filmie więcej. Partyjni bonzowie organizują na statku imprezę z okazji 12. rocznicy przejęcia władzy przez Hitlera - przypadła dokładnie 30 stycznia. W tym właśnie momencie wojska Żukowa docierały do Odry, a generała Pattona zbliżały się do Renu.
Sama niemiecka historia opowiedziana jest w "Gustloffie" tak jak na to pozwala niemiecka polityczna poprawność. Pokazuje się ją z perspektywy jednostki, a nie narodu. Nikt wyraźnie nie mówi, że to Niemcy są sprawcami, choć całość nie pozostawia wątpliwości, że Niemcy swój los zawdzięczają nazistom.
Przez "Gustloffa" nie przewijają się gestapowcy ani esesmani. Film pokazuje za to, jak brutalni wobec własnych obywateli potrafili być oficerowie marynarki wojennej polujący na szpiegów czy wojskowa żandarmeria. "Gustloff" obala więc mit rycerskich sił zbrojnych, które nie popełniały na wojnie zbrodni.
Z drugiej strony niemiecka prasa oburza się, że rolę szwarccharakteru gra radiotelegrafista z "Gustloffa", który zdradził załodze łodzi podwodnej położenie okrętu. Postać wymyślono na użytek filmu, ale dla komentatorów odżywa w niej lansowany przez nazistów "mit ciosu w plecy", który Niemcom mieli zadać bolszewicy.
Polskiego widza drażni powtarzana nazwa Gotenhafen. Twórcy słowem nie wyjaśnili widzom, że chodzi o Gdynię.
Film w Niemczech zebrał kiepskie recenzje. „To zmarnowana szansa” - pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. I wytyka reżyserowi, że dał się ponieść iluzji nakręcenia filmu o morskiej katastrofie, który byłby opowieścią o społeczeństwie i jednocześnie love story. „Nie udało się zrobić tego, co dokonał Cameron w »Titanicu «” - pisze „FAZ”.
Źródło: Gazeta Wyborcza





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz